Drugi eksperyment na tupolewie

Polska komisja wyjaśniająca okoliczności katastrofy smoleńskiej
przeprowadziła wczoraj drugi eksperyment na samolocie Tu-154M o numerze bocznym
102. Drugi lot doświadczalny nie oznaczał niepowodzenia we wtorkowym
eksperymencie, ale miał na celu pozyskanie kolejnych informacji niezbędnych
komisji do dalszych badań. Jak wcześniej ujawnił "Nasz Dziennik", pierwszy
eksperyment potwierdził, że Tu-154M może wykonać odejście za pomocą przycisku "uchod"
znad lotniska bez systemu ILS.

Drugi eksperyment przeprowadzany na Tu-154M odbywał się nad kilkoma lotniskami
wojskowymi na terenie kraju. Tuż po godzinie 11.00 samolot przez niespełna
godzinę wykonywał loty nad Powidzem, a później nad Świdwinem, Krzesinami i
Luboniem. Na pokładzie samolotu oprócz załogi z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa
Transportowego znajdowali się eksperci KBWLLP. Lot był rejestrowany przez
kamery, nagrywano także dźwięki w kabinie.
Pytana o cel drugiego eksperymentu Małgorzata Woźniak, rzecznik MSWiA, nie
ujawniła żadnych szczegółów. Podkreśliła jednak, że realizacja drugiego lotu nie
oznacza, że wtorkowe doświadczenie zakończyło się niepowodzeniem. – Mogę tylko
powiedzieć, że ustalane są kolejne elementy, które pozwolą ekspertom na
wyjaśnienie ostatnich sekund lotu Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem –
zaznaczyła. Woźniak zapewniła też, że podobnie jak w przypadku pierwszego lotu,
tak i teraz żadne szczegóły dotyczące eksperymentów nie będą ujawniane przez
komisję, a wszelkie informacje i wyniki analiz znajdą się w raporcie końcowym
komisji.
"Nasz Dziennik" ustalił, że w czasie wtorkowego eksperymentu weryfikowano m.in.
działanie systemu automatycznego odejścia realizowanego przez naciśnięcie
przycisku "uchod", a badanie wykazało, że mimo braku systemu ILS Tu-154M
zrealizował procedurę, co potwierdziło poprawne działanie załogi podczas lotu z
10 kwietnia 2010 roku.
Według pierwotnych założeń komisji eksperyment na bliźniaczym samolocie Tu-154M
miał polegać na wykonaniu próbnego lotu, bez odwzorowywania warunków
atmosferycznych panujących 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku. Eksperci oprócz
sprawdzenia działania przycisku "uchod" chcieli na bezpiecznej wysokości
możliwie wiernie odtworzyć działania załogi z dnia katastrofy. W ten sposób
komisja chce ustalić, czy w dniu katastrofy rozbity samolot reagował właściwie
na działania załogi i czy piloci mieli wystarczająco dużo czasu na bezpieczne
wykonanie manewru odejścia. Wcześniej minister Jerzy Miller zaznaczał, że prace
komisji nie mogą zostać zakończone, dopóki nie zostanie przeprowadzony
eksperyment na Tu-154M. Nie jest to jednak jedyny warunek. Prace nad
formułowaniem końcowego raportu mogą zostać także przerwane, jeśli do komisji
wpłyną z Rosji istotne dla sprawy dokumenty. Wówczas również ich analiza
zostanie dołączona do raportu. To może jednak spowodować przedłużenie prac
komisji. Według obecnych planów raport ma być gotowy w maju lub czerwcu. – Gdyby
się zdarzyła sytuacja, że któryś z istotnych dokumentów, o które poprosiliśmy
stronę rosyjską, został nam przesłany, to oczywiście te przygotowania do
formułowania raportu końcowego przerwiemy i rozpoczniemy analizę dokumentów.
Uważamy, że pośpiech nie jest tak istotny, jak dokładne sprawdzenie wszystkich
okoliczności – mówił minister Miller. Tylko lista dokumentów, o które wystąpiła
strona Polska do strony rosyjskiej, liczy około 20 stron.

 

Marcin Austyn

drukuj