Gra smoleńska trwa
Wybitni znawcy prawa międzynarodowego: prof. Roman Kuźniar, minister
Sławomir Nowak, prof. Tomasz Nałęcz, Andrzej Wajda i wreszcie sam prezydent
Bronisław Komorowski, w ciągu kilkudziesięciu godzin odwrócili budowane od lat
polskie stanowisko w sprawie kwalifikacji zbrodni katyńskiej jako aktu
ludobójstwa. Czy zdołamy się podnieść z takiego gwałtu na naszej pamięci?
Sparaliżowani tragedią smoleńską przyglądaliśmy się bezradnie lawinie wydarzeń w
relacjach polsko-rosyjskich. Od pierwszych minut po katastrofie polskie władze
przyjmowały jeden po drugim rosyjskie scenariusze. W wywiadzie udzielonym
14.04.2011 r. Radiu Wnet były dowódca GROM gen. Sławomir Petelicki ujawnił treść
SMS-a, "przekazu dnia", który został rozesłany przez bliskich współpracowników
premiera Donalda Tuska już kilka godzin po katastrofie do polityków Platformy
Obywatelskiej. Wynikało z niego, że winni są piloci, a jako pewnik przyjęto, że
ktoś na nich naciskał. Kwestią wymagającą wyjaśnienia, ale łatwą do przewidzenia
pozostawała tożsamość i ranga owego "naciskającego". Otoczenie premiera usłużnie
propagowało rosyjską wersję zdarzeń, która w międzyczasie rozchodziła się po
świecie, nadawana wprost z Moskwy. Tę samą wersję znał niemal natychmiast po
katastrofie minister Radosław Sikorski i bez chwili wahania przekazał
Jarosławowi Kaczyńskiemu.
Jakiego trzeba tupetu, jakiej skóry hipopotama, żeby po wszystkich inwektywach
pod adresem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego zadzwonić do jego brata i
przekazać mu najgorszą wiadomość, jaką w życiu otrzymał! I to w wersji
rosyjskiej. Potem nastąpiło przekazanie Rosji śledztwa, dowodów, w tym polskiego
statku powietrznego, ciał ofiar (również ciała prezydenta). Obserwowaliśmy
usłużne, wyprzedzające ustępstwa w stosunku do partnerów, a w razie ich rażących
wpadek gotowość tuszowania i kłamania. Wszystko narzucili nam Rosjanie. Nie
zauważyłam w ciągu minionego roku ani jednego sprzeciwu, ani jednego
kontrargumentu, podjęcia rodzaju gry z Federacją Rosyjską. A przecież jest to
normalne zachowanie w skomplikowanych sytuacjach międzypaństwowych. Tym razem
stało się inaczej, władze Rosji i Polski wspólnie tworzyły narrację, która miała
pacyfikować polskie społeczeństwo, rosyjską opozycję i światową opinię
publiczną.
11 kwietnia 2011 r. kolejna "szczęśliwa chwila" – prezydenci Polski i Rosji
wspólnie pochylają się nad grobami ofiar Katynia i nad miejscem katastrofy w
Smoleńsku. Tuż przed wizytą – siurpryza! Cichutko, w nocy Rosjanie podmienili
tablice umieszczone na lotnisku Siewiernyj przez zrozpaczone panie, wdowy po
ofiarach katastrofy. Usunięto krzyż i informację o celu wyprawy prezydenckiej
delegacji – było nim uczczenie 70. rocznicy ludobójstwa popełnionego na polskich
oficerach w Katyniu.
Po polskiej stronie podniósł się krzyk: naruszyliśmy dobry obyczaj
dyplomatyczny, który nakazuje wszystko uzgadniać z partnerem. Otóż ludobójstwo
to nie raut dyplomatyczny. Uzgadniać można długość sukien dam na takim raucie.
Uznanie zbrodni ludobójstwa wszędzie na świecie jest przedmiotem najbardziej
zajadłych sporów i nie zdarza się, by konsensus uzyskano w drodze takich
dwustronnych rozmów. Panie Magdalena Merta i Zuzanna Kurtyka dobrze przysłużyły
się Polsce. Pod nieobecność polskiej dyplomacji tworzyły fakty dokonane. Przy
okazji dowiedzieliśmy się, że w grudniu prezydenci uzgodnili, że wszystko będą
uzgadniać. A czego nie uzgodnią, tego nie ma. Czy uzgodniliśmy tablicę
smoleńską, tę umieszczoną przez Rosjan, bez krzyża i ludobójstwa w Katyniu?
Ależ tak, udział prezydenta Bronisława Komorowskiego w spotkaniu z prezydentem
Miedwiediewem był milczącą zgodą na rosyjski gwałt. Czyli w logice ministra
Sikorskiego: jak polskie panie "ukraść krowę", to źle, niekulturalnie, bez zasad
dyplomacji. Jak Rosja "ukraść" – jej prawo. W sprawie Katynia po naszej stronie
są fakty, racja moralna i prawo międzynarodowe. Po stronie rosyjskiej jest siła
dyplomacji i miękkość przeciwnika. Rosja nie posiada argumentów prawnych
uznawanych w cywilizowanym świecie. Co więc robi polska władza, żeby Rosji
ułatwić sprawę, a nas pozbawić atutów? Rezygnuje z płaszczyzny międzynarodowej i
sprowadza spór do poziomu bilateralnych uzgodnień. To już nie jest głupota i
niekompetencja, to coś znacznie gorszego. Pion śledczy Instytutu Pamięci
Narodowej, wszczynając w listopadzie 2004 r. polskie śledztwo, zakwalifikował
jego przedmiot jako zbrodnię wojenną i jednocześnie zbrodnię przeciwko ludzkości
(ludobójstwo). Zbrodnia wypełnia znamiona opisane przez twórcę pojęcia
ludobójstwa – Rafała Lemkina. Spełnia znamiona opisane w Konwencji ONZ o
zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa z 1948 roku (autorem był również
Rafał Lemkin), której Polska jest stroną.
Rafał Lemkin to nie jest jeszcze jedno nazwisko sprytnego nowojorskiego prawnika
– to Polak żydowskiego pochodzenia, absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we
Lwowie, wybitny karnista i specjalista prawa międzynarodowego, doradca głównego
oskarżyciela w Norymberdze, siedmiokrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody
Nobla. Ë propos Norymbergi – rosyjski prokurator w procesie Roman Rudenko
oskarżył hitlerowskie Niemcy o zbrodnię ludobójstwa w Katyniu. Sam Związek
Sowiecki tak kwalifikował tę zbrodnię. Jak okazało się, że to nie Niemcy były
sprawcą, to kwalifikacja nie jest ważna? Prezes PiS Jarosław Kaczyński
powiedział: "Niech Rosja uzna ludobójstwo w Katyniu". Poprzyjmy go. Jakie
kompetencje mają ludzie prezydenta Komorowskiego: Andrzej Wajda, Lech Wałęsa,
żeby podważać koncepcje Rafała Lemkina?
W katastrofie smoleńskiej zginęło tak wiele osób, które były strażnikami naszej
tożsamości: prezydent Lech Kaczyński, Janusz Kurtyka, Janusz Kochanowski, Ania
Walentynowicz, wspaniali członkowie Rodzin Katyńskich, kombatanci.
Śp. profesor Janusz Kurtyka, ofiara katastrofy smoleńskiej, we wstępie do
książki "Zbrodnia katyńska w świetle prawdy i kłamstwa" napisał: "Hipotetyczna
rezygnacja przez stronę polską z kwalifikacji tej zbrodni jako ludobójstwa (…)
oznaczałaby przyjęcie rosyjskiego punktu widzenia w niezwykle ważnym dla
świadomości społecznej polsko-rosyjskim sporze o ocenę historii…"
10 kwietnia 2010 r. słowa o sowieckim ludobójstwie po raz pierwszy miały paść z
ust najwyższego przedstawiciela Polski w stosunkach zewnętrznych – prezydenta RP
Lecha Kaczyńskiego. Miało się to stać w obecności przedstawicieli polskich
środowisk patriotycznych, przedstawicieli polskiej i rosyjskiej władzy. Znamy
treść jego niewygłoszonego przemówienia: "W kwietniu 1940 r. ponad 21 tysięcy
jeńców z obozów i więzień NKWD zostało zamordowanych. Tej zbrodni LUDOBÓJSTWA
dokonano z woli Stalina na rozkaz najwyższych władz Związku Sowieckiego. Sojusz
III Rzeszy i ZSRR pakt Ribbentrop-Mołotow i agresja na Polskę 17 września 1939
r. znalazły swoją wstrząsającą kulminację w zbrodni katyńskiej".
Uznanie zbrodni katyńskiej było dla środowisk patriotycznych, które uosabiał śp.
prezydent Lech Kaczyński, warunkiem sine qua non pojednania polsko-rosyjskiego.
W wyniku śmierci Lecha Kaczyńskiego przewagę uzyskały środowiska dążące do
poprawy relacji bez żadnych warunków z polskiej strony, co jest wersją znacznie
wygodniejszą dla Rosji i akceptowalną dla świata, który już raz przymknął oko na
Katyń. Czy zdołamy się podnieść z takiego gwałtu na naszej pamięci? Musimy to
zrobić! Mam wrażenie, że ta koncepcja pojednania zaprzeczającego naszej
tożsamości narodziła się już wiele miesięcy (a może kilka lat) temu. Wydarzenia
ostatnich dni, zapewne wbrew woli ich uczestników, pokazały, że gra wciąż trwa.
Jeśli tak wiele zrobiono, taką kampanię rozpętano z powodu tablic, to czym było
wystąpienie prezydenta w tej sprawie? Kolejne "jeśli" spędzają sen z powiek…
Anna Fotyga
Autorka w latach 2006-2007 była ministrem spraw zagranicznych w rządach
Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, w latach 2007-2008 – szefową
Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
