Jaka była?
Lucia de Jesus Santos, córka Antonia dos Santosa i Marii Rosy, przyszła na świat w Aljustrel, wiosce należącej do parafii w Fatimie, 22 marca 1907 roku.
Dziwny chrzest
Ochrzczono ją 30. dnia tego miesiąca, a rodzicami chrzestnymi zostali Anastacio Vieira i Maria Rosa. Był zwyczaj, że na chrzcie dziecko otrzymywało imię swojej matki chrzestnej, a w tym przypadku było to takie samo imię co matki. Ale przed wejściem do kościoła ojciec chrzestny wziął ojca Łucji na bok i zapytał:
– Jakie imię otrzyma dziecko na chrzcie?
– Maria Rosa.
– Maria Rosa? Nie! Ona musi mieć na imię Łucja.
I tak się stało. Ojciec zapytany podczas ceremonii chrzcielnej o imię dziecka odpowiedział: Łucja. Uczynił to jednak tak nieśmiało, że kapłan, zaskoczony, podobnie zresztą jak i większość zebranych, w pierwszej chwili nie zrozumiał i musiał zapytać go raz jeszcze.
Po powrocie z kościoła w domu zastali ogólną konsternację i zdumienie. – Łucja… Dlaczego nie dostała na imię Maria Rosa?
Wiele lat później (30 grudnia 1967 r.) Siostra Łucja, już karmelitanka w klasztorze w Coimbrze, w liście do przyjaciółki tak oto pisała o swoich imionach – chrzścielnym i zakonnym:
„Gdy chodzi o moje imię, to naprawdę jestem Maria Lucia de Jesus e de Cora?čo Immaculado [Marią Łucją od Jezusa i Niepokalanego Serca]. (…) Myślę, że nigdy nie powinno ono być bez „Jezusa”, bo (…) dla mnie najważniejsze to być całą Jezusa, wiernie, z miłością i bez ograniczeń.
Poza tym bardzo lubię to, co kryje się pod tym imieniem – Gwiazda, Światło Jezusa i Niepokalanego Serca.
Trzeba żyć w Świetle, aby móc przekazywać je światu i sprawić, by jaśniało w ciemnościach, jakie spowijają świat, aby przez wiarę, nadzieję i miłość obudzić ludzi ze snu śmierci i wzbudzić ich do życia, którym jest Chrystus”.
Myśli te tak mocno zapadły w sercu Łucji, że 20 lutego 1966 r. nie zawahała się podpisać listu do swej dawnej przełożonej z klasztoru w Tuy – matki Cunhy Mattos, w taki oto niezwykły sposób: „Światło Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi”.
„Uczynić mnie świętą!”
Łucja chciała przystąpić do Komunii św. o rok wcześniej, niż było to wówczas dopuszczone. Proboszcz odmówił.
W chrześcijaństwie jednak nie ma przypadków. W tej samej chwili do fatimskiej parafii przybywa ojciec Cruz, który miał przewodniczyć odprawianemu w tamtejszym kościele Triduum.
Wszedłszy do kościoła, zauważył, że jedna z dziewczynek płacze. Podszedł do niej i zapytał o przyczynę zmartwienia. Później interweniował u proboszcza, nakłaniając go do zmiany decyzji. Z uporem powtarzał, że Łucja jest doskonale przygotowana do przyjęcia Komunii Świętej. Przekonywał: „Mogę wziąć na siebie odpowiedzialność, jeżeli ksiądz proboszcz nie chce”.
Święta historia biegnie dalej. Przed przyjęciem Komunii św. Łucja spowiada się u ojca Cruza. Przystępuje do sakramentu spowiedzi w zakrystii i kiedy stamtąd wychodzi, wszyscy się z niej śmieją. Powód? „Moje dziecko, czy nie wiesz, że spowiedź odbywa się po cichu, że jest to tajemnica? – mówi matka dziecka. – Wszyscy słyszeli, co mówiłaś…”.
Ale jednej rzeczy nikt z obecnych w kościele nie usłyszał. Odpowiedź kapłana słyszała tylko przyszła wizjonerka. Co mógł powiedzieć spowiednik sześcioletniemu dziecku? Ojciec Cruz potraktował je niezwykle poważnie, jakby fizycznie faktycznie ukończyło sześć lat, ale duchowo prowadziło już w pełni dojrzałe życie. Łucja odnotowała niezwykłe pouczenie ze swej pierwszej spowiedzi: „Moje dziecko, twoja dusza jest świątynią Ducha Świętego. Zachowaj ją zawsze czystą, aby On mógł w niej dalej prowadzić swoje dzieło”. Przejęte dziecko zapytało, co powinno uczynić. Znowu słyszy słowa skierowane jakby do człowieka dorosłego: „Uklęknij u stóp Matki Bożej i proś Ją z całkowitym zaufaniem, aby miała pieczę nad twym sercem i przygotowała je, byś jutro przyjęła godnie Jej ukochanego Syna i zachowała swe serce jedynie dla Niego”.
Tych słów Łucja nie zapomniała nigdy.
Dziewczynka od razu pobiegła przed figurę Matki Bożej. To właśnie wtedy miało miejsce pierwsze w jej życiu objawienie Maryi; ten rodzaj spotkań powróci w jej życiu, gdy będzie karmelitanką w klasztorze w Coimbrze. Matka Boża uśmiechnęła się do Łucji i – jak wspomina wizjonerka – przytaknęła „spojrzeniem i gestem dobroci”. Związek łączący małą dziewczynkę z Matką Bożą został zapoczątkowany.
Kiedy nadszedł wielki dzień I Komunii św., w sercu Łucji spotkały się wpływy ojca Cruza i matki, ta bowiem poleca dziewczynce, aby przyjąwszy Komunię św., prosiła Pana Jezusa… by uczynił ją świętą!
Po przyjęciu Komunii św., mała Łucja modli się, łącząc w jedno polecenie matki i spowiednika: „Panie, spraw, abym była świętą. Zachowaj moje serce zawsze czyste tylko dla Ciebie”. W głębi serca słyszy wtedy wyraźne słowa: „Łaska, która dzisiaj została ci dana, pozostanie żywa w twej duszy, wydając owoce życia wiecznego”. To było jej drugie bezpośrednie spotkanie z Nadprzyrodzonością.
Właśnie wtedy Bóg postawił to małe dziecko na drodze świętości.
Niespodzianka dla Jezusa i Maryi
1 listopada 1927 r. Łucja napisała niezwykły list. Dotyczy on treści nabożeństwa pierwszych sobót, ale nie ogranicza się do wyliczenia wszystkich jego elementów. Wizjonerka podkreśla, że ma ono być znakiem bezwarunkowej, niemyślącej o sobie i o swoich korzyściach miłości.
Siostra Łucja daje temu wyraz, kiedy doprowadza swe rozumowanie o czystej intencji do zdawałoby się ostatecznej skrajności. Pisze, że Jezus i Maryja będą kochani, „nie wiedząc, przez kogo są kochani”, i w konsekwencji nie będą mogli udzielić nam łask, bo nie będą wiedzieli, kogo należy nimi obdarzyć. Mogła tak napisać, bo rzeczywiście w nabożeństwie do Niepokalanego Serca Maryi nie jest ważne to, czy Najświętsza Maryja Panna i Jezus wiedzą, kto Ich kocha i kto Ich pociesza. Ważne jest, że Oni czują „dotyk miłości”.
Oto fragment listu: „Myślę, ukochana Matko Chrzestna, że będziemy szczęśliwi, mogąc dać naszej najdroższej Matce Niebieskiej ten dowód miłości, którego, jak wiemy, od nas oczekuje. Co do mnie, muszę wyznać, że nigdy nie czułam się tak szczęśliwa jak w chwili, kiedy przychodzi pierwsza sobota. Czy nie jest prawdą, że największym naszym szczęściem jest być całym dla Jezusa i Maryi, i kochać Ich, Ich wyłącznie, bezwarunkowo? Widzimy to jasno w życiu świętych… Byli szczęśliwi, bo kochali, a my, (…) my musimy starać się kochać jak oni, nie tylko po to, by cieszyć się towarzystwem Jezusa, co jest najmniej ważną rzeczą – jeśli nie cieszymy się Jego towarzystwem tutaj, będziemy cieszyć się tam – ale po to, by dawać Jezusowi i Maryi pociechę bycia kochanymi. Jeżeli potrafimy zrobić to w ten sposób, że poczują się kochani, nie wiedząc przez kogo, i przez tę miłość wiele dusz zostanie uratowanych, to myślę, że rzecz jest warta zachodu. Ale ponieważ nie jest to dla nas możliwe, przynajmniej kochajmy Ich tak, aby w ogóle czuli się kochani”.
Zwyczajna święta
Siostra Łucja nie była świętą z obrazka. To był zwykły człowiek. Zwykły na zewnątrz, niezwykły w skrytości serca. Jak głosi motto Karmelu: „Na zewnątrz jak każdy inny, w środku jak nikt inny!”. Współsiostry wspominały: „Mogłaby myśleć, że skoro Niebo udzieliło jej tylu nadzwyczajnych doświadczeń, nie powinna żyć zwykłym życiem, lecz znajdować się na innej orbicie. Nic w tym rodzaju!”.
Miała swój charakter, osobowość. Błyszczała dowcipem, była pełna wigoru, głośno się śmiała, lubiła śpiewać i opowiadać historie. Miała swoje zdanie. Gdy pewien biskup głosił przydługie nauki rekolekcyjne, potrafiła głośno wyrazić swoje niezadowolenie.
Rozmawiała z kardynałami i książętami z tą samą prostotą i naturalnością, z jaką gawędziła z klasztornym ogrodnikiem.
Zachowało się sporo anegdot dotyczących jej życia. Wspomnijmy choćby te.
Tuż po objawieniach, kiedy Siostra Łucja mieszkała w Porto, ustrojono ją w gorset i najmodniejsze szaty dla mających przybyć gości – biskupa Leirii i kanonika Formigao. Wizjonerka mówiła, że czuła się w nich jak Dawid, którego Saul odział w swą zbroję, a który tak ubrany nie mógł się poruszyć. Dziewczynka siedziała przy stole i czuła się coraz gorzej. Nie mogła oddychać, nie mówiąc już o jedzeniu. Wstała więc od stołu, wyszła z salonu, by za kilka minut pojawić się… w swoim własnym ubraniu. Zajęła miejsce przy stole, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, gotowa wreszcie, by coś zjeść.
Kiedy w szkole w Porto wybuchła grypa i wielu dziewczętom groziła śmierć, zdecydowano, by wszystkie chore uczennice zostały namaszczone. Jedna z nich, Miquelina, nie chciała, bała się bowiem, że tym samym potwierdzi zgodę na śmierć, a ona przecież chciała żyć. Ona jedna umarła. Kiedy jej matka przyjechała na pogrzeb, Łucja zaczęła z nią rozmowę. Okazało się, że kobieta nie ma pieniędzy na powrót do domu. Niewiele myśląc, Łucja „zdjęła z uszu duże pierścienie (tak je opisywała), które przywiozła z domu, i dała je kobiecie, polecając, by spieniężyła je u jubilera”…
Kiedyś, jeszcze jako uczennica w Porto, będąc na spacerze, „spotkała jakichś ludzi idących w stronę klasztoru. Zapytali ją, jak się dostać do klasztoru, w którym żyje wizjonerka z Fatimy. Grzecznie wskazała drogę, dodając, że o tej porze wizjonerki może nie być w domu. Mając nadzieję, że spotkają ją może gdzieś na ulicy, zapytali, jak wizjonerka wygląda. 'Mniej więcej tak jak ja’, odpowiedziała i ruszyła dalej”.
Podczas hiszpańskiej wojny domowej mieszkała w Hiszpanii, w domu zajętym przez garnizon wojskowy. „To ona wlewała odwagę w serca swoich towarzyszek. Jej serce zdawało się nieodstępne dla lęku”. Wychodziła do ogrodu, raz nawet pojechała samochodem pełnym żołnierzy do Madrytu, by odwiedzić współsiostry.
Mieszkając w Vila Nova de Gaia, często spacerowała z wychowankami. Po drugiej stronie ulicy chodzili chłopcy, naigrawając się z nich i śpiewając: „Siostry Miłosierdzia, pum, pum, pum, Żyją w żółtym domu, pum, pum, pum!”. „Pewnego dnia Siostra Łucja zamieniła się miejscami z inną zakonnicą, tak że znalazła się po tej samej stronie co chłopcy. Kiedy gromada się zbliżyła, złapała jednego z nich i zaczęła walić w niego jak w bęben w rytm muzyki, jaką śpiewali. To był koniec zabawy! Potem, ilekroć chłopcy się zbliżali, by zacząć, a któryś z nich ujrzał siostrę, która otrzepała ich z kurzu, ostrzegał swych kumpli, mówiąc: 'Nie, nie te'”.
W rozmowach była nieustępliwa. Pewnego razu specjalnemu wysłannikowi Stolicy Apostolskiej oświadczyła: „Nie mam zamiaru się spowiadać”.
Kiedyś pewien teolog powiedział jej: „Nie wydaje mi się, by anioł mógł odmawiać modlitwę do Trójcy Przenajświętszej”. Siostra Łucja na to: „Nie wiem, czy anioł był teologiem, czy nie, ale wiem, że anioł tę modlitwę odmawiał”.
Była ciekawa świata, otwarta na nowości. Licząc już ponad 70 lat, zaczęła się uczyć pisania na elektronicznej maszynie „i nie miała kłopotów z nauczeniem się”.
Miała marzenia. Zawsze chciała wstąpić do Karmelu, ale w tamtych czasach w Portugalii pozostały tylko „użyteczne” zgromadzenia, jak doroteuszki, u których pobierała nauki w szkole w Porto. „Nosiła się nawet z myślą nauczenia się francuskiego, by wstąpić do klasztoru w Lisieux! Ale w tamtych czasach nie było łatwo uczyć się języków!”.
Chciała zostać misjonarką w Afryce. Ponieważ było to niemożliwe, ewangelizowała Czarny Kontynent w inny sposób. Robiła dla misjonarzy setki, tysiące różańców, które na jej prośbę wysyłano do Afryki. Wykonywała je w każdej wolnej chwili, z wielką gorliwością i dbałością. W listach wiele razy dopominała się o lepszy drut, by różańce były mocniejsze.
Przy okazji dowiadujemy się, że miała zmysł praktyczny i nie znosiła źle wykonanej pracy. Siostry, które w Karmelu uczyły się od niej wyrabiania różańców, rzadko zasługiwały u niej na pochwałę.
Jej postawę wyraża list z 10 października 1943 r.: „Niech się dzieje Jego wola. Nie proszę Go o zdrowie ani o chorobę, o życie ani o śmierć. Niech ześle mi to, co się Mu najbardziej podoba. On wie, w jaki sposób sprawię Mu najwięcej radości i oddam najwięcej chwały. To jedyna rzecz, o jakiej myślę…”.
„Daj mi grzesznika”
Siostra Łucja dla siebie zachowała to, co w orędziu fatimskim najtrudniejsze. Czyż tak samo nie postąpili pozostali wizjonerzy – bł. Franciszek i Hiacynta, których życie duchowe możemy dobrze poznać?
Wystarczy wspomnieć pewien dwustopniowy ślub, który Siostra Łucja złożyła Bogu. Był to ślub doskonałości – uroczyste zobowiązanie się przed Bogiem do zrobienia wszystkiego, by praktykować cnoty w stopniu najdoskonalszym. Łucja złożyła go 26 sierpnia 1941 roku. Uczyniła to podczas Mszy Świętej, po przyjęciu Komunii Świętej. Wypowiedziała taką oto formułę:
„Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu i Duchu Święty, mój Panie, mój Boże. Z pokorą leżąc krzyżem przed Twą Boską obecnością, w zjednoczeniu z Jezusem Chrystusem obecnym w moim biednym sercu przez Komunię Świętą, ufna w Twoją łaskę i w opiekę Niepokalanego Serca Maryi, mojej Matki, składam wieczysty ślub zachowywania z miłości do Ciebie, w sposób najdoskonalszy, w jaki potrafię, każdej z reguł, które wskazują mi na Twą Boską wolę w Instytucie, do którego należę. Pokornie wzywam Twój Boski Majestat, by zechciał przyjąć ten ślub i użyczył mi łaski wiernego wypełniania go”.
Po tych słowach Siostra Łucja poświęciła się jeszcze Niepokalanemu Sercu Maryi: „Leżąc krzyżem przed Twym Niepokalanym Sercem, o Najświętsza Dziewico, poświęcam Tobie, dziś i na zawsze, poświęcam moje biedne serce ze wszystkimi jego uczuciami, pragnieniami, smutkami i rozczarowaniami; poświęcam moją duszę ze wszystkim, co ją stanowi, i moje ciało z całą jego naturą. Słowem, cała jestem Twoja. Chroń mnie w Twym Niepokalanym Sercu jako swoją własność. Weź w swą matczyną opiekę zachowanie moich ślubów, moje plany oraz postanowienia i pozwól mi wypełnić je wiernie i z miłością. Pokładam swą ufność w Twym Matczynym Sercu. Bądź, jak obiecałaś, moją ucieczką w tym życiu i moją radością w niebie”.
Z nadejściem jesieni 1941 r. Siostra Łucja przestaje prosić Maryję, by zabrała ją do Nieba. Przedtem nie ustawała w błaganiach, „by mogła ulecieć do Nieba”. Rok później pisała o swoim nowym doświadczeniu: „Bóg tego nie chce. Ma nadzieję, że zdobędę je tutaj, by cieszyć się nim tam na wieki. Przez to, co mam osiągnąć w miłości, jestem więźniem Ziemi. A On żąda tak wiele!… Chce, by miłość doprowadziła mnie do całkowitego obumarcia dla siebie samej, do całkowitego niebycia. Ale kiedy to będzie? To tak strasznie wysoka drabina, a ja wciąż jestem na pierwszym stopniu!”.
Siostra Łucja chciała czegoś więcej niż to, co określał złożony ślub. Pragnienie jak najszybszego wspinania się ku wyżynom Nieba i nienasycone pragnienie zbawiania dusz kazały jej prosić biskupa o pozwolenie na pogłębienie ślubu doskonałości przez oddanie się Bogu jako „żertwa ekspiacyjna”. Siostra Łucja wiedziała, że współczesne grzechy Portugalii i całej Europy domagają się „wielkiego, wielkiego zadośćuczynienia”. Chciała więc zadośćuczynić i to tak doskonale, by uratować świat!
18 grudnia 1941 r. pisała do biskupa Ferreiry da Silva: „Motyw, który natchnął mnie, by prosić o pozwolenie na taką ofiarę, to pragnienie uśmierzenia Boskiej Sprawiedliwości tak nieszczęśliwej z powodu grzesznego życia, które prowadzi większość ludu portugalskiego i cała Europa, i by zobaczyć, jak ludzie otrzymają od Boskiej Sprawiedliwości łaskę Pokoju i Miłosierdzia zamiast oczyszczenia, które prowokują przez swą niewdzięczną odpowiedź na tak wiele łask”.
Siostra Łucja doskonale zdawała sobie sprawę z konsekwencji tego aktu. 8 lutego 1942 r. pisała: „Przed oczami przeszło mi wszystko, o co może mnie prosić nasz Pan. Czuję się gotowa na wszystko”. „Jeśli Pan prosi mnie o taki akt, to nie mogę odmówić – pisała w jednym z listów. Będę w ten sposób pełniej zjednoczona z Jego Krzyżem, a przez to ocalę więcej dusz i uratuję naszą biedną Portugalię od grożących jej udręk i oczyszczenia”.
Kiedy otrzymała zgodę na tak niecodzienny akt, na dzień złożenia siebie w ofierze wyznaczyła datę 17 lutego 1942 r. – dzień karnawału, czas, kiedy „świat tak bardzo odsuwa się od Boga”.
Spalał ją ogień miłości do Boga i dusz. I nie było to tylko pragnienie. Siostra Łucja chciała, by ten ogień rzeczywiście ją spalił. I z dniem 17 lutego 1942 r. jej życie uległo niewidocznej dla ludzi zmianie. Była wierna temu ślubowi. Wyznała kiedyś: „Mogę powiedzieć, że nigdy nie powiedziałam świadomie 'nie’ pomimo swej słabości i nędzy. Czuję, że żyję w Bogu i to On dokonuje tego wszystkiego. (…) Akt został dokonany i cieszę się, widząc, że Jezus nie zapomina mnie oczyszczać i spalać w cierpieniu”.
W cierpieniu towarzyszyła jej radość, że może ocalić od śmierci wiecznej kolejnych grzeszników: „Poprosiłam, bym mogła ofiarować siebie jako żertwę, obiecując, nigdy w niczym Mu się nie przeciwstawiać, ofiarowując się w sposób, o jaki On mnie poprosi – dla zbawienia dusz”.
Siostra Łucja wiedziała, że cierpienie może mieć wielką wartość. Ale nie musi. Otrzymywała wiele listów, z których dowiadywała się o „ogromie bólu, w którym żyje ludzkość”. Czytając je, bolała z powodu tych cierpień, ale nie tylko dlatego, że na świecie jest tyle nieszczęścia. Był ważniejszy powód: to cierpienie było marnotrawione. „Jak wielkim bólem – wyznawała wizjonerka – napełnia mnie myśl o tylu cierpieniach znoszonych bez zasługi”.
Wincenty Łaszewski
