IPN: wietrzenie szaf
Rozmowa z prokuratorem dr. Antonim Kurą,
naczelnikiem wydziału nadzoru nad śledztwami Głównej Komisji Ścigania Zbrodni
przeciwko Narodowi Polskiemu IPN
Panie Prokuratorze, przyjście do IPN prezesa Janusza Kurtyki spowodowało przewietrzenie
niektórych szaf. W IPN zaczynają się porządki. Niektóre dokumenty są dopiero
rozpakowywane…
– Nie należę do kierownictwa IPN, więc nie mogę się wypowiadać kategorycznie,
natomiast jestem obserwatorem wydarzeń. Zmiany w IPN były oczekiwane. Bardzo
wyraziście widać to było w trakcie wewnętrznej kampanii w Instytucie, kiedy
to zderzały się dwie wizje prowadzenia IPN (jak pani redaktor wie, kandydował
także ówczesny prezes Leon Kieres). W pionie śledczym również oczekiwaliśmy
zmian. Na przełomie roku prezesem został pan prof. Janusz Kurtyka, który we
wcześniejszych wypowiedziach publicznych, a także w programie, który zaprezentował
w IPN jako kandydat na prezesa, nie krył potrzeby zasadniczych posunięć, także
w pionie śledczym. Dzisiaj jesteśmy po rozmowach z panem prezesem Kurtyką.
Ostatnio poprosił nas, prokuratorów Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko
Narodowi Polskiemu, wskazując na mnie i na prokuratora Lucjana Nowakowskiego,
abyśmy opracowali memoriał, który pokazywałby najważniejsze potrzeby śledztw
i główne problemy w pionie śledczym. Ten memoriał jest już gotowy. Profesor
Kurtyka zapoznał się z nim. Był on także przedmiotem dyskusji z udziałem prof.
Witolda Kuleszy, dyrektora GKŚZpNP.
Co zawiera ów memoriał?
– W tym memoriale akcentujemy jedną zasadniczą rzecz – konieczność zmiany jakościowej
w IPN, zmiany struktury śledztw. Dzisiaj toczą się one bardzo długo, niejednokrotnie
– według naszej oceny – powinny być już dawno zakończone, ponieważ wypełniają
funkcje, o jakich mówi kodeks postępowania karnego.
Czy chodzi o lepszą organizację śledztw?
– Raczej o wyegzekwowanie przez nadzór nad pracą prokuratorów podjęcia decyzji
procesowych tam, gdzie jest to możliwe, a nawet konieczne. Trzeba więc usprawnić
nadzór, a także dokonać zmian organizacyjnych.
Tu dotykamy tego, czym Pan się zajmuje…
– Ustawa o IPN jest tak skonstruowana, jeśli chodzi o pion śledczy, że całe
imperium i całą odpowiedzialność składa w ręce jednej osoby – dyrektora Głównej
Komisji. To model wzorowany na prokuraturze powszechnej, gdzie prokurator
rejonowy, okręgowy lub apelacyjny ponosi odpowiedzialność za sposób kierowania
i za rezultaty prac. My, w środowisku prokuratorskim IPN, dostrzegamy te
realia, więc nie możemy posługiwać się innymi instrumentami, zwłaszcza że
podstawowym narzędziem naszej pracy jest kodeks postępowania karnego. Właściwego
kierowania pionem śledczym i egzekwowania pracy tego pionu nie da się zastąpić
w inny sposób. Trzeba wejść w te mechanizmy, które są przewidziane prawem.
Zresztą każdy z prokuratorów ma za sobą kawałek życia w prokuraturze powszechnej
i jest przyzwyczajony do tego, że w tej pracy panuje zasada hierarchicznego
podporządkowania, przy określonej ustawowo niezależności i odpowiedzialności
za to, co się robi. Niestety, można odnieść wrażenie, że w pionie śledczym
IPN te zasady się rozmyły. Po prostu nie są przestrzegane.
Mnie szczególnie interesuje śledztwo w sprawie Konzentrationslager Warschau.
Powiedział Pan, że śledztwa się przedłużają. Śledztwo w sprawie KLW jest tego
klinicznym przykładem, ba, jest rekordzistą pod względem czasu trwania: zostało
wszczęte zaraz po wojnie i przerwane, podjęte ponownie w połowie lat 70. –
też wielokrotnie było przerywane, w 2003 r. znowu zostało wszczęte i do dzisiaj
jego zakończenia nie widać. Nie wystarczyło dwóch pokoleń, by zamknąć sprawę
– bądź co bądź – historyczną?
– Ma pani rację. Dla tego śledztwa nie możemy stawiać jakichś gargantuicznych
wizji, patrząc na jego dotychczasowe rezultaty i przede wszystkim na czas trwania.
Trzeba powiedzieć jedno – śledztwo prowadzone przez kilka długich lat przez
sędzię Marię Trzcińską, które zostało zakończone decyzją o umorzeniu, jest
immanentną częścią postępowania w tej sprawie. Nie ma "śledztwa pani sędzi
Trzcińskiej" i "śledztwa prowadzonego przez IPN", pozostających
wobec siebie w jakiejś opozycji, jak to się niektórym wydaje. Z całą powagą
i należną rangą należy traktować cały dotychczasowy dorobek procesowy tego
postępowania od samego jego początku. To śledztwo w którymś momencie – poprzez
wyłączenie części materiałów – zostało postawione w zupełnie innej płaszczyźnie
przestrzenno-czasowej. W związku z tym my dzisiaj mówimy jakby o dwóch różnych
kwestiach. Pani sędzia Trzcińska to, co uczyniła przedmiotem swego śledztwa,
swojej publikacji, swoich badań i zainteresowań, wiąże w całościowy obraz funkcjonowania
represji w Warszawie, których istotnym elementem był obóz koncentracyjny KLW.
Nasze śledztwo w tej chwili dotyczy węższego zagadnienia, stąd też pojawiają
się, niestety, sytuacje konfliktowe, polegające na tym, że prowadzący obecne
postępowanie prokuratorzy nie akceptują tych ustaleń i informacji, które prezentuje
pani sędzia…
Powiedział Pan, że część materiałów wyłączono. Dlaczego?
– Wyłączenie jest instytucją procesową. Dopóki śledztwo nie zostanie zamknięte
decyzją procesową – na etapie postępowania przygotowawczego – jego gospodarzem
jest prokurator, który z uzasadnionych powodów przewidzianych prawem, m.in.
ze względu na ekonomikę procesową, może wyłączyć pewne fragmenty i skierować
do odrębnego postępowania.
A czy te wyłączone ze śledztwa KLW fragmenty zostały skierowane do odrębnego
postępowania?
– Nie jestem w stanie w sposób kategoryczny w tej chwili na to odpowiedzieć,
ponieważ jestem w trakcie czytania akt. Po ostatnich spotkaniach z komitetem
społecznym i panią sędzią doszedłem do przekonania, że uwolnić to śledztwo
od zbędnych negatywnych emocji można tylko przez dokonanie całościowej analizy
zebranego przez wszystkich materiału dowodowego w tej sprawie. Powinni się
tym zająć prokuratorzy bezpośrednio w to śledztwo niezaangażowani. I takie
rozwiązanie zaproponowałem. Dwóch wyznaczonych prokuratorów Głównej Komisji
będzie te akta czytać, ja również będę w tym uczestniczył, po to, aby na przełomie
czerwca i lipca prezes IPN był gotowy do podpisania akceptującego stanowiska
Instytutu w sprawie dotychczasowych rezultatów.
A więc jest szansa na reasumpcję ustaleń?
– Jest taka potrzeba. Obowiązkiem IPN jest udzielać informacji wszystkim instytucjom
i stowarzyszeniom pożytku publicznego, a do nich zalicza się Komitet Budowy
Pomnika. IPN ma obowiązek udzielić szerokiej, kompetentnej informacji, co
do tej pory ustalono w sprawie KL Warschau i jakie są rezultaty czynności
śledczych. Mam nadzieję, że w tych ustaleniach nie ma aż tak istotnej różnicy,
aby twierdzić, że pani sędzia Trzcińska przez lata ustaliła to, a my co innego,
i to, co my twierdzimy, jest dogmatem. Prokurator IPN może mówić o końcowym
stanowisku tylko wtedy, gdy zapadnie decyzja merytoryczna w sprawie. Dopóki
takiej decyzji nie ma, IPN nie jest w stanie niczego wykluczyć ani niczemu
zaprzeczyć. W związku z tym uważam, że to, co jest przedmiotem troski członków
Komitetu – czyli napis na Pomniku – nie stoi w jakiejkolwiek opozycji do
tego, co ustalili prokuratorzy IPN w śledztwie. Napis ten będzie przecież
także przedmiotem konsultacji zaangażowanych instytucji, między innymi z
panem ministrem Andrzejem Przewoźnikiem. Chciałbym, abyśmy mogli powiedzieć
z całą pewnością, że wizja pani Trzcińskiej jest właściwa i wystarczająco
poparta źródłami, archiwaliami, relacjami osób itd. Niestety, na razie brakuje
jeszcze pewnych czynności procesowych, ale wiemy, że są także określone możliwości
dowodowe.
To znaczy świadkowie?
– Między innymi, ale także archiwalia dotyczące tej sprawy, które mogą się
znajdować w Niemczech. Mamy takie informacje, i o te dokumenty będziemy się
zwracać. Zdarza się, że świadkowie przesłuchiwani przez sędzię Trzcińską
kilkanaście lat temu, dzisiaj swoimi zeznaniami mogą wprowadzać pewne wątpliwości.
Ale dla mnie jest to rzecz zrozumiała, bo mówimy o świadkach, którzy składali
relacje w różnych fazach swego życia. Dziś to już starsi ludzie. Od tego
są instrumenty procesowe, żeby te wątpliwości wyjaśniać. Mamy przepisy kpk,
nie musimy więc na ten temat z zacietrzewieniem dyskutować.
Fakt funkcjonowania KL Warschau jest niezaprzeczalny, a reasumpcja ustaleń
IPN może usunąć przeszkody w budowie pomnika ofiarom obozu. Reszta to kwestia
badań procesowych i historycznych…
– Sam jestem także historykiem. Dla mnie nie ma wątpliwości, że w ramach tego
śledztwa istnieje potrzeba nakreślenia tła historycznego przez profesjonalistów.
Czy prokuratorzy, którzy się dotąd tym zajmowali, mieli przygotowanie historyczne?
– Chciałbym przede wszystkim, aby dostrzegali potrzebę poszerzenia kontekstu,
w jakim funkcjonował mechanizm represji. Materiał śledztwa musi się opierać
nie tylko na samej materii procesowej, ale także na informacjach o dowodach
pochodzących z zewnątrz. W tej sprawie powinna się wypowiedzieć nauka, ludzie
historii, którzy się tą problematyką parają i którzy by nam mogli nakreślić
tło i rzucić zupełnie nowe światło na funkcjonowanie obozu. Proszę zauważyć,
że u podłoża śledztw IPN-owskich legło założenie, że będą one wymagać wsparcia
ze strony historyków, nawet nasze struktury wewnętrzne są tak skonstruowane.
Na przykład w śledztwie dotyczącym uwięzienia księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego
przynajmniej rozważano potrzebę skorzystania z ekspertów historycznych, a
w wielu wypadkach z nich korzystano. W sprawie KLW taka potrzeba, w moim
przekonaniu, istnieje. Jeżeli pan prezes Kurtyka nie będzie miał nic przeciwko
temu, to być może będziemy korzystać z ekspertyz historyków, którzy już wypowiadali
się w tej sprawie.
Czy współpraca z panią sędzią Trzcińską i Komitetem może coś nowego wnieść?
Pani sędzia zajmuje się KLW od 30 lat, a jej wiedza na temat realiów jest imponująca.
– Gdyby ta współpraca miała miejsce wcześniej i wzajemne relacje nie były obarczone
takimi antagonizmami, to pewnie i efekty śledztwa byłyby lepsze. Pani sędzia
jest osobą, która przez całe lata prowadziła tę sprawę, jest prawnikiem, który
posługiwał się warsztatem kodeksowym, tj. przesłuchiwała świadków w pewnych
rygorach prawnych. Takie zeznania mają zupełnie inną wartość niż relacje pozyskane
przez historyka. Ona za każdym razem uprzedzała o odpowiedzialności karnej
za składanie fałszywych zeznań. Jej wiedza nie tylko o dowodach, które znajdują
się w aktach, ale także o tym – gdzie i czego należy szukać, jest bardzo istotna
i przydatna.
Jedno nie daje mi spokoju. Po wojnie zaginęły akta pierwszego śledztwa w sprawie
KLW. A przecież wtedy była pełnia dowodów. Można było zebrać zdjęcia, opisy,
relacje naocznych świadków, protokoły ekshumacji…
– Na szczęście najistotniejsze dowody zebrane w pierwszych latach po wojnie
nadal znajdują się w aktach. Pani sędzia Trzcińska, dochowując wszelkich reguł,
przygotowała partię materiałów do wysłania do Niemiec w celu kontynuowania
tam postępowania. Z tego, co nam dziś relacjonuje – na skutek ingerencji dawnej
Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – nie wszystko
zostało wysłane. Naszym zadaniem jest ustalenie, czy to znajduje się tutaj.
Wiemy tylko z obiegu dokumentów, że poważna część materiałów znalazła się w
centrali w Ludwigsburgu. Prowadzący śledztwo musi wypełnić powinność i wystąpić
o te materiały. To jest fragment bardzo szerokiego problemu…
To oryginały poszły do Ludwigsburga?
– Nie sądzę, ażeby sposób przekazania materiałów tego śledztwa odbiegał od
praktyk stosowanych w ogóle w przekazywaniu materiałów do Niemiec.
A jakie to były praktyki?
– Mówimy o praktykach – nie powiem, że dopuszczalnych przez prawo…
A więc prawnie niedopuszczalnych?
– Prawo regulowało to inaczej… Korzystanie z pomocy międzynarodowej jest
uregulowane w sposób bardzo rygorystyczny. Tymczasem praktyka
– nie tylko w stosunku do Niemiec, ale także Ukrainy i Białorusi – dopuszczała
pewną dowolność, delikatnie mówiąc. Regułą w omawianej praktyce powinno być,
iż wysyła się za granicę uwierzytelnione odpisy, a oryginały i drugi odpis
pozostawia się na miejscu. Dzisiaj, gdy zmagamy się z całą spuścizną dawnej
GKBZpNP, gdy przeglądamy akta, ogarnia nas trwoga, bo nie ma możliwości ustalenia,
czy i jakie materiały zostały przekazane za granicę. Nie ma w tych naszych
aktach ani oryginałów, ani kopii, są tylko ślady pism przewodnich, z których
można się dowiedzieć, w którym roku materiały danej sprawy przekazano do centrali
w Ludwigsburgu. Codziennie przychodzą do mnie pocztą takie informacje. Centrala
w Ludwigsburgu nie była strukturą niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, a więc
nie obowiązywały tam reguły przewidziane przez kodeks postępowania karnego.
To była struktura administracyjna, powołana w całkiem innym celu, a mimo to
pozostawała przez dziesięciolecia adresatem przekazywania z Polski akt dawnej
Głównej Komisji.
Od kiedy trwał ten proceder?
– Przynajmniej od lat 60. Centrala w Ludwigsburgu rozpoczęła funkcjonowanie
w 1958 roku.
I zwracała się do GKBZpNP o konkretne akta?
– Główna Komisja przekazywała je w zasadzie z własnej inicjatywy. Gdy w toku
śledztwa ustalano, że sprawca przebywa na terenie Niemiec, przesyłano dokumenty,
aby tamtejsza prokuratura mogła go ścigać. Jednak centrala w Ludwigsburgu
przekazywała te materiały niekoniecznie do właściwych organów wymiaru sprawiedliwości,
czyli sądów i prokuratur, ale również do archiwów. I tak dzieje się do dziś.
To są informacje spływające do nas z Niemiec, które utwierdzają nas w przekonaniu,
że materiały przekazywane latami przez Polskę znajdują się w niemieckich
archiwach. Przypuszczam, że będzie je bardzo trudno rewindykować. Znajdujemy
się dzisiaj w takiej sytuacji, że mamy prawie 10 tys. spraw będących spuścizną
po byłej GKBZpNP, które z punktu widzenia procesowego nie zostały zakończone.
Toczyły się postępowania, o których nie powiadamiano nawet sukcesorów prawnych
ofiar, nie nadawano im statusu pokrzywdzonych, materiały szły do Niemiec,
stamtąd po długich błaganiach przychodziły decyzje końcowe, w każdym wypadku
nieskuteczne, np. że nie da się ustalić miejsca pobytu podejrzanego, albo
że stan zdrowia i samopoczucie podejrzanego nie pozwala na szykanowanie go
postępowaniem karnym za zbrodnie popełnione w Polsce… Główna Komisja nie
miała przy tym zwyczaju powiadamiać o tym wyniku krewnych ofiar. W związku
z tym dzisiaj zderzamy się z taką oto sytuacją: ktoś pisze do IPN i chce
się dowiedzieć np., w jakich okolicznościach zginął jego ojciec w Magdalence
w 1942 roku. Sam nie posiada żadnego dokumentu, śladu, a być może wiąże tę
sprawę z procesem odszkodowawczym, co bywa często motywem działań. Tymczasem
w tej konkretnej sprawie byliśmy w stanie jedynie poinformować zainteresowanego,
że materiały na temat zbrodni w Magdalence aż siedmiokrotnie przekazywano
w przeszłości do Ludwigsburga. I tyle.
Do kiedy trwało to wyzbywanie się akt?
– Przynajmniej do początku 1999 r., czyli nieomal do powstania IPN.
Przynajmniej? Czy prezes IPN Kieres przeciął te praktyki?
– Poprawiło się o tyle, że cały proceder został sprowadzony do określonych
ram prawnych.
Przestały ginąć akta?
– Nadal przesyła się je do Niemiec, ale nadano temu pewne rygory. Zajmują się
tym prokuratorzy, którzy znają reguły i wiedzą, jaka jest odpowiedzialność
za utratę akt. Nie ma już takich jak wcześniej ekscesów, wręcz patologii…
aczkolwiek jeszcze dziś można usłyszeć ocenę, że ta cała procedura była znakomita,
bo Niemcy nas za nią chwalili!
Dziwi mnie jedno. Dlaczego sprawa "upłynniania" przez
GKBZpNP dowodów zbrodni niemieckich dopiero teraz wyszła na światło dzienne,
choć IPN działa
już 7 lat? I cały czas o skandalu było cicho. Dopiero artykuł w jednym z tygodników
przerwał milczenie. Czy poprzednie władze IPN nie dopatrzyły się ubytków w
materiałach śledztw?
– Trudno mi odpowiadać za poprzednie władze IPN. Jestem prokuratorem Instytutu
już jakiś czas i muszę powiedzieć, że było to przedmiotem sygnałów, uwag i
postulatów ze strony prokuratorów. Uznano jednak, że jeśli się całą rzecz schowa
pod korcem, to nie wypłynie. W końcu 2004 r. prokurator Lucjan Nowakowski z
Głównej Komisji uczestniczył w przygotowaniu wystawy o zbrodniach Wehrmachtu,
w związku z czym musiał zapoznać się z aktami. Wtedy zauważył te zdumiewające,
trudne do zrozumienia braki, co natychmiast zasygnalizował kierownictwu. Jako
prokuratorzy mamy świadomość, że niereagowanie jest przestępstwem samym w sobie,
dlatego wiosną ubiegłego roku wystąpiliśmy z panem prokuratorem Nowakowskim
do prof. Kieresa, który dał się nakłonić do powołania komisji w celu zbadania
sprawy. Weszliśmy do niej – ja i pan prezes Krupski oraz jeszcze kilka osób,
których już nie ma w IPN. Udało nam się przeprowadzić w miarę rzetelną rekonstrukcję
tego, co się działo. W sierpniu ub.r. sporządziłem raport w tej sprawie, który
po akceptacji Kolegium IPN i prezesa Kieresa stał się podstawą do przygotowania
przeze mnie pisma do ministra sprawiedliwości, wówczas ministra Kalwasa. Odpowiedzi
udzielił pan minister Zbigniew Ziobro. Sprawa nie jest zamknięta. Pan minister
oczekuje na dalsze informacje, zaś pan prezes Kurtyka ma świadomość, że trzeba
się z tym będzie dalej zmagać.
Ależ to jest zagubienie dokumentów pamięci narodowej. To coś niesłychanego!
– Mam przed sobą akta sprawy o zastrzelenie trzech Polaków przez żandarmów
z posterunku w Wieluniu. W 1975 r. sprawę zawieszono, bo sprawcy nie zostali
ustaleni. Podpis: prok. Lehmann. A przecież w tych aktach znajdują się ślady
zeznań złożonych przez świadków, którzy wymieniali sprawców z imienia i nazwiska.
Akta dwukrotnie przesyłano do Ludwigsburga. Po tych zabiegach z kilkunastu
protokołów przesłuchań zostało może pięć…
Zawieszano śledztwa bez powodu, oryginały dowodów wysyłano do Niemiec, materiały
zamiast trafić do prokuratury niemieckiej, ginęły w przepastnych archiwach…
To jakiś horror. Jestem zszokowana.
– My zmagamy się dzisiaj z takim oto dorobkiem dawnej Głównej Komisji. Niektórzy
wolą jednak tkwić w przekonaniu, że wszystko jest w porządku, chociaż można
stwierdzić, co zostało w naszych archiwach.
Czy ktoś mógł być zainteresowany, aby niektóre dokumenty nie ujrzały światła
dziennego?
– Jako prokurator wolę mówić o faktach, a nie o spekulacjach. Dzisiaj wiemy
tyle, że te dokumenty są w archiwach niemieckich.
W całości?
– W informacji dla ministra sprawiedliwości, którą podpisał prezes Kieres,
podano, że w ponad 90 procentach…
Pani sędzia Trzcińska twierdzi, że na początku lat 90. akta KLW na dwa lata
zamknięto w pancernej szafie i uniemożliwiono jej dostęp. Zrobił to prokurator
Kaniewski – stalinowski prokurator. Zachodzi pytanie, czy nie była to próba
odsunięcia od akt zbyt gorliwego sędziego. Może i te akta były przeznaczone
do rozparcelowania?
– Być może, wszystko tu jest możliwe. Dopóki się tej sprawy solidnie nie wyjaśni,
zawsze będą krążyć pogłoski, że handlowano aktami, że ktoś z tego czerpał korzyści,
ktoś urządził rodzinę w Niemczech etc. Jedno jest pewne: ze wszystkich "demoludów" my
byliśmy jedynym krajem, który Niemcy chwalili. Francja nie oddawała dokumentów
dotyczących zbrodni, ani Bułgaria, ani inne kraje… My byliśmy jedyni. Przerażać
może skala tych praktyk. Czytałem sprawozdania kierujących centralą w Ludwigsburgu,
którzy przyjeżdżali tu w nieodległych latach, ponieważ kontakty z Ludwigsburgiem
są bardzo zażyłe. Na podstawie tych dokumentów można odtworzyć, jaka była skala
zjawiska. Otóż do roku 1989 przekazaliśmy Niemcom 130 tys. dokumentów i 150
tys. klatek mikrofilmów. Prokuratorzy w pionie śledczym Głównej Komisji mają
świadomość odpowiedzialności za tę sytuację. Jesteśmy legalistami i zdajemy
sobie sprawę, że trzeba to oceniać w kategoriach odpowiedzialności karnej.
Tymczasem próbuje się nam narzucić przekonanie, że w tym nie ma żadnej patologii.
Artykuł we "Wprost" został powtórzony przez
PAP i niektóre gazety, ale nie słyszałam, by któryś z polityków się do tego
odniósł. Wszyscy czekają,
co będzie dalej. A przecież jest to cios zadany historii Narodu, prawdzie historycznej.
To sytuacja bez precedensu.
– Właśnie, wszyscy czekają…
Czy nie należałoby wystąpić z oficjalnym doniesieniem o przestępstwie do prokuratora
generalnego?
– Nie ma jeszcze dostatecznie dokładnych ustaleń. Pan minister Ziobro napisał
do prezesa Kurtyki, że chce być informowany o sprawie. Potraktował rzecz z
całą powagą. A prezes będzie oczekiwał wkrótce tych informacji od prof. Kuleszy.
Być może dzisiaj jedynym sposobem, aby tę sprawę do końca przeprowadzić, jest
przejrzenie wszystkich akt, jakie pozostały. Trzeba powiedzieć o jednej bardzo
istotnej kwestii. W 2000 r., kiedy stworzono IPN, zasoby archiwalne GKBZpNP
i byłych komisji okręgowych z mocy prawa stały się zasobami IPN. Otóż ten zasób
nie został przyjęty przez IPN w sposób protokolarny. W październiku 2001 r.
próbowano skompilować protokół, który miałby obrazować to przejęcie, jednak
wobec ustaleń, że materiały archiwalne zgromadzone przez byłą Główną Komisję
nie podlegały skontrum z braku ewidencji, protokół podpisała tylko ówczesna
dyrektor Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów Bernadetta Gronek, z
zastrzeżeniem tych wszystkich braków i niedostatków w zasobach archiwalnych
byłej Głównej Komisji. Nie podpisał go przekazujący z ramienia byłej Głównej
Komisji.
Proszę przypomnieć nazwiska byłych dyrektorów GKBZpNP…
– Każdy minister sprawiedliwości był z urzędu szefem Głównej Komisji. Dyrektorami,
o ile dobrze pamiętam, byli: profesor Czesław Pilichowski, dyrektor Ryszard
Walczak, prof. Witold Kulesza, który od 1998 r. był dyrektorem dawnej GKBZpNP,
a potem został dyrektorem pionu śledczego IPN.
I przez te 15 lat wolnej Polski nikt na temat zaginięcia akt nie zabrał głosu?
– Jest pismo minister Suchockiej z 1998 r., kiedy była ministrem sprawiedliwości.
Na prośbę dyrektora byłej Komisji – prof. Kuleszy, o zgodę na kontynuowanie
praktyk wysyłania dokumentów na Ukrainę i do państw byłego Związku Sowieckiego
minister Suchocka wyraziła zdecydowany sprzeciw. Wskazała na to, co oczywiste,
że wysyłanie akt na zewnątrz może się odbywać tylko za pośrednictwem Ministerstwa
Sprawiedliwości, bo minister sprawiedliwości jest podmiotem, który podpisywał
odpowiednie umowy z innymi państwami.
To na Wschód też wysyłano materiały?
– W niewielkim zakresie. Chodziło o postępowania w sprawie zbrodni sowieckich
po 17 września 1939 r. na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej. Na przykład
mord w więzieniu w Złoczowie. Przekazywano akta na Ukrainę w nadziei, że
tam będą się toczyć jakieś postępowania. Oczywiście, żadne postępowania tam
się nie toczyły, poza jednym wyjątkiem. Przekazywano te akta na takiej samej
zasadzie jak do Ludwigsburga, czyli z ominięciem drogi procesowej. Minister
Suchocka stanowczo zareagowała, ale tylko dlatego, że prof. Kulesza zwrócił
się o zgodę na kontynuowanie dotychczasowych praktyk. Był to impuls, który
w późniejszych latach spowodował pewną wstrzemięźliwość.
A więc trzeba teraz przejrzeć wszystkie akta i ewentualnie wszcząć postępowanie
karne.
– Ta sprawa już wpłynęła do ministra sprawiedliwości, i z naszej strony nie
potrzeba dalszych inspiracji, chyba że w toku ustaleń wewnętrznych natrafilibyśmy
na zupełnie nowe wątki. Mam nadzieję, że komisja, która to bada, zdynamizuje
pracę, bo jak dotąd trudno mówić o zadowalającym tempie. Jeśli my, prokuratorzy
pionu śledczego, mówimy o potrzebie nowych impulsów w pionie śledczym, to uwzględniamy
w tym konieczność doprowadzenia sprawy zaginionych akt do końca. Mamy świadomość,
że wszystkiego, co zbierano przez lata, nie uda się odzyskać. Trzeba jednak
znaleźć jakiś sposób, np. na szczeblu ministra sprawiedliwości czy MSZ, aby
rozpocząć poszukiwania. Same obecne uregulowania kodeksowe mogą okazać się
niewystarczające. Przede wszystkim jednak chcemy przełamać dotychczasowy ogląd
sprawy, jakoby wszystko było w porządku. Są tacy, którzy uważają, że współpraca
z Ludwigsburgiem była znakomita, a o obecny alarm to nieuprawniona rabacja,
warcholstwo. Utrata dokumentów to nie jest, według nich, żywotny problem. A
to nieprawda. To jest problem dla tych, którzy nadal nie wiedzą, jak zginęli
ich rodzice. Dokumenty te mają także ogromne znaczenie z powodu wysuwanych
w Niemczech żądań pod adresem Polski.
Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Goss
