Ideały tylko z nazwy

Z Juliem Loredem, dziennikarzem, prezesem Stowarzyszenia Tradycja Rodzina
Własność, członkiem redakcji miesięcznika "Radici Cristiane", rozmawia Agnieszka
Żurek

Jakie słowo przychodzi Panu do głowy jako pierwsze, kiedy myśli Pan o
włoskiej scenie politycznej?

– Jest nim pustka. Pustka spowodowana brakiem liderów, idei, programów,
horyzontów…

Uważa Pan, że to właśnie brak konkurentów leży u podstaw fenomenu
wieloletnich rządów Silvia Berlusconiego?

– Zwycięstwa wyborcze w 1994, 2001 i 2008 roku Silvio Berlusconi zawdzięczał
przedstawianiu wizji swojej polityki jako alternatywy dla lewicy. Używał mocnej
retoryki antykomunistycznej i prezentował program konserwatywny, znajdujący
szerokie poparcie we włoskim społeczeństwie. Włosi tolerowali jego osobliwy styl
życia, ponieważ upatrywali w nim gwaranta niedopuszczenia do władzy komunistów.
Berlusconi był dla nich także nadzieją na wyjście z marazmu I Republiki. Dzisiaj
musimy zauważyć z goryczą, że nic z tego konserwatywnego programu nie zostało
wdrożone – ani na polu polityki, ani tym bardziej w obszarze kultury. Nadzieje
roku 1994 się rozwiały. Włosi są zawiedzeni. Z drugiej strony mamy przykłady
niezliczonych skandali moralnych, które stały się udziałem premiera. Mimo że
wiele z nich zostało sztucznie wykreowanych przez lewicową prasę w celu
zdyskredytowania Berlusconiego, nie pozostawiają one najlepszego wrażenia.

Dlaczego zatem Berlusconi nadal dzierży władzę?
– Z prostego powodu: na razie jest niezastępowalny. Na lewicy nie ma żadnego
kandydata, który mógłby mu się przeciwstawić. Na prawicy nie ma zaś nikogo, kto
mógłby go zastąpić. Gianfranco Fini, który mógłby w łatwy sposób przejąć
dziedzictwo centroprawicy, tak bardzo przesunął się na lewo, że przestał być już
wiarygodnym liderem. Jego stanowisko w sprawach moralności stawia go coraz
częściej w konflikcie z doktryną Kościoła.
Liga Północna, na której czele stoi Umberto Bossi, broni niektórych wartości,
które mogą być bliskie katolikom. Nigdy jednak nie odcięła się od swoich korzeni
neopogańskich i gibelińskich [gibelini – stronnictwo popierające cesarzy
niemieckich w średniowiecznych Włoszech, zwalczające papiestwo – red.].
Jedyną partią odwołującą się otwarcie do elektoratu katolickiego jest Unia
Centrum Piera Ferdinanda Casiniego, spadkobiercy chrześcijańskiej demokracji.
Partia ta – mimo że deklaruje się jako centrowa – w rzeczywistości często i
chętnie stowarzysza się z lewicą. Stała się np. powodem wielkiej konsternacji,
gdy udzieliła swojego poparcia Mercedes Bresso, kandydatce lewicy w regionie
Piemontu otwarcie popierającej aborcję. Ten typ oportunistycznej polityki,
oscylującej coraz częściej w stronę lewicy, nigdy nie będzie mógł zyskać
aprobaty katolików.

Jak ocenia Pan kondycję włoskiej lewicy?
– Procesy zachodzące na lewicy nie różnią się w istotny sposób od tych, które
możemy obserwować na prawicy. Lewica jest podzielona, przechodzi kryzys
wewnętrzny, nie ma lidera ani programu. Ogranicza się do sporadycznej obrony
zdobyczy socjalnych z lat 60.-80. XX wieku, nie przedstawia żadnych nowych idei.
Próby zjednoczenia lewicy pod szyldem Partii Demokratycznej spaliły na panewce.

W nakreślonej przeze mnie panoramie włoskiej sceny politycznej, zarazem pustej i
chaotycznej, katolicy nie mają lidera czy też partii, której mogliby zaufać.
Prognozy zawsze bywają zawodne, niemniej sądzę, że wielu będzie nadal głosowało
na Berlusconiego, widząc w nim "mniejsze zło".

Stwierdził Pan, że Włochy były krajem, w którym koncepcja rewolucji
kulturowej została świadomie wdrożona. Jak przebiegał ten proces?

– Analizę tego zagadnienia musimy zacząć od zrozumienia, czym jest komunizm. Z
punktu widzenia filozoficznego była to sekta – ateistyczna i materialistyczna,
która ze swoich błędnych założeń wyprowadziła kuriozalną koncepcję człowieka,
ekonomii, społeczeństwa, polityki, kultury i cywilizacji. Chodziło tu o
stworzenie koncepcji globalnej, egalistycznej i libertyńskiej, w opozycji do
kultury katolickiej.
Z drugiej strony, komunizm nie był odosobnionym fenomenem, ale etapem na drodze
wielowiekowego procesu rewolucyjnego, który rozpoczął się wraz z humanizmem i
protestantyzmem. Jego kontynuacją było oświecenie i rewolucja francuska, która
przygotowała grunt socjalizmowi – z początku utopijnemu, następnie "naukowemu".
Aby wprowadzić w życie swoją szczególną koncepcję filozoficzną, komunizm
stworzył światową organizację wywrotową, skoncentrowaną na partiach
komunistycznych. Począwszy od 1917 r. w Rosji, organizacja ta przejęła władzę w
różnych krajach. Dochodziło do tego zawsze na drodze przemocy, nigdy – wolnych
wyborów.

Wielu identyfikowało komunizm ze Związkiem Sowieckim i jego satelitami. Po
upadku ZSRS ideologia komunistyczna powinna zatem przestać istnieć. Czy
rzeczywiście tak się stało?

– Niestety nie. Potęga, jaką było imperium sowieckie, była jedynie środkiem do
wdrożenia rewolucji komunistycznej w aspekcie koncepcji człowieka, ekonomii,
społeczeństwa, kultury i cywilizacji. Już na początku rewolucji bolszewickiej
niektórzy ideolodzy komunizmu najdalej wybiegający myślą w przyszłość
pokazywali, że można było doprowadzić do tego celu – albo nawet pójść dalej –
bez konieczności przechodzenia przez etap rewolucji proletariackiej, zawsze
trudnej do przeprowadzenia na Zachodzie ze względu na stałe ryzyko powstania
nieprzewidzianych reakcji opinii publicznej.
Doktryna marksistowsko-leninowska przewidywała przejęcie władzy przez
"proletariat" i konsekwentną instrumentalizację państwa w celu zburzenia
porządku burżuazyjnego i stworzenia tzw. socjalistycznego "nowego człowieka",
niezbędnego warunku, który umożliwiłby wprowadzenie komunizmu. Doktryna ta
zasadzała się na idei, zgodnie z którą to struktury ekonomiczne, a zatem także
te społeczne i polityczne, określają ludzką świadomość. Według Marksa, zmiana w
stosunkach produkcji miała automatycznie spowodować zmiany w strukturach
społecznych i politycznych a – w konsekwencji – także w ludzkiej świadomości.
Wyznaczający sobie najbardziej ambitne cele myśliciele komunistyczni, tacy jak
Antonio Gramsci we Włoszech czy Niemcy ze szkoły frankfurckiej (Max Horkheimer,
Theodor Adorno, Jźrgen Habermas, Friedrich Pollock), proponowali inny kierunek
zmian – zamiast zmieniać państwo, a potem człowieka, postanowili zacząć od
zmiany człowieka. Dokonać tego miała rewolucja kulturalna.

Jej założenia ideowe sformułował Gramsci, kreśląc koncepcję hegemonii
kulturowej – jej następstwem miała być rewolucja kulturowa, której uległ świat
Zachodu.

– Według teorii hegemonii kulturowej burżuazja wywiera presję na klasy niższe
nie tylko poprzez władzę ekonomiczną i polityczną, ale przede wszystkim przez
dominację kulturową. Kultura miałaby zatem być dziedziną moderowaną przez
burżuazję i – w podświadomy sposób – narzucać "burżuazyjną" wizję świata, kodeks
wartości, kryteria intelektualne i modele psychologiczne.
W rewolucji chodziłoby zatem o zmianę – wewnątrz społeczeństwa, nie poprzez
zewnętrzny atak – tej "burżuazyjnej" kultury. Ta operacja zakończyła się
niestety pełnym sukcesem.
Typowym przykładem dominacji lewicy na włoskiej scenie kulturalnej był bojkot
filmu "Katyń" Andrzeja Wajdy. Mimo że jego autorem był reżyser o międzynarodowej
sławie, "Katyń" nie został wyświetlony w żadnej sali kinowej. Jasne jest to, że
włoski establishment kulturalny nie chciał, aby publiczność dowiedziała się o
zbrodniach komunistycznych. Co znamienne – miał odpowiednie wpływy, żeby
rzeczywiście to uniemożliwić.
Innym przykładem jest Hiszpania. W latach 30. XX wieku komuniści próbowali
zdobyć ją przy zastosowaniu klasycznych metod, wywołali bardzo silny opór,
którego efektem była zakończona klęską komunistów wojna domowa w latach
1936-1939. Komunistom udało się zdobyć Hiszpanię dopiero poprzez rewolucję
kulturalną przeprowadzoną przez socjalistów – Filipa Gonzeleza (1982-1996) i
Jose Luisa Zapatero.

Gdzie tkwią źródła filozoficzne i społeczne chrześcijańskiej demokracji we
Włoszech?

– W wielości ruchów i inicjatyw, które powstały po upadku faszyzmu, Między
rokiem 1943 a 1946 została utworzona partia katolicka (acz deklaratywnie laicka)
pod nazwą Chrześcijańska Demokracja. Jej nazwę zaproponował Alcide De Gasperi.
Postawiła sobie ona za cel zajęcie centrum włoskiej sceny politycznej. Według
słów samego De Gasperiego, było to "centrum, które patrzy w lewo".
Chrześcijańska Demokracja miała swoje korzenie w katolicyzmie społecznym XIX
wieku. Ten rodzaj katolicyzmu miał swoich przedstawicieli wielkiego formatu,
takich jak Giuseppe Toniolo i Giovanni Acquaderni, reprezentujących ruch zgodny
z nauczaniem Leona XIII i świętego Piusa X. Niestety, Chrześcijańska Demokracja
podlegała także innym prądom tzw. katolicyzmu demokratycznego, przesuwając się
stopniowo w stronę "chrześcijańskiego socjalizmu". Tendencje socjalistyczne były
reprezentowane przede wszystkim przez Don Romolo Murriego, ideologa modernizmu
politycznego, i z tego też powodu ekskomunikowanego w 1909 roku.
W ten sposób, już od samego początku, znajdujemy w Chrześcijańskiej Demokracji
mieszaninę dobrych tendencji – zgodnych z Magisterium Kościoła – i wiele
tendencji socjalistycznych wywodzących się z "katolicyzmu demokratycznego".

W jaki sposób Chrześcijańskiej Demokracji udało się zdominować włoską scenę
polityczną na 50 lat?

– Aby to zrozumieć, należy poznać kontekst, w którym Chrześcijańska Demokracja
powstała i umocniła swoją pozycję. Propaganda z czasów II wojny światowej
głosiła liberalną krucjatę przeciwko totalitaryzmowi nazistowskiemu i
faszystowskiemu, błędnie identyfikowanemu z prawicą, z antykomunizmem i z
tradycjonalizmem. We Włoszech Partia Komunistyczna umiała to wykorzystać i
zaprezentować się jako zwycięzca, architekt pokoju, który pokonał okrucieństwo
faszyzmu w imię wolności i demokracji. Była to teza całkowicie fałszywa.
W 1943 roku ukonstytuował się Komitet Wyzwolenia Narodowego, z którego utworzono
pierwszy rząd "wolnych" Włoch, z udziałem Chrześcijańskiej Demokracji i Partii
Komunistycznej. Wpływ komunistów rósł. Jugosłowiańskie wojsko Tity zajmowało
północną część Włoch i kładło się cieniem na cały kraj. Prawica została
zniszczona. Jakakolwiek próba skonstruowania centroprawicowej frakcji
politycznej była natychmiast likwidowana jako przejaw faszyzmu.

Co umożliwiło zatem włoskiej prawicy sięgnięcie po zwycięstwo mimo
niesprzyjającej sytuacji?

– Kiedy w 1948 roku zostały rozpisane powszechne wybory, wszyscy analitycy
prognozowali zwycięstwo komunistów. Zwycięstwo to zdawało się tak dalece
przesądzone, że Stany Zjednoczone zaczęły redukować liczbę swoich reprezentantów
dyplomatycznych we Włoszech w obawie, że kraj ten wejdzie w skład bloku
sowieckiego. W tych dramatycznych okolicznościach Luigi Gedda, wówczas prezes
Akcji Katolickiej, organizuje sławne Komitety Obywatelskie, dzięki którym, przy
silnym poparciu Piusa XII, prowadzi brawurową kampanię atykomunistyczną, której
efektem jest miażdżące zwycięstwo Chrześcijańskiej Demokracji w "referendum
antykomunistycznym", jak to określają dzisiejsi historycy.

Chrześcijańskiej Demokracji przez wiele lat udawało się uzyskiwać znaczną
przewagę w wyborach. Skąd taki profil preferencji wyborczych Włochów?

– Decydują o tym dwa proste czynniki. Po pierwsze, większość Włochów stanowili
antykomuniści. Nieświadomi niebezpiecznych tendencji katolicko-demokratycznych
uważali Chrześcijańską Demokrację za jedyną siłę polityczną zdolną zatrzymać
pochód komunizmu. Po drugie, postrzegano ją jako partię katolicką, popieraną
przez proboszczów i biskupów. Taką percepcję nasiliła ekskomunika z 1949 roku
nałożona na głosujących na komunistów.

Czy te partie włoskie, które powołują się na dziedzictwo Chrześcijańskiej
Demokracji, nadal można uważać za konserwatywne, chrześcijańskie?

– Doktryna Kościoła, potwierdzona urzędowo przez Papieża Leona XIII, dopuszcza
trzy formy sprawowania rządów: monarchię, arystokrację i demokrację. Tak długo,
póki uzasadniają cel, w jakim istnieje państwo, czyli dobro wspólne, katolik
może wybrać dla swojego kraju jakąkolwiek z tych form. W tym znaczeniu
demokracja może być chrześcijańska. "Katolicyzm demokratyczny" przeciwnie, nie
akceptował żadnej innej formy rządów niż demokracja. Według słów św. Piusa X,
była to obraza dla Magisterium Kościoła. Problem był jednak głębszy. "Katolicyzm
demokratyczny" narzucał określoną wizję demokracji – tę inspirowaną przez
rewolucję francuską. Świetnie widać to dzisiaj – współczesna demokracja jest w
istocie rewolucyjna i stanowi siłę stawiającą sobie za cel destrukcję każdego
porządku i tradycji. Jako pryncypium zakłada wrogość wobec monarchii, wobec
arystokracji i każdej formy hierarchii.
Słowa "demokratyczny" i "socjalistyczny" stały się synonimami. Przyjmując nazwę
Chrześcijańska Demokracja, partia De Gasperiego chciała ponownie nawiązać do
tradycji Don Murriego, który w 1901 r. założył partię o nazwie Chrześcijańska
Demokracja Włoch. W tym znaczeniu pytanie o to, na ile chadecja jest nadal
chrześcijańska, jest bardzo zasadne.

Włoski parlament w 1970 r. zaakceptował rozwody, później zalegalizował
aborcję. Antyludzkie prawo zostało zatem wprowadzone w życie przez
parlamentarzystów, którzy nominalnie są katolikami. Chrześcijańska demokracja
ostatecznie zdradziła swe korzenie, przyczyniając się do laicyzacji kraju?

– Niestety, już od momentu powstania zaprezentowała się jako siła lewicowa.
Podczas gdy Pius XII miał nadzieję na rechrystianizację Włoch, De Gasperi chciał
ich modernizacji w znaczeniu coraz bardziej laickim. W 1962 roku Chrześcijańska
Demokracja – z Aldo Moro na czele po śmierci Alcida De Gasperiego – zatwierdziła
zmianę kursu na lewo. W tym okresie została uruchomiona seria reform w duchu
socjalizującym, takich jak nacjonalizacja energii elektrycznej, reforma rolna i
zunifikowanie szkół średnich. Ta ostatnia reforma stanowiła pierwszy krok do
rewolucji, która wywróciła do góry nogami włoski system edukacji, dostosowując
go do najbardziej zaawansowanych koncepcji socjalistycznych. W 1975 roku zostało
wprowadzone nowe prawo dotyczące rodziny, które umieściło we włoskim systemie
prawnym przykłady najbardziej ekstremalnego feminizmu. Stało się to za rządów
chadecji współpracującej z partią komunistyczną Enrica Berlinguera.

Najbardziej wstydliwą plamą w historii chadecji pozostaje jednak legalizacja
aborcji w 1978 roku.

– Był to jedyny na świecie przypadek wprowadzenia prawa do aborcji wyłącznie
głosami chadeków – od ministrów, poprzez premiera Giulia Andreottiego po
prezydenta Giovanniego Leoniego – wszyscy byli członkami Chrześcijańskiej
Demokracji! W 1979 roku chadecki rząd obronił legalność konstytucyjną tego
prawa, zakwestionowaną wcześniej przez koalicję organizacji pro-life. Biorąc pod
uwagę powyższe fakty i wiele innych, o których nie wspominam z braku miejsca,
całkowicie zgadzam się z tezą, że Chrześcijańska Demokracja przyczyniła się
bardzo wyraźnie do laicyzacji Włoch.

Gdzie, według Pana, biją źródła nadziei na odnowę wiary we Włoszech?
– Włochy są krajem bardzo umiłowanym przez Opatrzność, która zechciała na tym
właśnie terytorium umieścić – niczym klejnot w koronie – Bazylikę św. Piotra.
Wspaniali, kochający życie, romantyczni Włosi cieszą się stylem życia, który
przyciąga uwagę. Nieprzypadkowo Włochy są jednym z ulubionych miejsc turystów z
całego świata. Niektórzy biorą pasję życia Włochów za powierzchowność. Zupełnie
niesłusznie. Włosi mają wiarę katolicką w sercach. Kiedy poczują, że jest ona
atakowana, reagują w sposób, który zadziwia obserwatorów. Jako przykład niech
posłużą wydarzenia z otwarcia meczetu w Rzymie w 1994 roku. Przed otwarciem
wydawało się, że włoskie społeczeństwo jest ospałe i optymistyczne. Dla Włochów
islam jawił się jako twór z księżyca, który nigdy na pewno nie zejdzie na ziemię
i który – w konsekwencji – nikomu nie zagraża. Natomiast nagle twór ten
zainstalował się w samym sercu chrześcijaństwa. W Rzymie otwarty został meczet.
Wiadomość ta położyła kres ospałości. Z głębi ducha wypłynęła chęć obrony
chrześcijaństwa. Zaczęto wręcz mówić o krucjacie. Niezwykły sukces książek
Oriany Fallaci jest dowodem na to, że animus belligerandi [duch wojowniczy –
red.], dający siłę do tego, by zdecydowanie stanąć w obronie wiary, jest bardzo
powszechny we Włoszech.

Jakie jeszcze przykłady podejmowanych przez Włochów prób obrony zagrożonych
wartości mógłby Pan wymienić?

– Podobny jak w Rzymie fenomen powtórzył się później przy innych okazjach.
Pamiętam epizody ze szczytu G8 z 2002 roku, kiedy ruch antyglobalistyczny, do
tej pory tolerowany, zaatakował Genuę. Destrukcyjne zachowania kontestatorów na
długo wstrząsnęły opinią publiczną. Położyło to kres wielu koncesjom na rzecz
antyglobalistów.
W 2002 roku z kolei Jan Paweł II określił rozwody jako "niszczący ból", wzywając
sędziów katolickich, by ich nie popierali. Laicki świat zaczął oskarżać Papieża
o to, że jest "talibem", "fundamentalistą" i "wrogiem cywilizacji". Okrucieństwo
laików obudziło katolików, którzy zjednoczyli się wtedy w obronie Papieża – co
zresztą zostało przez niektórych dziennikarzy określone mianem powrotu do
średniowiecza.

Podobne oskarżenia padały później pod adresem osób broniących obecności
krzyży w szkołach…

– Kiedy muzułmanie we Włoszech zażądali usunięcia krzyży ze szkół i z miejsc
publicznych, katolicy zareagowali w tak zdecydowany sposób, że jeden z
dzienników pisał wręcz o "wojnie religijnej" i "krucjacie". Mógłbym wymienić
jeszcze wiele przykładów, ale niech te, o których opowiedziałem, wystarczą do
zilustrowania, że Włosi, wtedy kiedy w grę wchodzi miłość do wiary i Papieża, są
w stanie zareagować w zaskakujący sposób. Ufam, że przy wsparciu Madonny,
którego nie zabraknie nam przecież nigdy, wiara we Włoszech będzie mogła
doświadczyć przebudzenia prowadzącego do odnowienia cywilizacji
chrześcijańskiej.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj