Homilia wygłoszona podczas Liturgii Wielkiego Piątku w Bazylice św. Piotra

„Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków” (Ap 1,18)



Niektórzy Ojcowie Kościoła wyrazili całe misterium Odkupienia za pomocą pewnego obrazu. Wyobraź sobie – mówili – iż na stadionie miała miejsce bohaterska walka. Pewien dzielny człowiek stawił czoła okrutnemu tyranowi, zniewalającemu całe miasto i – przy ogromnym wysiłku i za cenę wielkiego cierpienia – zwyciężył. Ty byłeś na trybunach, nie walczyłeś, nie trudziłeś się ani nie odniosłeś ran. Ale jeśli będziesz pełen podziwu dla owego dzielnego człowieka, jeśli rozradujesz się jego zwycięstwem, jeśli włożysz mu wieńce, jeśli rozentuzjazmujesz i poruszysz dla niego wszystkich obecnych, jeśli z radością oddasz pokłon zwycięzcy, ucałujesz mu głowę i uściśniesz mu prawicę; jeśli do tego stopnia rozradujesz się z jego powodu, jakby to było twoje własne zwycięstwo, to zapewniam cię, że będziesz miał swój udział w nagrodzie należnej zwycięzcy.

 

 

Ale jest i coś ponadto. Załóżmy, że zwycięzca nie potrzebuje dla siebie nagrody, jaką zdobył, ale pragnie ponad wszystko uhonorować swojego zwolennika i za nagrodę otrzymaną za swoje zwycięstwo uważa ukoronowanie swojego przyjaciela, czyż wówczas ów człowiek nie otrzyma wieńca, nawet jeśli nie ponosił trudów ani nie doznał ran? Oczywiście, że go otrzyma!

Tak właśnie – mówią owi Ojcowie – dzieje się między Chrystusem a nami. Na krzyżu zwyciężył On pradawnego przeciwnika. „Nasze miecze – woła św. Jan Chryzostom – nie są skrwawione, nie uczestniczyliśmy w walce, nie odnieśliśmy ran, nawet nie widzieliśmy bitwy, i oto otrzymujemy wieniec zwycięstwa. Walka była Jego, a zwycięstwo jest nasze. A ponieważ również i my zwyciężyliśmy, naśladujmy to, co czynią żołnierze w takich sytuacjach: radosnymi okrzykami wychwalajmy zwycięstwo, intonujmy hymny chwały ku czci Pana”. Nie można lepiej wyrazić sensu tej liturgii, którą w tej chwili celebrujemy.

Lecz czy to, co czynimy, jest samo w sobie obrazem, przedstawieniem wydarzenia z przeszłości, czy aktualnym wydarzeniem? I jednym, i drugim! „My – mówił św. Augustyn do ludu – wiemy i wierzymy wiarą pewną, że Chrystus umarł za nas tylko raz […] Wiecie doskonale, że wszystko to wydarzyło się tylko raz, jednak uroczystość okresowo to odnawia […]. Prawda historyczna i liturgiczna uroczystość nie stoją wobec siebie w opozycji, jakby ta druga była fałszywa, a tylko ta pierwsza odpowiadała prawdzie. To bowiem, co historia potwierdza jako coś, co się wydarzyło w rzeczywistości tylko raz, uroczystość często odnawia to celebracją w sercach wiernych”.

Liturgia „ponawia” wydarzenie! Paweł VI wyjaśnił znaczenie, jakie Kościół katolicki nadaje temu stwierdzeniu używając słowa „uobecniać”, w znaczeniu przedstawiać na nowo, to jest czynić ponownie to zdarzenie obecnym i działającym.

Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy tym naszym liturgicznym przedstawieniem śmierci Chrystusa, a na przykład przedstawieniem śmierci Juliusza Cezara w tragedii Szekspira. Nikt nie uczestniczy jako żywy w obchodach rocznicy własnej śmierci; Chrystus – tak, ponieważ zmartwychwstał. Tylko On może powiedzieć, jak czyni to w Apokalipsie: „Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków” (Ap 1, 18). Musimy uważać w tym dniu, nawiedzając tzw. „groby” czy uczestnicząc w procesjach umarłego Chrystusa, abyśmy nie zasłużyli na wyrzut, jaki Zmartwychwstały Pan skierował do pobożnych niewiast w wielkanocny poranek: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?” (Łk 24,5). Odważne, ale prawdziwe jest stwierdzenie: „Anamneza, czyli liturgiczne wspomnienie, czyni wydarzenie bardziej prawdziwym niż wówczas, gdy wydarzyło się historycznie po raz pierwszy”. Innymi słowy, jest ono bardziej prawdziwym i rzeczywistym dla nas, którzy przeżywamy je „według Ducha”, niż było ono dla tych, którzy przeżywali je „według ciała”, zanim Duch Święty objawił Kościołowi jego pełne znaczenie.

My nie obchodzimy jedynie rocznicy, ale misterium. W celebracji „na sposób rocznicy” – tłumaczy św. Augustyn – nie wymaga się nic innego, jak tylko tego, „aby wskazać poprzez uroczystość religijną dokładny dzień roku, w którym wypada wspomnienie danego wydarzenia”; w celebracji na sposób tajemnicy (in sacramento) „nie tylko wspomina się wydarzenie, ale czyni się to w taki w sposób, aby zrozumieć jego znaczenie i przyjąć na święty sposób”.

To zmienia wszystko. Nie chodzi tylko o samo uczestnictwo w przedstawieniu, lecz o „przyjęcie” jego znaczenia, o przejście od roli widzów do aktorów. Do nas należy więc wybór, czyją rolę chcemy odegrać w tym dramacie, kim chcemy być: Piotrem, Judaszem, Piłatem, tłumem, Szymonem z Cyreny, Janem czy Maryją… Nikt nie może pozostać obojętny; nie zająć żadnej pozycji oznacza przyjąć ściśle określoną postawę Piłata, który umywa ręce, lub tłumu, który „stał i patrzył” z oddali (Łk 23, 35).

Jeśli po powrocie do domu, ktoś cię zapyta: „Skąd idziesz?” „Gdzie byłeś?”, odpowiedzmy, przynajmniej w naszym sercu: „Na Kalwarii!”
Ale to wszystko nie dokonuje się automatycznie, tylko dlatego, że uczestniczyliśmy w tej liturgii. Chodzi o to – jak powiedział św. Augustyn – aby przyjąć znaczenie tego misterium. A to staje się dzięki wierze. Nie ma muzyki, jeśli nie ma ucha, które ją usłyszy, gdy głośno gra orkiestra. Nie będzie łaski tam, gdzie nie ma wiary, która ją przyjmie.

W homilii paschalnej z IV w. biskup wypowiadał następujące słowa, niezwykle współczesne i powiedzielibyśmy egzystencjalne: „Dla każdego człowieka początkiem życia jest moment, w którym Chrystus został złożony w ofierze za niego. Chrystus został ofiarowany za niego wówczas, kiedy człowiek rozpozna łaskę i zda sobie sprawę z życia, jakie wysłużyła mu owa ofiara”.

To dokonało się sakramentalnie na chrzcie świętym, ale powinno dokonywać się wciąż na nowo w ciągu całego życia. Zanim umrzemy, musimy wykazać się pełną śmiałości odwagą, w pewnym sensie przebiegłością, tj. przywłaszczyć sobie zwycięstwo Chrystusa. Przywłaszczenie niezasłużone! To niestety jest czymś powszechnym w społeczności, w której żyjemy. Ale w odniesieniu do Chrystusa nie tylko nie jest ono zabronione, ale w najwyższym stopniu godne polecenia. „Niezasłużone” w tym wypadku oznacza, że się nam nie należy, że nie zasłużyliśmy na nie, ale jest nam darmo dane przez wiarę.

Lecz idźmy do rzeczy pewnej, posłuchajmy doktora Kościoła: „Ja – pisze św. Bernard – tego, czego nie mogę zdobyć własnymi siłami, przywłaszczam to sobie (dosłownie: uzurpuję!) w nadziei przebitego boku Pana, ponieważ jest pełne miłosierdzia. Moją zasługą jest zatem Boże miłosierdzie. Nie jestem biedny w zasługi, jeśli On będzie bogaty w miłosierdzie. Jeśli bowiem miłosierdzie Pana jest wielkie (Ps 119, 156), będę posiadał obfitość zasług. A co z moją sprawiedliwością? O Panie, będę pamiętał jedynie o Twojej sprawiedliwości. Ona jest bowiem także moją, ponieważ Ty jesteś dla mnie sprawiedliwością od Boga (por. 1 Kor 1, 30).

Czy taki sposób pojmowania świętości sprawił, że św. Bernard stał się mniej gorliwym w pełnieniu dobrych uczynków, czy też mniej zaangażowany w trudzie nabywania cnót? Czy może apostoł Paweł porzucił umartwienia ciała i zredukował je jako formę zniewolenia (zob. 1 Kor 9, 27)? To właśnie on jako pierwszy ze wszystkich i w najpełniejszy chyba sposób przywłaszczył sobie sprawiedliwość Chrystusa jako cel swojego życia oraz postawił ją w centrum swojego przepowiadania: „Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość otrzymaną przez wiarę w Chrystusa” (zob. Flp 3, 7-9).

W Rzymie, jak niestety w każdym wielkim mieście, jest wielu bezdomnych. Istnieje w każdym języku specjalne słowo, które ich określa: homeless, clochards, barboni: osoby ludzkie, które nie posiadają nic oprócz paru szmat, które mają na sobie i kilku przedmiotów, które noszą ze sobą w plastikowej torbie. Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia rozchodzi się taka wiadomość: na ulicy Condotti (wszyscy wiedzą co oznacza w Rzymie ulica Condotti!) pewna właścicielka luksusowego butiku, która dla jakichś nieokreślonych racji, interesu czy wspaniałomyślności, zaprasza wszystkich bezdomnych ze Stacji Termini, by przyszli do jej sklepu; zaprasza, żeby zdjęli swoje przepocone łachmany, wykąpali się, a potem wybrali sobie ubranie, jakie tylko zechcą, spośród znajdujących się na wystawie, zabrali je ze sobą, za darmo.

Każdy powie w swoim sercu: „To bajka, to się nigdy nie przydarzy!”. Istotnie, ale to, co nigdy nie zdarza się między ludźmi, pośród nich, jest czymś, co może zdarzyć się każdego dnia między ludźmi a Bogiem, bo wobec Niego tymi bezdomnymi jesteśmy my wszyscy! To właśnie dzieje się podczas dobrze odprawionej spowiedzi: zdejmujesz swoje brudne łachmany, grzechy, otrzymujesz kąpiel miłosierdzia i powstajesz „przyodziany szatami zbawienia, okryty płaszczem sprawiedliwości” (Iz 61, 10).

Celnik z ewangelicznej przypowieści przyszedł do świątyni, żeby się modlić; mówił zwyczajnie, ale z głębi swojego serca: „Boże, miej litość nade mną grzesznikiem!”, i „powrócił do domu usprawiedliwiony” (Łk 18,14), pojednany, odnowiony, niewinny. To samo, jeśli mamy jego wiarę i jego ducha pokuty, można będzie powiedzieć o nas, gdy wrócimy do domu po tej liturgii.

Wydaje mi się, że spośród uczestników Męki Pańskiej, z którymi możemy się identyfikować, zapomniałem wymienić jednego, który bardziej od wszystkich zasługuje na to, byśmy naśladowali jego przykład: to dobry łotr. Dobry łotr składa pełne wyznanie grzechu; mówi do swego towarzysza, który szydzi z Jezusa: „Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż ponosisz tę samą karę? My słusznie cierpimy za nasze czyny, ale On nie uczynił nic złego” (Łk 23, 40n). Dobry łotr okazuje się tu doskonałym teologiem. Tylko Bóg bowiem, jeśli cierpi, cierpi całkowicie niewinnie; każdy inny byt, który cierpi, musi powiedzieć: „Cierpię zasłużenie”, bo nawet jeśli nie jest odpowiedzialny za czyn, który jest mu zarzucany, nigdy nie jest całkiem bez winy. Tylko cierpienie niewinnych dzieci można uznać za podobne do cierpienia Boga i dlatego jest ono tak tajemnicze i święte.

Ileż okrutnych zbrodni w ostatnich czasach pozostało bez ukarania winnych, ileż niewyjaśnionych przypadków! Dobry łotr apeluje do odpowiedzialnych za nie: zróbcie tak jak ja, nic nie ukrywajcie, wyznajcie waszą winę; doświadczycie również radości, której doznałem ja, gdy usłyszałem słowa Jezusa: „Dziś ze mną będziesz w raju!” (Łk 23, 43). Iluż nawróconych zbrodniarzy może potwierdzić, że tak było również z nimi: że przeszli z piekła do raju w dniu, gdy mieli odwagę pokutować i wyznać swoją winę. Miałem możliwość i ja poznać niektórych z nich. Obiecany raj – to pokój sumienia, możliwość przejrzenia się w lustrze albo patrzenia na swoje dzieci bez zawstydzenia.

Nie zabierajcie ze sobą do grobu waszej tajemnicy; czekałaby was kara straszniejsza od ludzkiej. Nasz włoski lud nie jest bezlitosny dla tego, kto zbłądził, ale uznaje popełnione zło, szczerze, nie tylko z powodu kalkulacji. Przeciwnie! Jest gotów współczuć i towarzyszyć skruszonemu w jego drodze odkupienia (która w każdym przypadku okazuje się krótsza). „Bóg przebacza wiele rzeczy, dzięki dobrym czynom” – mówi Lucja do Bezimiennego w powieści „Narzeczeni”. Jeszcze bardziej, musimy powiedzieć, przebacza on wiele rzeczy, dzięki aktowi skruchy. Obiecał to uroczyście: „Jeśli wasze grzechy byłyby jak szkarłat, staną się białe jak śnieg; choćby były czerwone jak purpura, staną się jak wełna” (Iz 1, 18).

Podejmijmy na nowo to, co – jak słyszeliśmy na początku – jest naszym zadaniem na dzień dzisiejszy: wysławiajmy z radością zwycięstwo krzyża, śpiewajmy hymny chwały na cześć Pana, O Redemptor, sume carmen temet concinentium – „A Ty, nasz Odkupicielu, przyjmij pieśni, które zanosimy do Ciebie”.

Tłumaczenie: Radio Maryja

drukuj