Inwestycja w zaufanie

Sytuacje kryzysowe o charakterze pełzającym mają to do siebie, że mimo ich
trafnego zdiagnozowania trudno jest przekonać większość zaangażowanych o
prawdziwości tej oceny. Ludzie są bowiem wciąż związani emocjonalnie ze
schematami myślowymi, w ramach których kryzys jeszcze się nie ujawnia, wciąż
wiążą nadzieje z mocą sprawczą pewnych osób, wciąż liczą, że karta się jeszcze
odwróci. Pełzające kryzysy polityczne stają się otwarte dopiero w momencie
jakiegoś spektakularnego załamania – w naszych czasach najczęściej
gospodarczego. Na naszym polskim horyzoncie takie zagrożenia widać już powoli
gołym okiem i z każdym dniem coraz wyraźniej. Załamanie demograficzne, kryzys
energetyczny, zadłużenie państwa, niedorozwój infrastrukturalny, niedowład
aparatu państwa z każdym rokiem będą nas kosztować coraz więcej.

Jednak przeciętny Polak zazwyczaj przed takimi problemami dużej skali ucieka w
prywatność, nie chce o nich myśleć, wyłącza horyzont polityczny i pociesza się,
że jakoś to będzie. Innymi słowy, zwleka z uznaniem sytuacji za kryzysową tak
długo, jak tylko może. Takie wycofanie się najczęściej oczywiście pogłębia
kryzys. Nagromadzone problemy przytłaczają, a konieczne zmiany zawsze są
bolesne. Nic dziwnego zatem, że przez większość swojej nowoczesnej,
porozbiorowej historii polska polityka kroczyła od kryzysu do kryzysu.
Co gorsza, te kryzysy następowały najczęściej w momencie zmiany generacyjnej i
wiązały się zazwyczaj z wyczerpaniem się pokoleniowego projektu
modernizacyjnego. Jest to symptom poważnej dysfunkcji kulturowej i społecznej.
Konstytucja polskiego społeczeństwa nie zawiera niestety mechanizmu sprawnej
zmiany pokoleniowej. Każdy polski projekt modernizacyjny jest pokoleniowo
domknięty i nie przewiduje mechanizmu przekazania pałeczki. To powoduje
sytuację, w której niemal co pokolenie zaczynamy od początku, z wiarą, że może
tym razem się uda. Życie wewnętrzne Narodu Polskiego wciąż porusza się ruchem
wahadła – od stanu sarmackiej stabilności do stanu nagłego zrywu. Od entuzjazmu
do wyczerpania. Co jakiś czas nabiera ono szaleńczego tempa, by potem na dłuższy
czas spocząć nieruchomo.

Wartość rywalizacji
Tymczasem modernizacja jest procesem ciągłej, kroczącej zmiany, opartym na mniej
lub bardziej ograniczonej, ale nieustającej rywalizacji, która jest mechanizmem
wyłaniającym zwycięzców. Polacy najczęściej walczą ze sobą (z sobą samym i
nawzajem), ale niestety rzadko kiedy rywalizują. Polska polityka jest walką
partii, co gorsza, również życie wewnątrz ugrupowań jest ciągłą walką. Wszystko
na gigantycznym poziomie emocji. Przed męczącym życiem publicznym uciekamy w
zaciszne życie prywatne, z którego czerpiemy satysfakcję. Przednowoczesna
mitologia poczciwego życia "pod lipą", głęboko wpisana w polską tradycję,
utrudnia nam zrozumienie, że zasada rywalizacji – będąca konstytucją
społeczeństwa nowoczesnego – jest w gruncie rzeczy pewnym specyficznym typem
kooperacji. W Polsce zamiast kooperacji opartej na rywalizacji (relacja
horyzontalna) mamy od niepamiętnych czasów kooperację w relacji patron-klient
(relacja wertykalna), czego skutkiem są wojny rodów, familii, partii, sitw i
korporacji.
Rywalizując, umawiamy się bowiem, że wygra lepszy. Przegrany jest gorszy, musi
odejść. Kiedy obserwujemy życie polityczne tzw. dojrzałych demokracji, np.
amerykańskiej, brytyjskiej czy niemieckiej, zauważamy, że nie ma tam – znanych
nam w Polsce – postaci mężów opatrznościowych polityki. Szefowie partii po
nieudanych wyborach schodzą na drugi plan, ponieważ to im przypisuje się
odpowiedzialność za porażkę. Przegrali, czyli popełnili błędy. Po drugie, toczy
się tam stała rywalizacja. Przywództwo w partiach wyłaniane jest w ramach
konkursów na lidera, w USA politycy, aby kandydować, muszą sprawdzić się w
prawyborach, czyli wyborach na kandydata. Żadnego z tych zjawisk nie zobaczymy w
dwóch najważniejszych polskich partiach. Zamiast tego mamy moralne szantaże
zagrożoną ojczyzną lub propagandę strachu w oparciu o medialną karykaturę
człowieka. Z jednej strony porażki przez nieporozumienie, z drugiej – zapowiedzi
"wyginięcia jak dinozaury". I co najbardziej przygnębiające, dwaj walczący ze
sobą główni politycy nie są przywódcami. Innymi słowy, nie umieją przewodzić.
Ja sam na życie polityczne staram się patrzeć bez emocji – analitycznym okiem
filozofa polityki. Tak zostałem wychowany przez moich nauczycieli. Moje
zaangażowanie w sprawy polityczne jest przede wszystkim racjonalne, oparte
bardziej na zasadach niż na więzi z konkretną osobą lub szyldem partyjnym.
Całkowicie zapewne niezgodnie z polską naturą politykowania, które od
najdawniejszych czasów było "zamaszyste". Dobrze wszelako zdaję sobie sprawę z
tego, że polityka w republice opiera się na społecznych emocjach i potrzebie
personalnego przywództwa. Wynika to z całej klasycznej refleksji filozoficznej
nad polityką. Tradycja republikańska, którą uznaję za swoją, uczy jednak, że aby
naród polityczny mógł dobrze funkcjonować, owe emocje muszą być regulowane i
kanalizowane przez dobry ustrój, który pozwala wyłaniać dobrych przywódców.
Chodzi tu zarówno o dobrą konstytucję polityczną, jak i o konstytucję społeczną,
a ostatecznie o konstytucję duchową.
Na zmianę konstytucji politycznej nie mamy dziś szans, o konstytucji duchowej
nie chcę tutaj mówić. Chciałbym się skupić na tym, jak Polacy powinni
udoskonalić swoją konstytucję społeczną. Coraz wyraźniej rysuje się w Polsce
różnica między pokoleniami młodszymi, uczonymi i przyzwyczajonymi do zasad
równości i rywalizacji, a pokoleniami starszymi, hołdującymi zasadzie
hierarchiczności i solidarności. To młode pokolenie jest dziś znaczącym
narodowym kapitałem. Jego siły nie upatruję bynajmniej w dobrej edukacji, bo
była ona masowa i złej jakości, ale przede wszystkim właśnie w rozumieniu
wartości konkurencji. Jego największym deficytem z kolei jest to, co nazywa się
kapitałem społecznym, czyli zaufanie umożliwiające współdziałanie. W efekcie
rywalizacja bywa bezwzględna, a wejście w dorosłość polega na brutalnym
odkryciu, że powodzenie osiąga się poprzez podczepienie swojego wagonika do
czyjejś lokomotywy. Innymi słowy, znika obecna u starszych pokoleń solidarność,
ale trwa klientelizm. Tymczasem chodzi nam o zdolność do współdziałania przez
rywalizację, to ona bowiem jest kluczowym motorem modernizacji.
Nie należy mieć złudzeń, że ową cnotę szybko da się wpoić na masową skalę. Na
początku musi powstać pewna wizja i mechanizm przygotowania elit oraz wytyczone
muszą być ścieżki kariery. Potem ten proces przyspiesza i nabiera masowości.
Widać to doskonale, gdy przyjrzymy się wspaniałym dokonaniom polskiego
oświecenia. Od wizji, czyli traktatu politycznego księdza Stanisława Konarskiego
oraz jego elitarnego Collegium Nobilium, przez biskupa Krasickiego i jego
błyskotliwą propagandę moralną (satyry społeczne), aż po księdza Kołłątaja i
Komisję Edukacji Narodowej. Potrzeba było co najmniej trzech pokoleń, by
doprowadzić do głębokiej przemiany społecznej zwieńczonej Konstytucją Trzeciego
Maja. W Polsce proces zaczynał się zazwyczaj gdzieś w sferze obywatelskiej, by
dopiero potem stać się elementem działań państwa. Jak jednak miałoby to wyglądać
w dzisiejszej rzeczywistości?

Siła think tanków
Polskie partie są chore. Po pierwsze, są wydrążone wewnętrznie, nie są
dojrzałymi organizacjami, tzn. nie posiadają wewnętrznych procedur, mają
rachityczne struktury i niewielu członków (PiS i PO – do 30 tys. członków). W
komitetach poparcia Jarosława Kaczyńskiego, które zebrały ponad półtora miliona
podpisów, było kilkanaście tysięcy ludzi, czyli niemal tyle co w samej partii.
To oczywiście wzbudziło dużą nerwowość w jej szeregach. Po drugie, system
finansowania publicznego i niski poziom otwartości sprawia, że nawet tak
antyestablishmentowej partii jak PiS wyraźnie grozi dziś korporatywizacja i
polityczny nepotyzm. Wystarczy spojrzeć na liczbę krewnych, powinowatych i
pociotków na listach wyborczych do samorządów. Innymi słowy, politycy powoli
stają się kolejną obok profesorów, lekarzy, prawników, artystów itp. korporacją
i grupą interesów zorganizowaną wokół więzi rodzinnych i relacji patron-klient.
I podobnie jak tamte grupy wykorzystują publiczne fundusze w luźnym związku z
ich właściwym przeznaczeniem.
Problem oczywiście polega na tym, że partie są nam koniecznie potrzebne,
ponieważ są podstawowym wehikułem politycznym w demokracji przedstawicielskiej.
Jednak w naszym kraju partie muszą zostać uzupełnione politycznymi instytucjami
zaufania publicznego. W Niemczech każda partia polityczna posiada zasobną
fundację polityczną, która jest zapleczem merytorycznym polityków, źródłem
stypendiów, ośrodkiem edukacji politycznej młodzieży oraz narzędziem
niemieckiego soft power. Dość powiedzieć, że trudno znaleźć w Warszawie
instytucję okołopolityczną, która nie byłaby finansowana z pieniędzy niemieckich
podatników poprzez owe fundacje. Kto zaś płaci, zyskuje sympatię i może potem
wymagać.
Dlatego w Polsce musimy zacząć od sprawy trudnej, ale kluczowej – czyli od
pieniędzy. Polacy nie lubią polityki i nie chcą płacić na cele polityczne.
Zdecydowanie łatwiej przychodzi im łożenie na cele religijne czy zdrowotne.
Finansowanie publiczne partii politycznych również im się nie podoba. W
konsekwencji jedyną grupą, która chętnie sfinansowałaby politykę, są grupy
interesu i reprezentujący je lobbyści. A tymczasem jaka jest moc drobnych sum
pieniężnych, przekonuje nas choćby wspaniałe dzieło Radia Maryja. Pieniądz to
nośnik wartości, ale i informacji. Polacy powinni poinformować polityków, że
cenią instytucje polityczne, które realnie rywalizują o ich zaufanie.
Podobnego wsparcia powinny doczekać się w Polsce instytucje polityczne inne niż
partie, czyli np. think tanki i fundacje animujące życie obywatelskie –
towarzystwa samokształcenia, ruchy nacisku czy organizacje strażnicze, tzw.
watchdogs. Instytucja, którą reprezentuję – Instytut Sobieskiego – jest jedyną
znaczącą polską fundacją polityczną, która nie utrzymuje się z pieniędzy z
zagranicznych źródeł. W konsekwencji nasz budżet jest nawet kilkunastokrotnie
mniejszy od budżetu podobnych fundacji lokujących się w centrum i po lewej
stronie polskiej sceny politycznej. Jednocześnie jesteśmy jedyną instytucją,
która mając w swoich szeregach wybitnych młodych naukowców i praktyków, nie
ucieka w politycznie poprawne abstrakcje, tylko otwarcie deklaruje zaangażowanie
polityczne i systematycznie pracuje z politykami. Co jednak charakterystyczne,
polscy politycy – obracający kilkudziesięcioma milionami złotych rocznie – nie
bardzo palą się do inwestowania w tego typu inicjatywy. Wolą billboardy i
reklamy. Dlatego właśnie potrzebne jest wsparcie obywatelskie.
Jest to właściwie forma nowoczesnego patriotyzmu. Dysponując bowiem większymi
środkami, fundacje takie jak nasza mogłyby rozwijać efektywnie dobrze
sprawdzające się np. w USA inicjatywy zaufania publicznego. Mam na myśli choćby
media – np. całodobowe radia internetowe, wysokiej jakości internetowe tygodniki
opinii, gdzie autorzy dostają godziwe wynagrodzenie za pracochłonne i
wartościowe teksty. Można byłoby na szerszą skalę otworzyć szkoły liderów i
akademie politycznej edukacji młodzieży akademickiej, uczące ich pracy
zespołowej, metody projektowej i przekazujące inne praktyczne umiejętności
przydatne przez całe życie. A przy tym wychowujące ich na zaangażowanych i
kompetentnych uczestników życia publicznego pod okiem wybitnych praktyków i
akademików uwolnionych od biurokratycznego gorsetu państwowej szkoły wyższej.
Czyli coś zasadniczo odmiennego niż młodzieżówki partyjne, gdzie tresuje się
służalców i karierowiczów.
Bez tej podstawowej inwestycji, tzn. bez przekucia naszego kapitału społecznego
w instytucje zaufania publicznego, nie będziemy mieli szans wyjść z kryzysu,
kiedy wreszcie w nas mocno uderzy.

 

Jan Filip Staniłko
 

Autor jest członkiem zarządu Instytutu Sobieskiego oraz redaktorem
dwumiesięcznika "Arcana".

drukuj