Jak się Tusk zakiwał
Sprytnemu zawodnikowi ligi podwórkowej, który za pomocą fauli,
stronniczych sędziów, przekupnych działaczy, tajnych służb i nierzetelnych
mediów ograł wszystkich i wszedł do pierwszej ligi krajowej, w której gra od
lat, wydaje się, że kiwanie, jakie uskuteczniał, zapewni mu również sukces na
wielkich europejskich arenach. Tymczasem dla graczy europejskiej ekstraklasy
nasz zawodnik był jedynie chłopcem do podawania piłek zza boiska. Bo drużyna,
którą reprezentuje, jest słaba, nie ma zaplecza, kapitału, i co najgorsze – woli
walki, zapomniała bowiem, czym jest dla każdego suwerennego państwa walka o
swoje, czyli o rację stanu.
Mowa o zawodniku premierze, który kiedyś bezceremonialnie powiedział
prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu: "Mnie pan prezydent nie jest do niczego
potrzebny", gdy ten chciał uczestniczyć razem z nim w szczycie UE. Dziś to samo
usłyszał od wielkich graczy. Postawiony do kąta zastanawia się, jak to możliwe,
że po tym wszystkim, co dla nich zrobił, znowu znalazł się w trzeciej lidze. A
więc i dla nich "Polska to nienormalność"?
Bardzo ciężko znaleźć rzetelne informacje o ostatnim szczycie UE w Brukseli,
gdzie Polska wyraziła zgodę na tzw. pakt fiskalny. Dni przed szczytem
zdominowały medialne spekulacje na temat polskiej roli przy stole unijnych
rokowań, karcie dań i temu podobnych bzdurach. Nasz kraj miał uczestniczyć w
ratowaniu strefy euro i zapobiec podziałowi UE na różne prędkości. Wszystko to
propaganda, bowiem na żadną z tych rzeczy Polska od lat nie ma wpływu. A poza
tym nasz parlament, kompletnie przez ekipę Tuska zmarginalizowany, też nie wie,
co robi rząd, który ma zgodnie z Konstytucją kontrolować.
Polska przestała się liczyć w Europie, a Unia Europejska zmienia swój
pierwotny kształt. Spadamy już oficjalnie do trzeciej europejskiej ligi. Na nic
zdały się zabiegi drużyny Donalda Tuska, która postawiła na europejskie
rozgrywki dwóch bogatych klubów, sądząc, że zostanie dopuszczona do gry, bo od
zawsze akceptuje wszystkie ich reguły.
Unia Europejska to dziś przede wszystkim dwie drużyny: Niemcy i Francja
stanowiące pierwszą ligę. Cała unijna struktura, parlament, komisarze, rady itd.
będą wkrótce pełnić funkcje ich sekretariatu wykonawczego. Jeszcze się trochę
buntują, ale za chwilę zrozumieją "prawdę etapu". Już teraz pierwsza liga
wprowadza traktaty międzyrządowe poza traktatami sygnowanymi przez struktury UE.
Parlament Unii to zasłona dymna europejskiej demokracji, kwiatek do kożucha,
listek figowy głównych graczy.
Druga liga to 17 krajów, które przyjęły euro za wspólny pieniądz. W razie
niewywiązywania się ze wspólnych ustaleń finansowych, mogą one zapłacić utratą
swojej suwerenności gospodarczej, ale i politycznej, gdyż pierwsza liga nie
pozwoli na inflacyjny pieniądz, a tym samym osłabienie swojej pozycji w świecie.
Wyznaczenie dla Grecji europejskiego komisarza, który ma zastąpić premiera,
prezydenta i tamtejszy parlament, ilustruje, jak przez euro traci się własne
państwo.
Trzecia liga to kraje nowej UE, bez waluty euro, z którymi premier Tusk nie
chciał grać, w przeciwieństwie do śp. Lecha Kaczyńskiego. Są to: Bułgaria,
Czechy, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Węgry. Kraje te (prawie cała Europa
Środkowa) w różnym stopniu, ale spełniły już swoją rolę w integrującej się
Europie. Wszystkie przeszły szokowe terapie neoliberalnej polityki okresu tzw.
transformacji ustrojowej i stanowią zaplecze kolonialne dla kapitału krajów
pierwszej ligi. Utraciły moce produkcyjne wskutek prywatyzacji, zlikwidowały
własne narodowe gospodarki, w obce ręce oddały przemysł, handel, media i
uzależniły się od obcego kapitału. Atrakcyjność trzeciej ligi polega na niskich
kosztach zatrudnienia, stabilnym rynku zbytu, silnej pozycji zagranicznych
banków powiązanych z kapitałem pierwszej ligi, które kontrolują gospodarki.
Jakże naiwne (a może wcale nie naiwne) są oczekiwania naszych politycznych
trzecioligowych graczy, że UE będzie się kierować europejską solidarnością. Za
tę naiwność już płacimy i płacić (innym) będziemy wkrótce jeszcze więcej.
Wojciech Reszczyński
