Ile razy dziennie jesz?

Dziś w pamięci mieszają
się roześmiane twarze, bujna zieleń, krzywe chatynki w wioskach wśród
palm i bananowców, zbiorniki z wodą na plecach kobiet i dzieci,
dokarmiane niemowlęta, śmierć z głodu. Ten obraz wraca i wraca. A ja
ciągle syta, napojona, umyta… „Jak daleko chodzisz po wodę? Ile razy
dziennie jesz?” – oba te pytania należą do kurtuazyjnych, ot, grzecznie
tak zapytać nowo poznaną osobę, by nie wypytywać wprost, gdy ciekawość
rozpiera, by wiedzieć, czy ma się do czynienia z osobą zamożną, na
wysokim stanowisku, czy z kimś prostym, jak zwyczajny mieszkaniec Rwandy
albo Konga.

Wyprawy do Afryki nie planowałam, czułam, że za
mało wiem o tym kontynencie, tyle lat filmowania poświęciłam Azji,
Afryka zaś wydawała mi się daleka, obca. Namówił mnie ks. prof. Wojciech
Łazewski, dyrektor Caritas Polska w latach 1994-2004. Wybitny
organizator, znawca krajów, dla których prowadził projekty pomocowe.
To
on był pomysłodawcą… świecy wigilijnej, którą od lat już zwyczajowo
kupujemy w kościołach jako wyraz naszego współczucia dla najuboższych,
głodujących na świecie. Z każdej świecy wigilijnej 10 gr przeznaczane
jest na projekt pomocowy dla najbardziej potrzebujących, tych wprost
ginących z powodu chorób, głodu i braku wody.
Zapragnęłam, by w
reportażach filmowych dla TVP pokazać te „cele”, do których wędrują
nasze datki, fundusze zebrane z każdej naszej świecy, z naszych 10
groszy.
Była więc Mongolia, tu dramatyczny brak wody; był
Afganistan, prowincja górska, której zagroziły głód i śmierć masowa
nadciągającej zimy; był Pakistan, z problemem milionów uchodźców
afgańskich; były Indie, stan po wielkiej suszy; był Iran, po trzęsieniu
ziemi; była wreszcie ta Afryka… Otrzymałam wielkie wsparcie dla mojej
pracy od misjonarzy pallotynów, tam w 2003 r. do ich misji m.in.
kierowana była pomoc ratująca setki istnień, głównie głodujące dzieci.
Ksiądz profesor udzielił mi wszelkich instrukcji, jak… przeżyć w
Afryce.

Sama z kamerą

TVP brakowało pieniędzy na
takie wyprawy, więc poleciałam sama, z kamerą, światłem i dźwiękiem, bez
ekipy. Mam zawodowe uprawnienia operatora filmowego, więc cóż, trzeba
było sobie poradzić. Choć to także praca fizyczna, dźwiganie, w upale.
Redakcja Edukacyjna we współpracy z Caritas zamówiła serię filmów, a to
nadawało sens takim samotnym wyprawom. Skoro misjonarze posługują tam
też sami, to ja z kamerą muszę dać radę, pod ich opieką!
Ksiądz
profesor dopilnował, bym przeszła wszystkie szczepienia, które są
niezbędne przed podróżą do Afryki: żółta febra i wiele innych zastrzyków
obciążających organizm. I leki przeciwmalaryczne, bardzo silne, bo tam
malaria jest wszechobecna, stanowi wielkie ryzyko dla życia.
Długi
lot przez Brukselę, potem do Kigali, stolicy Rwandy. Gdy na pokładzie
usłyszałam polski język, niepewność zniknęła, to kilku misjonarzy
leciało do tego samego punktu. Opowiadali mi cierpliwie o pięknie
tamtych krajów.
Lądujemy już nocą. Chłodnawy wiaterek na powitanie,
gdzie ta spiekota? Wypatruję tych, którzy mieli odebrać mnie z lotniska,
lecz w ciemności dostrzegam tylko rząd białych tenisówek czy adidasów.
Jakby stały na tle nocnego widoku jakiejś lotniskowej roślinności! To
rząd stałych mieszkańców Rwandy oczekujących na przylot bliskich. A
dalej już widzę białe twarze. Podchodzą pallotyni, jedziemy z bagażami
do ich domu w Kigali, gdzie rozpoczynali swoje posługiwanie w 1973 roku.
Podjęli pracę w parafii liczącej 20 tysięcy wiernych, z czasem założyli
tu wydawnictwo z drukarnią „Pallotti Presse” w ramach apostolstwa słowa
drukowanego. Wydają książki religijne, prasę katolicką, modlitewniki,
Pismo Święte – wszystko w języku kinyarwanda. Prowadzą szkoły, posługują
chorym i więźniom.
Obrazy z filmowej wyprawy: dziś w pamięci
mieszają się roześmiane twarze, bujna zieleń, krzywe chatynki w wioskach
wśród palm i bananowców, zbiorniki z wodą na plecach kobiet i dzieci,
dokarmiane niemowlęta, śmierć z głodu. Ten obraz wraca i wraca. A ja
ciągle syta, napojona, umyta. Kran z wodą w misji, taniec z Pigmejami,
imieniny wśród „dzikiego plemienia”. Twarze radosne, w śpiewie
kościelnym dla Pana naszego, twarze zrozpaczonych matek niosących swoje
konające dzieci do szpitalika polskich sióstr… Tak wiele chwil
pięknych, ale i trudnych dla filmującej dziennikarki. Niepojęty ludzki
świat osadzony w rajskiej przyrodzie.

Nikt z misjonarzy nie uciekał

Rwanda
to cierpienie wojny domowej, rzezi ludności – w ciągu 100 dni
wymordowano ponad milion mieszkańców. Będę i tu, gdzie dokonano masakry
ludzi ukrywających się w kościele, który spalono. W zbiorowej
mogile-memoriale sfilmuję rzędy czaszek, kości. Wokół kościoła do dziś
na każdym kroku można znaleźć białe patyczki – to drobiny kości
niewinnych ludzi pomordowanych w najokrutniejszy sposób.
Każdy
chronił swoich parafian, podopiecznych, poranionych i przerażonych.
Wielu misjonarzy cudem ocaliło swoje życie, jak np. ks. Filipek, który
posługiwał w Rwandzie ponad 20 lat i mimo że przeżył rzeź, zawsze
powtarzał, że kocha tę biedną Rwandę i nie chce wracać do Europy.
Ksiądz
Henryk Hoser, lekarz, obecny ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej,
odpowiadał za sprawy rodziny, której sytuacja stała się szczególnie
dramatyczna po tej strasznej wojnie. To tylko dwa nazwiska wspaniałych
misjonarzy pallotynów, a tylu ich tam jeszcze spotkałam! Inżynierowie,
lekarze, nauczyciele…
Pierwszego ranka po przylocie księża zabrali
mnie do misyjnej szkoły. Zapamiętałam przede wszystkim straszliwy tuman
kurzu unoszący się ponad setką dzieci, a może było ich nawet pięćset?
Każde pragnęło dotknąć kamery, obejrzeć świat jej okiem. Ustawiały się
karnie w kolejkę, na moment zapadała cisza, gdy następne dziecko
spoglądało przez wizjer, wszystkie wstrzymywały oddech i czekały chwilkę
w napięciu na reakcję patrzącego. I od razu wrzawa, śmiech, radość,
przepychanki. Gorąco. Pył. Pić, pić! Jakoś dziwnie krótki cień zarówno
mój, jak i innych ludzi – taki karłowaty, ledwo rysuje się na ziemi.
Niedaleko równik.
Dzieci w szkole są dokarmiane, ubierane, w razie
potrzeby leczone. Jakie radosne! Usiłowały nauczyć mnie swojej piosenki,
bardzo się starałam, a one do łez śmiały się z moich marnych prób.

Chcesz, madame, zadzwonić do mamy?

Miasto
Kigali, domki z gliny wśród palm, ale i piękne bogate dzielnice.
Sklepy. I sklepiczki pod przykryciem z mat. Krzywe kramiki z desek i
palików. Wszędzie punkty telefoniczne, internet. „Chcesz, madame,
zadzwonić do mamy? Proszę o numer. A, to do Polski, już proszę mówić!”.
Bez żadnych zakłóceń rozmawiam z Afryki z moją mamą w Warszawie, stojąc
pod bananowcem. I do tego taniej niż w kraju.
Za kilka dni jadę do
Butare, do domu formacyjnego „Nazareth”. Mieszkają w nim liczni
seminarzyści, nowicjusze. Wprowadza mnie ks. Zenon Bazan, dostaję
misjonarski pokoik z prysznicem. A na koniec słyszę przestrogę: „Często
dochodzi tu do napadów rabunkowych, więc lepiej nie kłaść nic
wartościowego w pobliżu krat okiennych, zasłaniać okna. Po zmierzchu
nigdzie nie wychodzić”. Mieszkam tu kilka dni. Ksiądz Bazan musi
wyjechać, zostawia mnie pod opieką kilkudziesięciu nowicjuszy i
kleryków. Przy śniadaniu dopiero zdaję sobie sprawę z tego, co to
znaczy. Jestem jedynym białym człowiekiem wśród ciemnoskórych. Na
śniadanie: zielony groszek, chleb z dżemem. Na obiad: zielony groszek,
marchewka, pataty. I tak codziennie. W pobliżu znajduje się plantacja
grochu, więc jest on tani. Koszty żywności są tu bardzo wysokie.
W
nocy doszło do próby włamania, jednak rabusiom nie udało się odgiąć krat
w oknie mojego pokoiku, a stróżujące psy obudziły cały dom. Pod
prysznicem lubiły mieszkać węże i pająki. Najgroźniejsze jednak były
malutkie komary; smarowanie pomagało na godzinę-dwie, bo strugi potu
robiły swoje. Tylko tam, w Rwandzie, spałam z komandoskim nożem pod
poduszką. Ot, dla dodania pewności siebie. Pomyślałam, że jeśli ginąć,
to z honorem.
Kibeho. Olbrzymi kościół w miejscu objawień Maryjnych.
Pielgrzymują tu tysiące ludzi, wśród nich wielu młodych; dokonuje się tu
wiele nawróceń. Ksiądz Bazan marzy o stworzeniu wielkiego centrum
pielgrzymkowego, miejsca kultu Matki Bożej dla całej Afryki.
Pytam
ks. Bazana, jak widzi przyszłość Kościoła w Afryce, tak otwartej na
Boga, jak to będzie rzutowało na Kościół w Europie. Ksiądz, śmiejąc się,
odpowiada: „Przyszłość Kościoła, jak ja widzę? Otóż czarno widzę!”.
Save.
Odwiedzam polskiego wolontariusza, specjalistę od rolnictwa, pana
Stanisława z Białegostoku. W ubogiej wsi uczy podstaw uprawy i
pszczelarstwa. Kupił ziemię, założył gospodarstwo, jakby szkoleniowe,
pokazowe. Opowiada: „Tutaj ludzie myślą kategoriami chwili, dnia
dzisiejszego, tego, co można aktualnie zjeść. Najtrudniej wytłumaczyć,
że coś trzeba najpierw siać, potem pielęgnować, czekać na dobre plony,
wtedy dopiero jeść. Oni są stale niepewni jutra. Liczy się tylko to, co
może być zjedzone dziś. I dostęp do wody. Uczę od podstaw wyrabiania
narzędzi, aby mieli własne. Uczę uprawy bananowców, zakładania ulów. To
nie tylko miód do jedzenia, ale i pitny. Tak wiele tu pszczół, można by
eksportować miód. Tylko tej cierpliwości brak”. Pan Stanisław prowadzi
szkołę dla kilku robotników i gospodyń. Uczy francuskiego i trochę
polskiego. Miejscowi bardzo to lubią i traktują jako odpoczynek po pracy
w polu. Najważniejsze, że gdy wykażą się pilnością, to u pana Stasia na
pewno dostaną jeść.
Gdy nastaje południe, wszyscy chowają się do
chat, pod palmy, by przeczekać największy żar. Układam się na ławce. Od
razu zasypiam. Budzi mnie jakiś lęk, panika. Ciemno, nic nie widzę.
Wystarczyło kilka minut drzemki w upalnym słońcu, przecież tu nie ma
cienia! Wystarczy kilka chwil, by umrzeć z przegrzania. Owijam głowę
chustą, polewam ją wodą. Jestem ocalona.

Woda – najpilniejsza potrzeba Rwandy

Gdy
mordowano ludność, zniszczono niemal połowę ujęć wody i studni
wiejskich. Zasypywano je kamieniami, aby uniemożliwić powrót ocalałych
ludzi do ich domostw – aby wymarli i oni.
Trafiam do wioski w
górach. Dom misyjny z widokiem na głęboką dolinę. Wydaje się oazą
spokoju. Wieczorem zamyka się kraty, grube drzwi, odbezpiecza broń. Tu
też grasują bandy rabusiów. Wszystko ma swoją cenę, tylko nie człowiek.
Jedzenie i woda albo pieniądze na ich zakup. Na poprawę losu na dzień
albo kilka. Uzbrojone dzieci-najemnicy, wiele z nich straciło całą
rodzinę. Jak mają żyć, gdy wszystko, co posiadają, to karabin? Rabują
albo walczą z przemytnikami o diamenty. Kradną, co się da. Ostatnio np.
taka uzbrojona grupka dzieci napadła na bus z siostrami. Zabrały okulary
kierowcy, siostrze zakonnej, mówiąc: „Ty już dość widziałaś, a jeden z
nas od małego niedowidzi!”.
Pallotyni skonstruowali cały system wodny
łączący górskie źródło wody pitnej z poszczególnymi wioskami, w dół, aż
do siedziby misji.
I niejako przy okazji zbudowali szkołę dla dorosłych z okolicznych wsi. I jeszcze kościół parafialny.
Wstajemy
przed świtem, ruszamy do studzienki-kranu z wodą sprowadzaną z góry.
Przed kranem tłoczy się kolejka, kilkadziesiąt kobiet i dzieci, każdy z
20-litrowym kanistrem. Kobiety napełniają nawet po dwa, jeden poniosą na
głowie, drugi w ręku. Dzieci biorą po jednym kanistrze. Idziemy z nimi,
aż rozejdą się wszyscy po swoich wioskach położonych gdzieś w dżungli.
Dużo wyżej kolejny kran z wodą. Wreszcie docieramy do źródła. Pijemy
wodę z metalowego, błyszczącego kubka. Ksiądz poucza mnie, że mam pić tę
wodę dostojnie, okazując, że jest smaczna. Mieszkańcy siedzą na skale
wokół nas, dumni, że oto mają ten swój skarb.
Ksiądz-inżynier za te
polskie 10 gr z każdej świecy kupił kilometry plastikowych rurek,
zawory, krany. Odgruzowane po zniszczeniach wojennych ujęcie dolne, przy
misji, to jakby stacja rozdzielcza wody. Nie ma jej tyle, by całą dobę
była dostępna, źródło nie nadąży. Wielu ludzi żyje tu dzięki tym rurkom,
mogą hodować choćby kury, kozę, uprawiać pataty, a nawet kilka wątłych
kwiatków przy domu.
Do kościoła przy misji ludzie przychodzą całymi
wioskami, niosą małe dzieci. Kobiety w najpiękniejszych strojach,
zawojach z bajecznie kolorowych płócien. W kościele każdy modli się na
Różańcu, nie ma biernego oczekiwania na Mszę Świętą. Wszyscy pięknie
śpiewają. Modlą się głośno. Niedzielna Msza Święta trwa zwykle
przynajmniej 2-3 godziny, rodzice bardzo pilnują dzieci, żadne nie
biega, nie bawi się, nie krzyczy, od malutkiego przyuczane są do godnego
udziału w Eucharystii. Dzieci roczne, kilkuletnie, wtulone w matki,
chłoną w ciszy wszystko, co dzieje się w kościele. Tak są wychowywane. A
że razem ze wszystkimi potańczą i pośpiewają, to oczywiste, bo to i dla
nich największa radość!

Imieniny Anny

Ksiądz
zaprasza mnie do szkoły. Filmuję lekcje pisania dla dorosłych. Kilka
klas, brakuje miejsc, a cisza na zajęciach jak makiem zasiał. Ksiądz
jest głównym „wykładowcą” czytania i pisania, pomagają wolontariusze,
miejscowi. Kończę zdjęcia w klasach i cała szkoła nagle wybiega na
niewielki plac przed wejściem do budynku. Z księdzem zostajemy na
schodach. Z szeregów występuje dostojny uczeń, ok. 40-letni, w lśniącej
bielą koszuli, wygłasza długie i na pewno kwieciste przemówienie w
kinyarwanda, trzymając jedną rękę za plecami. Byłam pewna, że skrywa tam
bukiecik kwiatów. Podchodzi i wręcza mi imieninowy prezent od całej
misji, od uczniów: wielka kura, z której jeszcze kapie krew! A potem
wspaniałe tańce i śpiewy. Ksiądz prowadzi nas na przykościelne boisko.
Żar leje się z nieba, wilgoć, pot spływa strugami. Siadamy w kręgu.
Ksiądz mówi: „A teraz imieninowy dar dla Ani od misjonarza! Pani Aniu,
tylko proszę się nic nie bać!”. I w tym momencie rozlega się w dżungli
straszne wycie. Wybiega dzikie plemię, krzycząc i bardzo groźnie
potrząsając dzidami, gnają prosto do mnie! Robią groźne miny i włączają
do tańca. Rytm trochę w stylu naszych górali, dobrze mi znany, więc
tańczę. O, jak się cieszą, wszyscy goście i ten „dziki szczep”! Jak się
zaśmiewają z naszych wygibasów, tacy radośni, bo to przecież świętej
Anny, uradowani, że naprawdę sprawili mi przyjemność.

Czy jest tu jakiś ateista

Nie
wiem, jak wytłumaczyć, po co kręcę ten film; próbuję na migi. Okazuje
się, że każdy rozumie, że gdy pokażę ich biedę Europejczykom, to może
ksiądz kupi im jeszcze więcej tych rurek i kranów, i bliżej będzie po
wodę.
Rano jadę dalej, ku granicy z Kongiem. Niebezpieczne tereny, tu
schroniło się ponad milion uchodźców z Rwandy. Próbowali ratować
kobiety, dzieci. Gdzieś w dżungli, bez żywności, bez pomocy. Tu znajduje
się malutka misja – kościółek i domek pallotyński, kran z wodą tuż przy
świątyni, bo systemu transportujących wodę rurek nikt by nie upilnował w
tym gęstym, dzikim lesie. Tłum przy kraniku staje się coraz większy.
Ksiądz dozuje wodę, bo źródełko jest mało wydajne, a trzeba, by
starczyło jej dla wszystkich. Wydaje po jednym kanistrze.
Ksiądz
zgadza się być moim tłumaczem, ruszam z kamerą do czekających w kolejce
do kranu. Pierwsze pytanie: „Czy jest tu jakiś ateista?”. Słyszę gromki
śmiech. „Madame, tu nie ma ani jednego nienormalnego, u nas wszyscy są
zdrowi!”.
Ksiądz wyjaśnia: „Jeśli ktoś tu nie wierzy w Boga, to uznaje się go za chorego psychicznie”.
Rano
idziemy w góry, ponad 1000 m wyżej, upał, pył, wilgoć. Na szczycie
wioska szałasów ze spiczasto ustawionych gałęzi palmowych. Bardzo tu
sucho, woda daleko. Na tutejszym niewielkim placu, pośrodku chat, dogasa
ognisko, dopiekają się pataty. Nic więcej nie mają tu do jedzenia. Są
za to narkotyki, bimber patatowy. Pigmejom zakazano mieszkać w lesie, na
wyższych wzgórzach, zakazano polowań. Wyznaczono teren pod nową wioskę,
wysiedleni z naturalnego środowiska, pozostawieni sami sobie, bez
umiejętności rolniczych i narzędzi, nie są w stanie poradzić sobie w
tych warunkach. To nie ich ziemia, nie ich tradycja, nie ich świat.
Ulegają degeneracji, maleje liczba rodzin, a co za tym idzie – dzieci.
Wymierają. Może komuś o to właśnie chodziło?

Oznaki choroby głodowej

Kilka
kobiet wita nas tańcem. Tutaj też wypada odtańczyć rytualne tańce
przyjaźni. Filmuję i tańczę w tym przygnębiającym krajobrazie, wśród
umorusanych, głodnych dzieci w łachmanach. Mają okrągłe buzie i jasne
włoski, to oznaka choroby głodowej… Teraz mężczyźni zapraszają nas do
tańca. Oj, tutaj okazuje się, że jestem wyższa nawet od najwyższych
mężczyzn, zarówno w gronie tańczących, jak i w całej wiosce!
Misje
pallotyńskie w Kongu, przy granicy z Rwandą. Tu także przelewały się
fale uchodźców wojennych z Rwandy. Tereny pełne band rabunkowych,
zubożałe po erupcji wulkanu w Goma. Chodzimy po ulicach do dziś zalanych
lawą. Wielki dramat dzieci ulicy, żyją z przestępstw, są agresywne,
nikomu niepotrzebne. Sto kilometrów dalej, w wiosce położonej znacznie
wyżej, na skraju palmowego lasu-dżungli, misjonarki z Polski, cztery
siostry pallotynki. Prowadzą szpital za fundusze z Caritas Polska,
najwięcej pacjentów stanowią malutkie dzieci – matki przynoszą je z
dalekich osad, z lasu, gdy już niczym nie udaje się im ich wykarmić, gdy
grozi im śmierć głodowa. Każdej nocy siostry ratują po ok. 200
maleństw. Ale nie wszystkie trafiają tu na czas, każdej nocy umiera
kilkoro z nich…
Filmuję do późna w nocy salki, gdzie matki, czy
ten samotny ojciec, pilnują, by pokarm spływał rurkami z butli do nosków
maluchów. Nie ruszając się, nie płacząc, z każdą kroplą odzyskują
życie. Rano siostry mi mówią: „Walczyłyśmy o takiego maluszka, taką
drobinkę, sama skóra i kości… teraz zmarł. Może sfilmujesz ten wielki
głód?”.
Z gotową do pracy kamerą wchodzę do salki, wypatruję
dzieciątka. Jest… Już chcę uruchomić kamerę, gdy matka bezszelestnie
rozwija szmatki, wyciąga ten szkielecik na zdrewniałych rękach, otwiera
usta w bezgłośnym wyciu, puste oczy wpatrują się we mnie: „Może ty
uczynisz cud?”.
Odkładam kamerę. Siedzimy wtulone w siebie, nieme, a
malutka czarna kukiełka leży na podołku matki. Murzyńska Pieta… Ma
gromadkę dzieci, które zostały w osadzie, wysoko w górach. Kocha je
wszystkie, jak prawdziwe matki kochają każde swoje dziecko. Różnią się
jedynie kolorem skóry, miłość wszędzie jest ta sama.
Takich polskich
misji ratujących od chorób i głodowej śmierci jest kilka, wspieranych ze
składek po 10 gr z każdej wigilijnej świecy, kupowanej na nasze suto
zastawione świąteczne stoły. Działa w Rwandzie i Kongu kilka
pallotyńskich szkół finansowanych przez Caritas, także z wigilijnych
świec. Jest bardzo rozwinięta akcja „Adopcja Serca” prowadzona przez
polskich misjonarzy. Dzieci dostają porcje żywnościowe, ubrania i mają
opłaconą naukę, przy nich pożywią się trochę i ich opiekunowie…
Dzieci,
które przeszły chorobę głodową, są opuchnięte, mają odbarwione włosy i
nie umieją się śmiać. Potrzeba kilku lat, by znów nauczyły się radości.
„Ile
razy dziennie jesz?” – pyta mnie delikatnie pewna Murzynka. Odpowiadam:
„Dużo pracuję, to dwa razy, a czasem trzy”. A ona aż krzyczy w
zdumieniu: „Codziennie?!”. „A daleko masz do wody?” – pyta już bardzo
nieśmiało. Odpowiadam: „Mam wodę w domu”. A ona w zupełnym osłupieniu:
„Gdzie? W domu? Tam gdzie śpisz?!”. Ogarnia mnie nieznany mi dotąd
wstyd, odpowiadam niemal szeptem: „Mam w domu trzy źródła wody. Krany
odkręcam sama, a nie misjonarz! Kiedy tylko chcę!”. Od tamtej pory
naprawdę staram się nie marnować ani kropli, a Panu Bogu dziękuję za tak
luksusowe życie, jakie mi podarował w Polsce. Oniemiała z zazdrości
Murzynka wpatruje się we mnie jak w murzyńską królową, bo w Rwandzie i
Kongu, tylko ministrowie miewają kran z wodą tam, gdzie śpią. Kanistry
na wodę kosztują zaś tyle, ile u nas najnowocześniejszy komputer. To
warunek przeżycia. Kanistry pochodzą najczęściej z darów Caritas, z
ofiarności wiernych na potrzeby polskich misji.

Anna T. Pietraszek


drukuj