Historyk Rzeczypospolitej utraconej

Objęcie przez Janusza Kurtykę stanowiska prezesa Instytutu Pamięci
Narodowej otworzyło nową erę w jego działaniach. Potrafił zdynamizować IPN,
wyznaczając wciąż nowe zadania, starając się wypełnić "białe plamy" w polskiej
historii najnowszej.

"Zadaniem Instytutu Pamięci Narodowej jest m.in. przywracanie społecznej pamięci
losów i czynów, które z wyroku komunistycznych nadzorców historii miały zostać
zapomniane lub zohydzone" – podkreślał Janusz Kurtyka.
Był to jeden z głównych nurtów działania IPN za czasów jego prezesury.
Podkreślał więc: "Ukazywanie dramatu pokolenia II Rzeczypospolitej dokonuje się
nie tylko przez badania naukowe, inicjatywy edukacyjne czy też prokuratorskie
śledztwa, ale także dzięki działaniom nietypowym – np. poszukiwaniu miejsc
tajnych pochówków ofiar komunistycznego aparatu represji".

Wieki średnie i żołnierze podziemia
Janusz Kurtyka został zapamiętany jako prezes jednej z najważniejszych
instytucji polskiego życia publicznego ostatnich lat. Nie oznacza to, że wszyscy
oceniali jego aktywność pozytywnie. Warto przypomnieć kwestie, do których
przywiązywał szczególną wagę – gdyż jego krytycy najczęściej nie chcą ich
wskazywać, zadowalając się retorycznymi chwytami i przyklejaniem mu etykiet.
Już od czasów studenckich był związany z opozycją – najpierw działał w jawnym, a
później konspiracyjnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Równolegle zgłębiał
mediewistykę oraz historię najnowszą. Był zdania, że należy badać niezbadane i
mówić o tych, których komuniści skazali na zapomnienie. Dlatego już z początkiem
lat 80. zaangażował się w działania podziemnego uniwersytetu, gdzie między
innymi wygłaszał wykłady o polskim podziemiu niepodległościowym. W kolejnych
latach łączył pasję badawczą z obu – odległych od siebie historycznie – epok.
Pracował w Polskiej Akademii Nauk, zajmując się badaniami nad rodem Tęczyńskich,
a z drugiej strony nawiązywał kontakty wśród weteranów walk o niepodległość. W
1989 r., jeszcze w podziemiu, wydał pierwszą krajową biografię gen. Leopolda
Okulickiego – ostatniego komendanta AK. Bliżej związał się wówczas z
kombatantami Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Podzielał ich przekonanie, że
należy wprowadzić WiN do społecznej pamięci – jako najważniejszą z
konspiracyjnych organizacji w powojennej Polsce, bezpośrednio kontynuującą
dzieło Armii Krajowej. W 1994 r. został redaktorem naczelnym "Zeszytów
Historycznych WiN-u", włączył się także w działania wydającego ten periodyk
Stowarzyszenia Społeczno-Kombatanckiego Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość". Od
roku 2003 aż do śmierci pełnił funkcję prezesa Zarządu Głównego tej organizacji.
To właśnie ze względu na dorobek z zakresu najnowszej historii Polski został w
2000 r. mianowany dyrektorem Oddziału IPN w Krakowie. Stworzył go od podstaw, a
następnie sprawił, że w kolejnych latach był to jeden z najsprawniej
działających oddziałów w kraju.

Najdłuższa wojna Polaków
Pięć lat później objął funkcję prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Nie bał się
podejmować kontrowersyjnych decyzji. Nie potrafił iść na ustępstwa, nie był
zdolny do "zamiatania pod dywan", nie umiał pogodzić się z tym, że można z
politycznych przyczyn przeczyć historycznym faktom. Wzbudzał niechęć tych,
którzy chcieli "wybrać przyszłość", nie mówić o zaangażowaniu w totalitarny
reżim, argumentować, że "wszyscy byliśmy umoczeni". Ukazywanie niezłomnych
żołnierzy niepodległościowego podziemia, opozycjonistów, duchownych
przypominało, że jednak nie wszyscy…
Janusz Kurtyka stawiał znak równości między brunatnym i czerwonym
totalitaryzmem. Podkreślał więc: "Najdłuższa wojna Polaków trwała 50 lat – od
1939 do 1989 roku. Była fragmentem, być może najważniejszym i najbardziej
symbolicznym, długiej konfrontacji państw demokratycznych Zachodu z
totalitaryzmem niemieckim i sowieckim". I dodawał: "Po 1945 roku Polacy stali
się narodem podbitym i płacili olbrzymie koszty sowieckiej dominacji:
cierpienia, represji, utraty elit. Ale też w każdym pokoleniu Polacy podejmowali
próby buntu (1956, 1968, 1970, 1976), zwieńczone rewolucją "Solidarności" w
1980-1981 roku i konspiracją solidarnościową lat 1981-1989". Takie spojrzenie
nie mogło się spotkać z przychylnością tych, którzy w latach PRL poszli z
reżimem na kompromis. Nie mogli go firmować także zwolennicy poglądu o
reformatorskiej frakcji w PZPR, która oddała władzę opozycji.

Przeciw schematom
Za szczególnie ważne uznawał badania nad polskim podziemiem niepodległościowym,
ale także nad opozycją z późniejszych lat PRL. Jednocześnie poważnie traktował
nałożone na IPN zadania zgłębiania dziejów i metod działania komunistycznego
aparatu represji.
Uznawał, że Instytut jest powołany do tego, by zgłębiać sprawy najtrudniejsze.
Wbrew stawianym mu zarzutom odległy był jednak od czarno-białej wizji historii.
Jedną z nich były dzieje ludności żydowskiej w czasie niemieckiej okupacji.
Podkreślał: "Prowadząc badania na temat Polaków ratujących Żydów, nie
zapominamy, że byli także tacy, którzy z chęcią dostosowali się do nieludzkiego
"prawa" okupanta i splamili swoje ręce wydawaniem Żydów Niemcom lub szantażowali
tych, którzy bohatersko chronili "starszych braci". Największa liczba
Sprawiedliwych wśród wszystkich okupowanych narodów – mimo obowiązywania na
polskich ziemiach niemieckiego prawa karzącego śmiercią za każdą pomoc Żydom –
pozwala jednak spojrzeć krytycznie na pojawiające się opinie o szczególnie
silnym antysemityzmie Polaków w tamtym czasie. Trzeba też podkreślić, że
konspiracyjne władze polskie były jedynymi w Europie, które powołały i
współfinansowały rządową instytucję – Radę Pomocy Żydom, działającą w okupowanym
kraju".
Był jednym z wielu uczestników rewolucji "Solidarności". Wspierał stworzony
przez dr. Łukasza Kamińskiego (najpierw wicedyrektora, a później dyrektora BEP
IPN) projekt ogólnopolskich badań nad niezależnym związkiem. Nie zgadzał się z
kliszowym ujęciem jego dziejów, podkreślając: ""Solidarność" nie była dziełem
jednego człowieka, lecz dziełem narodu, zrodzonym z protestu przeciwko ciężkim
warunkom materialnym, zakłamaniu życia publicznego i komunizmu w ogóle, z
poczucia wspólnoty, obudzonego po wyborze i pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II,
z marzenia o wolności i sprawiedliwości, a z czasem niepodległości. Ruch
"Solidarności" od początku był wielonurtowy i organizacyjnie trudny do
ogarnięcia – dzięki temu nie został przejęty przez nacisk skoncentrowanych sił
państwa komunistycznego i agenturę bezpieki".
Jego pryncypialne podejście do sprawy niepodległości prowokowało krytykę.
Przypominał bowiem, że nie każdy opozycjonista z czasów PRL walczył o wolność.
Tym, których celem było demokratyzowanie reżimu, przeciwstawiał między innymi
działaczy NZS, twierdząc, że nie chcieli oni "jedynie naprawy systemu władzy –
inaczej niż znaczna część członków "Solidarności". Nie chcieli udawanej i
kontrolowanej debaty publicznej (bowiem ta niekontrolowana, według wielu po obu
stronach ówczesnej barykady, mogła naruszyć pryncypia systemu i zagrozić
nierozerwalnym sojuszom wojskowym w ramach Układu Warszawskiego) – inaczej niż
znaczna część inteligencji. Nie chcieli pozornej lub prawdziwej akceptacji
komunistycznej rzeczywistości – inaczej niż spora część społeczeństwa, od ponad
trzydziestu lat poddawana mechanizmom komunistycznej inżynierii strachu. NZS był
organizacją ludzi o bardzo zróżnicowanych poglądach – a więc demokratyczną. Był
zdecydowanie i po prostu antykomunistyczny – a więc antysystemowy. Chciał
wolności i marzył o niepodległości".
Jego krytycy nazywają go dzisiaj specem od polityki historycznej – z
bezsilności. Świadomi tego, że jego aktywność przełamała schemat spoglądania na
historię PRL dominujący po 1989 roku.
Do 2005 r. IPN wydał kilkadziesiąt książek, po objęciu przez Kurtykę funkcji
prezesa liczba publikacji zaczęła wzrastać, by w latach 2009-2010 osiągnąć
poziom ponad stu pięćdziesięciu książek rocznie. Do tego dodać należy liczne
artykuły naukowe, ale przede wszystkim aktywność popularyzatorską: setki
artykułów, dziesiątki dodatków do gazet. A obok tego przygotowywanie nowych
wystaw, rozpoczęcie tworzenia tematycznych portali historycznych, organizowanie
akcji ulotkowych i billboardowych, wydawanie gier edukacyjnych. Instytut przeżył
transformację, stając się jedną z najbardziej aktywnych i poszukujących nowych
form edukacyjnych instytucji w Polsce.

Próby etykietowania
Krytyka Janusza Kurtyki i podejmowanych przez niego działań, która nasilała się
w ostatnich miesiącach przed jego śmiercią, powraca dziś, gdy ważą się losy IPN.
Nieprzychylni mu politycy, publicyści i reprezentanci świata nauki dają w niej
jednak dowód swej słabości. Nie potrafiąc podjąć dyskusji merytorycznej, wolą go
zaetykietować jako realizatora "polityki historycznej PiS". Czy powinniśmy zatem
uznać, że Kurtyka był tak przenikliwy, że już na początku lat 80. przewidział,
iż 25 lat później stanie na czele IPN, a władzę, w wolnej już Polsce, obejmie
PiS? Przecież w działaniach Janusza Kurtyki nie zaszła zmiana. Jako prezes IPN
kładł nacisk na te same kwestie, które były dla niego istotne wcześniej, gdy w
latach 80. działał w NZS, był wykładowcą podziemnego uniwersytetu, i potem, gdy
był redaktorem naczelnym "Zeszytów Historycznych WiN-u" oraz dyrektorem
krakowskiego Oddziału IPN. To ze względu na tę jego niepodległościową wrażliwość
i skuteczność w działaniu Platforma Obywatelska forsowała go jako kandydata na
prezesa IPN w 2005 r., a wniosek ten poparło Polskie Stronnictwo Ludowe oraz
Prawo i Sprawiedliwosć – przypomnijmy, że początkowo niechętne Kurtyce.
Nieprzychylność części establishmentu do Janusza Kurtyki – wbrew powtarzanym w
mediach zarzutom – brała się stąd, że nie ulegał politycznym naciskom. Można to
wykazać na najczęściej powtarzającym się przykładzie okłamywania opinii
publicznej przez niektóre media. Powiada się bowiem, że wydanie przez IPN
książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka "SB a Lech Wałęsa.
Przyczynek do biografii" stanowiło realizację politycznego zlecenia PiS. To
jednak nie politycy tej partii pierwsi zaapelowali o wyjaśnienie przez IPN
sprawy agenturalnej przeszłości byłego prezydenta. Uczynił to Bogdan Borusewicz,
i to w chwili, gdy prace nad książką już trwały. Natomiast gdy został ukończony
maszynopis, Kurtyka był poddawany politycznym naciskom – ale zmierzały one do
zablokowania druku książki. Jej wydanie więc – paradoksalnie – jest dowodem na
niezależność Instytutu kierowanego przez krakowskiego historyka.
Przeciwnicy Janusza Kurtyki zdają się nie zauważać, że krytykują go za
realizację ustawowych zadań IPN. Za odkrywanie białych plam w najnowszych
dziejach Polski, przypominanie o zapomnianych bohaterach, sprzeciwianie się
banalizacji systemu totalitarnego i honorowania jego funkcjonariuszy, ściganie
ich za popełnione zbrodnie. Za odkłamywanie najnowszej historii Polski,
uwrażliwianie na straty – fizyczne i mentalne – jakie polskie społeczeństwo
poniosło w czasie półwiecza totalitaryzmu.

 

Dr Filip Musiał
 


Autor jest pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej, kieruje Referatem Badań
Naukowych w Oddziałowym Biurze Edukacji Publicznej w Krakowie.

drukuj