Jak to z Soplicowem było
Znikły ostatnie Soplicowa na ziemiach polskich
i tylko z opisów w "Panu Tadeuszu" dzieci nasze
będą się dowiadywały o minionej historii szlacheckiej.
Julian Przyboś, Czytając Mickiewicza
Majątek Czombrów leżał 17 km na południe od Nowogródka, przy szosie do
Baranowicz, i 4 km od Świtezi. W XVII w. ziemie te należały do wojewody Kurcza,
który w graniczącej z Czombrowem wsi Walówce zbudował kościółek dla dominikanów.
Po Powstaniu Listopadowym kościół został zabrany przez władze carskie na
cerkiew, a okolicznych włościan przymusowo przepisano na prawosławie. Wcześniej,
w końcu XVIII w., majątek należał do rodziny Uzłowskich. I to za ich czasów w
historii dworu pojawił się Adam Mickiewicz.
Zaczęło się od Józefa Uzłowskiego, sędziego sądu granicznego powiatu
nowogródzkiego, który najpierw kilka lat dzierżawił Czombrów od Siemiradzkich,
aby "rozpoznać majątek", po czym go kupił na własność. U tegoż pana sędziego,
jako Imć Pan Ekonom (jak go tytułuje zachowany w rodzinnym archiwum dokument)
zatrudniony został Mateusz Majewski, dziad poety po kądzieli. Jego córka,
Barbara, pracowała we dworze jako panna apteczkowa. Relacje z dziedzicami
musiały być serdeczne, bo gdy już owa Basia została panią Mikołajową
Mickiewiczową, pani sędzina Aniela z Wierzejskich Uzłowska podawała przyszłego
wieszcza do chrztu w nowogródzkiej farze. W dzieciństwie i wczesnej młodości
Adam na pewno bywał u swojej chrzestnej, a od matki i od dziadka – który był
kimś znacznie więcej niż zwykłym ekonomem – musiał znać przeróżne czombrowskie
opowieści. Stąd zapewne bierze się zaskakujące chwilami podobieństwo tych dwóch
rzeczywistości: soplicowskiej i czombrowskiej. Tej literackiej i tej prawdziwej.
Sceneria z Inwokacji
Przede wszystkim zgadza się topografia terenu. Dwór czombrowski usytuowany był
na niewielkim pagórku, w pobliżu rósł brzozowy gaj, a z lewej strony opływał go
ruczaj, czyli rzeczka Niowda, która naprawdę, wijąc się w podnowogródzkim
pejzażu, "na przemiany srebrzy się i złoci, aż nagle zniknie z oczu we mchu lub
paproci". Dom, modrzewiowy, pobielany i na podmurówce, stał wtulony w strzeliste
topole, chroniące od wiatru jesieni, co najpiękniej widać na znanym zdjęciu Jana
Bułhaka, wydanym przed wojną jako pocztówka. Nie było wprawdzie zamku, ale w
prostej linii za nieistniejącym dziś domem – nieco bliżej niż zamek w "Panu
Tadeuszu", bo o tysiąc kroków dalej, nie o dwa – znajduje się dość wysokie
wzgórze będące słowiańskim grodziskiem, z widocznym do dzisiaj kolistym narysem
wałów.
Gdy czyta się cudem ocalałe stare dokumenty, okazuje się, że nasza narodowa
szlachecka baśń tkwi w czombrowskich realiach bardzo mocno. Że był zajazd (i to
nie jeden), był wojski (jak ulał pasuje tu jako pierwowzór Mateusz Majewski), a
czombrowska wojszczanka też prowadziła dworską apteczkę; były dwie karczmy –
wprawdzie nie "po dwóch stronach drogi, oknami wzajem grożąc sobie jako wrogi",
lecz w pewnym oddaleniu od siebie. Naprawdę przeszły tędy wojska napoleońskie,
po których pozostały wystawione dla Kazimierza Uzłowskiego kwity rekwizycyjne, a
wszystko, jak w "Panu Tadeuszu", działo się przy "wielkiej drodze, którą od
strony Niemna ciągnęli dwaj wodze" – czyli przy gościńcu prowadzącym z
Nowogródka na południe w stronę Walówki i dalej, w kierunku jeszcze niewiele
wtedy znaczących Baranowicz.
Julian Przyboś napisał, że Mickiewicz nie lubił zmyślać i ożywiał w poezji tylko
te postacie, które widział w życiu. Muszę przyznać, że "Pan Tadeusz" czytany w
kontekście zachowanych w naszym archiwum rodzinnym dawnych pozwów sądowych,
inwentarzy gospodarczych i prywatnych listów brzmi bardzo konkretnie. To już nie
baśń. Okazuje się, że pewne rzeczy zdarzyły się naprawdę, zdarzyły się w
konkretnym miejscu, w konkretnej rodzinie. W mojej rodzinie.
"Mówiłem Panu zawsze: zajechać, zajechać"
Według autorskiego przypisu do paryskiego wydania "Pana Tadeusza", ostatni
zajazd na Litwie dokonał się u obywatela U., który "około roku 1817 (…) w
województwie Nowogródzkiem, pobił na zajeździe cały garnizon nowogródzki i
dowódców zabrał w niewolę". W czombrowskich dokumentach są ślady zajazdów co
najmniej kilku. Uzłowscy mieli procesy sądowe graniczne z przynajmniej czterema
sąsiadami: z Puszkinami z Marulina i Zaroja, z Krzysztofem Niezabytowskim z
Miratycz, z Ludwikiem Hreczychą z Zubkowa i zubkowską szlachtą oraz z
"obywatelem Siemiradzkim z Jaroszyc". Wyegzekwować wyrok sądu było niezwykle
trudno, więc szlachta, nie czekając na przyjazd niemrawych urzędników, brała
sprawę w swoje ręce i wymierzała sprawiedliwość sama – zajeżdżając sporny teren,
zupełnie tak jak agitował Gerwazy Hrabiego. W poemacie stronie soplicowskiej
przewodzi Wojski, w czombrowskich awanturach na czele skrzykniętego na pomoc
"poddaństwa" i szlachty stawał Mateusz Majewski. Czyż Mickiewicz mógł mieć
lepszy materiał źródłowy niż opowieści swego dzielnego dziadka, które zapewne
miejscami przypominały szlacheckie zatargi z "Pamiątek Soplicy" Rzewuskiego?
W 1821 r. miał miejsce zatarg z Siemiradzkimi z Jaroszyc. Poszło o trzy wsie
nieprawnie zajęte, przy czym jedna ze stron wezwała na pomoc Rosjan. Według
wybitnego mickiewiczologa Leonarda Podhorskiego-Okołowa, który przytacza
archiwalia, ciąg dalszy był taki, że: "Uzłowski wraz z wielką liczbą włościan,
napadłszy znów na oddział i na pozostałych ludzi, bił ich. (…) Śledztwo w
toku; dla ukrócenia gwałtownych czynów obywatela Uzłowskiego wysłany został znów
dostateczny oddział pod dowództwem jednego podoficera". Mickiewicz musiał o tych
wydarzeniach słyszeć; mieszkał wtedy w Kownie, a takie wieści rozchodziły się
szybko.
Za taką awanturę groził Sybir. Skończyło się na karze pieniężnej (raczej
łapówce), w związku z czym Uzłowscy poważnie się zadłużyli i na początku lat 30.
XIX w. zmuszeni byli do sprzedaży majątku. Kupił go ich daleki krewny, Kazimierz
Karpowicz, regent dekretowy ziemski nowogródzki i regent sądu granicznego
guberni grodzieńskiej. Sto lat później cała afera znalazła zaskakująco
romantyczny finał. W 1928 r. jego prawnuk, a mój dziadek, Janusz Karpowicz,
poślubił Marię z Walickich, w prostej linii praprawnuczkę Anieli Uzłowskiej. I
tak dziwnym zrządzeniem losu moja babcia wróciła do utraconego wskutek
"ostatniego zajazdu na Litwie" rodzinnego domu swoich przodków.
Nowi właściciele
Jak dalej potoczyły się losy Czombrowa? Na czasy Kazimierza Karpowicza i jego
syna Juliana przypadł trudny, budzący wiele emocji, dyskusji i lęków proces
przechodzenia od pańszczyzny do nowoczesnej gospodarki opartej na pracy najemnej
(kwestię tę jako ważną dla kraju zasygnalizował Mickiewicz w scenie, w której
Tadeusz i Zosia obiecują uwolnić włościan). Wiązało się to z poważnymi zmianami
w strukturze stosunków społecznych. Odejście od patriarchalno-opiekuńczej roli
dziedzica i nadanie włościanom większej samodzielności budziło obawy u obu
stron. Mój praprapradziadek Kazimierz ostrożnie się wypowiadał na temat reformy,
był jednak jej zdecydowanym zwolennikiem, jak wynika z korespondencji.
Obawiano się między innymi zmniejszenia dochodów, przed czym zresztą Tadeusz
ostrzegał Zosię. Dlatego też mój prapradziadek, Julian, prawnik z wykształcenia,
po powrocie z Petersburga zaangażował się w próby powołania Towarzystwa
Rolniczego dla Litwy, na wzór podobnych instytucji działających w Królestwie
Kongresowym, Galicji i Wielkopolsce. Na łamach "Kuriera Wileńskiego" wypowiadał
się w sprawie utworzenia towarzystwa kredytowego guberni zachodnich cesarstwa
rosyjskiego. Kredyty miały wesprzeć majątki przechodzące reformę. Pisał też na
inne tematy, między innymi o nowoczesnych maszynach rolniczych, których był
wielkim entuzjastą. Uważał, że uwłaszczenie chłopów nie przyniesie strat
majątkom, jeżeli obywatele ziemscy się odpowiednio zorganizują i zabezpieczą,
między innymi poprzez podniesienie efektywności produkcji rolnej za pomocą
nowoczesnych maszyn oraz dzięki dostępności kredytów. Miało to prowadzić do
ogólnego wzrostu dobrobytu, a ten był bardzo ważny, bo jak słusznie napisał
prapradziadek: "Im wyżej jaki naród stanie materialnie, tem głębiej, tem silniej
rozwinie swoje siły intelektualne".
Czombrów z czasów swego wuja Juliana pięknie opisał we wspomnieniach
zatytułowanych "Kraj lat dziecinnych" słynny fotografik Jan Bułhak, który bywał
tu częstym gościem, najpierw jako dziecko, potem jako dorosły.
"Bywało tam mnóstwo osób z sąsiedztwa i z dalszych stron i zbierało się doborowe
towarzystwo z całego powiatu, a nieraz i przedstawiciele świata intelektualnego.
(…) można śmiało było nazwać Czombrów krainą mlekiem i miodem płynącą, ziemią
obiecaną, kwiecistą, malowniczą, obfitującą we wszystkie piękności i bogactwa
przyrodzone".
W 1911 r., po śmierci Juliana Karpowicza, majątek odziedziczył jego syn Karol.
Przyrodnik i chemik z wykształcenia, z wielką pasją wprowadzał u siebie i
szeroko propagował nawozy sztuczne, których był takim samym entuzjastą, jak jego
ojciec maszyn rolniczych.
Ciężkie lata wojen
Czasy były jak zwykle trudne. Podczas pierwszej wojny światowej w majątku
stacjonowały wojska austriackie i niemieckie. Była to właściwie okupacja,
podczas której najbardziej cierpiała wieś. Panował głód, ceny żywności szły w
górę, a żandarmi austriaccy bezlitośnie zmuszali chłopów do prac przy kopaniu
rowów czy wożeniu piasku. "Za robotę naturalnie nic nie płacą, nie karmią,
kwitów nawet nie dają" – napisał z goryczą w pamiętniku pradziadek Karol. Mnie
zaś w tym samym pamiętniku najbardziej poruszyło to, że w tym czasie w
Czombrowie święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy obchodzone były nie według
kalendarza gregoriańskiego, razem z katolickimi oficerami kwaterującymi we
dworze, ale według tzw. starego stylu, aby, jak pisze pradziadek: "nie stawać w
kolizję z naszymi ludźmi". Przeważyła sąsiedzka lojalność dworu wobec wsi –
wobec swoich.
Prababcia Maria Karpowiczowa już w 1915 r. zaczęła uczyć dzieci chłopskie z
pobliskich wsi Walówki i Radohoszczy, a po wojnie z wielką energią zabrała się
do organizowania wiejskiej edukacji. W 1919 r. tak pisze do męża: "…po
oświadczeniu p. Prószyńskiego, że rosyjski wcale się wykładać nie będzie, tylko
szkoły będą wyłącznie polskie – cała gmina poczapowska odmówiła szkół. Ale ja im
powiedziałam, że "budziem uczyć i pa polski i pa ruski" – i teraz wszystkie
wioski proszą o szkoły, zgadzają się na wszystkie warunki i z radością przyjmują
nauczycielki". Nie ma mowy o polonizacji na siłę. Liczyło się przede wszystkim
to, aby zapewnić dzieciom chłopskim wykształcenie, choćby tylko podstawowe, ale
i tak dające szansę na lepsze życie.
Pod patronatem dworu powstał teatr wiejski, którego spektakle, odbywające się w
budynku czombrowskiej gorzelni, ograbionej z urządzeń przez Niemców, cieszyły
się wielkim powodzeniem. W styczniu 1920 r. dzieci wystawiły jasełka, a w
kwietniu tego roku dorośli mieszkańcy Radohoszczy – całkiem ambitną sztukę, bo
"Cyganów" Kniaźnina.
W lipcu 1920 r. rozpoczęła się druga faza sowieckiej ofensywy i rodzina musiała
uciekać na zachód. Do Czombrowa wróciła w listopadzie tego roku, aby zacząć
gospodarowanie niemal od pierwszej krowy. "Czombrów trochę podobny jeszcze do
chlewuszka – pisze prababcia Maria do mego stryjecznego dziadka Witolda. –
Okropnie brudny i odrapany".
Dwudziestolecie względnego spokoju
Pracy w zdewastowanym majątku czekało mnóstwo. Choć było naprawdę ciężko,
pradziadek Karol nie poprzestawał na gospodarowaniu. Pracował społecznie w
Syndykacie Rolniczym, Spółdzielni Mleczarskiej i Kole Porad Sąsiedzkich.
Zakładał Bank Ludowy. Gromadził zbiory entomologiczne i botaniczne i prowadził
badania przyrodnicze na terenie powiatu nowogródzkiego oraz Mińszczyzny i
Grodzieńszczyzny. Zajął się kwestią ochrony Świtezi i ogłosił drukiem dwie prace
na ten temat.
We dworze wznowiła działalność szkoła dla dzieci z Walówki i Radohoszczy. W
początkowym okresie uczyła w niej osobiście prababcia Maria. Do nauczania
podchodziła twórczo. Dostosowywała sposób prowadzenia lekcji do możliwości
uczniów, wprowadzała element zabawy, aby ich zainteresować nauką i ułatwić
zapamiętanie materiału. "Urządzamy od czasu do czasu tak zwany "Pochód na
Wawel", czyli ustawianie się uczniów, wyobrażających królów, w porządku
chronologicznym. Służy to do dobrego zapamiętania, kto po kim panował" – pisze w
1922 r. do inspektora oświaty. Wymyślała gry edukacyjne uprzystępniające szkolną
wiedzę. Z zachowanych opisów wynika, że była gra do nauki historii (coś w
rodzaju "wojny" na wylosowane fakty historyczne), matematyki, przyrody oraz
sprytnie pomyślana "tabelka mnożenia", pomagająca zapamiętać działania tabliczki
mnożenia dzięki kojarzeniu liczb z kolorami. Obrazki do tych gier malowała
własnoręcznie.
Młodzi ludzie z Radohoszczy i Walówki cały czas mieli szansę sprawdzać się na
scenie, gdyż teatr w gorzelni działał nieprzerwanie. Jak wynika ze sprawozdania
dla Inspektoratu w Nowogródku, w roku szkolnym 1925/1926 dano osiem
przedstawień. Młodzież wiejska mogła korzystać z czombrowskiej biblioteki, była
do tego wręcz zachęcana.
Pod znakiem Wieszcza
Tradycje Mickiewiczowskie pozostawały cały czas żywe, a dwór funkcjonował w
ogólnej świadomości jako Soplicowo. W 1928 r. nakręcono tu kilka scen
plenerowych do niemego filmu "Pan Tadeusz" w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego, i
nawet pradziadek Karol zagrał niewielką rólkę – dobrze się prezentował w
kontuszu. Niestety, ten fragment nie ocalał, ale zachowało się kilka ujęć dworu,
między innymi w scenie, gdy Wojski na kolumnowym ganku wita "młodego panka" oraz
gdy Zosia tegoż panka-śpiocha budzi na polowanie, a jej twarz ukazuje się wtedy
w specjalnie do filmu wyciętym w okiennicy serduszku.
Czombrów, włączony do tak zwanego Szlaku Mickiewiczowskiego, obejmującego m.in.
Nowogródek, Świteź, Worończę, Tuhanowicze, Horodyszcze i Mir, był chętnie
odwiedzany przez wycieczki, podejmowane zawsze serdecznie, zdarzało się, że i
noclegiem. Bardzo miło za taką gościnę podziękowały wędrujące po Nowogródczyźnie
harcerki. "Na pewno nie wie pani, jakie to dziwne, przyjemne uczucie dla nas
(…) – serdeczne przyjęcie i to jeszcze gdzie, w Soplicowie, w dworze, o którym
pisze Mickiewicz, który ożywił osobom stworzonym przez swą wyobraźnię – pisze
druhna Jadzia Czarnocka w 1939 r. – I cały ten dworek przemawiał do nas jak
żywy: swoimi pobielanymi ścianami, ganeczkiem z kolumienkami i królującymi przed
nim smukłymi topolami. (…) stale zdawało mi się, że to wszystko sen, marzenie,
a nie rzeczywistość – ja śpię w Soplicowie!".
Ze znanych osób zawitał tu prezydent Ignacy Mościcki, zwiedzający
Mickiewiczowskie strony we wrześniu 1929 r., a także ówczesny konserwator
zabytków na województwo wileńskie i nowogródzkie Stanisław Lorentz.
Na początku lat 30. XX w. z inicjatywy Czombrowa rozpoczęto budowę kościółka w
Walówce. Choć możliwa była rewindykacja zabranego po Powstaniu Listopadowym na
cerkiew kościoła Dominikanów – tego fundacji wojewody Kurcza – wybrano dobre
stosunki z białoruską wsią. Wybudujmy własny, nie odbierajmy innym, postanowiła
prababcia. Z dworskiej ziemi wydzielony został plac i rozpoczęła się zbiórka
pieniędzy. Za pomocą zabaw, loterii i kwesty w dwa lata zebrano 3500 złotych.
Fundusz budowy zasilały datki wycieczek przyjeżdżających do Czombrowa-Soplicowa.
Poświęcony w 1933 r. kościółek nie stał długo. W latach 40. XX w. bolszewicy
rozebrali go i wywieźli; uratowane sprzęty liturgiczne po wojnie zostały
przekazane do jednego z toruńskich kościołów.
Druga wojna światowa
O przeżyciach mieszkańców Czombrowa w czasie okupacji sowieckiej, niemieckiej i
potem znów sowieckiej, można napisać osobną historię. 17 maja 1940 r. NKWD
aresztowało pradziadka Karola i mego stryjecznego dziadka Józefa. Parę miesięcy
później wywieziono ich i ślad po nich zaginął. Rodzina się rozproszyła. Część
wyjechała, część próbowała trwać na miejscu. Wywózki uniknęli dzięki życzliwym
ludziom, którzy parę razy ostrzegli na czas. Aż przyszło późne popołudnie 16
maja 1943 roku. Do dworu przyjechali czerwoni partyzanci i dali tyle czasu na
wynoszenie rzeczy, ile zajęło im wniesienie do środka słomy i podpalenie. Na
szczęście nikt nie zginął, jak się stało w niedalekiej Worończy, gdzie być może
ten sam oddział spalił dwór wraz z ciałami zamordowanych właścicieli.
Z Czombrowa-Soplicowa, niegdyś obfitującego, jak pisał Jan Bułhak, "we wszystkie
piękności i bogactwa przyrodzone", pozostało puste miejsce "na pagórku
niewielkim", teraz otoczone brzydką powojenną zabudową. Tamtego tragicznego
majowego popołudnia, gdy płonął "panskij dom", tylko jeden mieszkaniec wsi,
nazwiskiem Fursa, odważył się przyjść i pomóc ratować dobytek. Zawsze myślę o
nim z wdzięcznością. Ma on swój udział w tym, że ocalały wtedy stare listy,
inwentarze, regestry, sądowe pisma i wyroki – wspaniałe dokumenty jeszcze z
czasów Uzłowskich. I że dziś można potwierdzić stare i natknąć się na nowe,
dotąd nieznane Mickiewiczowskie tropy w historii Czombrowa.
Joanna Puchalska,
historyk sztuki, tłumacz
Autorka jest prawnuczką ostatniego dziedzica Czombrowa, razem z Anną Lisiecką
przygotowała cykl audycji radiowych "Droga do Soplicowa", emitowany w Programie
1 PR i uhonorowany przez SDP wyróżnieniem Nagrody im. Macieja Łukasiewicza.
