Istoty ludzkie w „lodowych sierocińcach”

Podstawowym argumentem w debacie dotyczącej embrionalnych komórek
macierzystych, często wykorzystywanym przez naukowców, rzeczników praw pacjentów
i polityków, jest los zamrożonych embrionów. Prezydent Stanów Zjednoczonych
Barack Obama w 2008 r. wypowiedział się na ten temat w następujący sposób:
"Jeśli mamy te embriony wyrzucić, wiedząc, że istnieje możliwość prowadzenia
badań, które mogą doprowadzić do wynalezienia sposobów na leczenie otępiających
chorób typu Alzheimer lub choroba Lou Gehriga, to o ile taka możliwość się
pojawi, sądzę, że – z zachowaniem odpowiednich środków ostrożności – powinniśmy
takie badania prowadzić".

Szef National Institutes of Health [amerykański Narodowy Instytut Zdrowia] dr
Francis Collins przyjął taki sam sposób rozumowania, zadając retoryczne pytanie
podczas niedawnego wywiadu w CNN: "Z etycznego punktu widzenia, czy nie bardziej
właściwe jest, skoro już te embriony zostały stworzone, użyć ich w sposób, który
może pomóc jakiemuś choremu, niż się ich pozbyć?". Argument ten wydaje się
rozsądny, kiedy słyszy się go po raz pierwszy.
W rzeczywistości to uzasadnienie jest jednak złudne, a wręcz zwodnicze, dlatego
że stwarza sztuczną dychotomię: embriony można albo wyrzucić, albo zniszczyć w
laboratorium w procesie poszukiwania cudownych środków na leczenie chorób. O
ważnej, trzeciej opcji zwykle w ogóle się nie mówi: a przecież możliwe jest
dalsze przechowywanie embrionów w ich obecnej, zamrożonej formie z moralnego
obowiązku troski o własne potomstwo. Można je przechowywać kriogenicznie, dopóki
nie pojawi się moralnie akceptowalna opcja ich ocalenia (jeśli takowa w ogóle
istnieje) lub dopóki nie nastąpi ich samoistne wymarcie w głębokim zamrożeniu.
Ważne jest uświadomienie sobie, że wyrzucenie embrionu to pozbawienie życia
młodziutkiej istoty ludzkiej, tego malusieńkiego życia, którym każdy z nas
kiedyś był. Embriony przeznaczone do usunięcia są najpierw rozmrażane i wiele z
nich nie przeżywa tego pierwszego etapu. Te dzieci, którym się to uda, są
ostatecznie wyrzucane jako odpady medyczne. Kilka lat temu ksiądz kardynał Sean
O´Malley tak opisał rzeczywistość mającą miejsce w centrach, gdzie
przeprowadzane jest zapłodnienie pozaustrojowe: "Wyrzucając te embriony,
personel medyczny staje się ich mimowolnym katem: mimowolnym, ale zawsze katem".
Być może pewna analogia pomoże nam w zrozumieniu, dlaczego nie powinniśmy
wyrzucać embrionów czy też poświęcać ich nauce. Wyobraźmy sobie typowy ośrodek
dokonywania in vitro, z dużym pomieszczeniem, w którym w kilku pojemnikach
wypełnionych płynnym azotem przechowuje się kriogenicznie kilkaset dzieci w
embrionalnej fazie rozwoju – coś w rodzaju "lodowego sierocińca", jak się je
czasem nazywa.
W sąsiednim budynku znajduje się prawdziwy sierociniec, pełen dzieci w wieku od
roku do trzech lat, czekających na adopcję. Załóżmy, że właścicielem tego
sierocińca jest pewien podejrzany typ, który właśnie podjął decyzję, żeby
niektóre z tych "nieadoptowalnych" dzieci po cichu wyrzucić na znajdujący się za
sierocińcem śmietnik, gdzie z czasem umrą. Przypuśćmy też, że kiedy tamtejszy
burmistrz dowiedział się o dzieciach wyrzucanych na śmietnik, miał czelność
zasugerować, że skoro będą wyrzucone tak czy inaczej, powinniśmy zacząć je
składać na ołtarzu nauki i pozyskiwać z nich organy do przeszczepiania chorym
pacjentom.
Naszym pierwszym instynktem byłoby wzdrygnięcie się z odrazą wobec takiej
propozycji. Właścicielowi sierocińca moglibyśmy wytoczyć proces (a burmistrza
usunąć z urzędu). Upieralibyśmy się przy tym, że każdy wychowanek tej placówki
zasługuje na pełną ochronę. Naszym dzieciom w "lodowych sierocińcach" należy się
taka sama ochrona i opieka.
Większość z nas, po przemyśleniu, ma praktyczną świadomość, że embrionów nie
powinno się wyrzucać. Kilka lat temu w "New York Timesie" ukazał się artykuł
zatytułowany "Robota, której nikt w klinikach niepłodności nie chce". Praca ta
polegała na niszczeniu "nadliczbowych" embrionów. Osoby ze służby zdrowia, z
którymi przeprowadzono wywiad, mówiły, że z przerażeniem czekały na wyznaczenie
do niszczenia embrionów na życzenie pacjenta. Dyrektor kliniki w Chicago
opowiadał, że często on sam musiał niszczyć embriony, gdyż jego personel uznawał
to zadanie za odrażające. Pracownicy rozumieli i widzieli na własne oczy, jak te
same embriony po implantacji stawały się ślicznymi, wesołymi niemowlętami,
przynoszącymi radość i szczęście swoim rodzicom.
Wygląda na to, że osoby te instynktownie wiedziały – tak jak powinien wiedzieć
każdy z nas – że żywe ludzkie embriony, nawet w głębokim zamrożeniu, nigdy nie
powinny znaleźć się w zsypie na odpady medyczne ani stać się "surowcem" dla
potencjalnych zdobyczy nauk medycznych.

Ks. dr Tadeusz Pacholczyk
 

drukuj