Grozi nam powtórka z powodzi

Choć pogoda ma się poprawiać, to mieszkańcom terenów dotkniętych przez
ubiegłoroczną powódź sen z powiek wciąż spędza myśl o powtórce scenariusza. Tym
bardziej że w zakresie ochrony powodziowej nie zrobiono tego, co zapowiadano i
co było konieczne. Poszkodowane gminy otrzymały od państwa środki wystarczające
jedynie na remont i odbudowę zniszczonej infrastruktury. Samorządowcy zauważają,
że wszystkie te prace, bez uregulowania i pogłębienia koryt wylewających rzek i
budowy zbiorników retencyjnych, są bezcelowe.

Po roku nadal widać działanie niszczycielskiej siły na Podkarpaciu, które dwa
razy zalała woda. Wciąż prowadzone są prace, które mają zniwelować zniszczenia.
Te były ogromne i tylko w samej infrastrukturze szacuje się je na 1,2 miliarda
złotych. Oprócz rządowych promes trafiają tu także środki z Narodowego Funduszu
Ochrony Środowiska oraz pieniądze unijne. To wszystko jednak za mało, bo jak
podkreśla Stanisław Stachura, dyrektor Podkarpackiego Zarządu Melioracji
Urządzeń Wodnych, budowa samych wałów, a więc tzw. bierna osłona
przeciwpowodziowa, nie daje stuprocentowego zabezpieczenia. – Potrzebne są
jeszcze czynne zabezpieczenia, a więc budowa zbiorników retencyjnych. Chociażby
zbiornik Kąty – Myscowa na Wisłoce, który zatrzymałby olbrzymią ilość wody,
ponieważ rezerwa powodziowa tego zbiornika wynosiłaby ok. 20 milionów metrów
sześciennych wody. Tylko połączenie tych dwóch zabezpieczeń: biernego i
czynnego, zwiększa skuteczność ochrony przeciwpowodziowej – ocenia dyrektor
Stachura.
Wilków i sąsiadujące miejscowości na Lubelszczyźnie ubiegłoroczna powódź zalała
dwukrotnie, a tysiące mieszkańców trzeba było ewakuować. Woda zniszczyła domy i
gospodarstwa. Mało tego, zalanie sadów i upraw chmielu sprawiło, że miejscowa
ludność na kilka lat straciła główne źródło dochodu. W bieżącym roku nie będzie
tu zbiorów, a przepływająca nieopodal Wisła, mimo prowadzonych robót, nadal jest
groźna. Państwo po ubiegłorocznej powodzi przekazało gm. Wilków przeszło 100
milionów złotych, ale mimo naprawy wałów wciąż nieuregulowane pozostaje koryto
rzeki, co dodatkowo stwarza poważne zagrożenie. Bieruń na Śląsku, gdzie wylała
rzeka Gostynia, mocno ucierpiał na skutek ubiegłorocznej powodzi. Jednak brzegi
wciąż nie są dostatecznie zabezpieczone, a w rzece znajduje się sporo naniesień,
co może być problemem podczas ewentualnych wezbrań. Konary i pnie powodują
zatory i zwalniają nurt, ale – co ważne – spiętrzają wodę, co potęguje
niebezpieczeństwo powodzi. Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Gliwicach
szkody po ubiegłorocznej powodzi ocenił na poziomie ponad 130 milionów złotych.
W tym roku do dyspozycji pozostaje 11 milionów złotych. Podobnie jest w
Sandomierzu, który do dziś nie uporał się ze wszystkimi skutkami ubiegłorocznej
powodzi. Woda, która przerwała wał, zniszczyła tam ok. 70 tys. ha ziemi i ponad
1,3 tys. najniżej położonych budynków. Wał wprawdzie naprawiono, a nawet
podwyższono, ale to zdecydowanie za mało.

Konieczne zmiany w prawie
Obok pieniędzy ważne są także zmiany w prawie, które nie zawsze jest
przejrzyste. Za stan rzek i finansowanie inwestycji przeciwpowodziowych
odpowiadają różne instytucje. System funkcjonujący w tej formie jest niewydolny
i trudny do zarządzania. Kto inny bowiem odpowiada za wały, kto inny za
międzywale. Do tego dochodzą jeszcze problemy związane z programem Natura 2000,
który utrudnia prowadzenie prac na terenach zagrożonych powodzią. – Często mamy
do czynienia z sytuacją, gdzie przyroda jest ważniejsza od człowieka. Tymczasem
to przyroda ma służyć człowiekowi, a nie odwrotnie – zauważa Jerzy Borowski,
burmistrz Sandomierza.
Życie powoli wraca do normy także w Bogatyni na Dolnym Śląsku, która stała się
symbolem ubiegłorocznej powodzi w Polsce. Mieszkańcy jeszcze długo będą pamiętać
o kataklizmie, zwłaszcza że w ubiegłym tygodniu niewiele brakowało, by tragiczny
scenariusz znów się powtórzył. Jak powiedział nam Jerzy Stachyra, zastępca
burmistrza Bogatyni, na tym etapie najważniejsza jest poprawa zniszczonej
infrastruktury. Na ten cel Bogatynia otrzymała dotychczas od rządu ok. 40
milionów złotych, co powinno wystarczyć na wyremontowanie mostów i naprawę dróg.
Tymczasem straty tylko w mieniu gminnym sięgnęły 120 milionów złotych. – Obecnie
kończymy odbudowę 11 mostów, a 4 są w trakcie remontu. Ponadto remontujemy
ulice, wymieniamy sieci wodno-kanalizacyjne i przygotowujemy się do położenia
nawierzchni. Wszystko po to, by miasto miało w miarę normalną komunikację –
stwierdził Jerzy Stachyra. Prace te powinny być zamknięte do końca wakacji.

Rząd finansuje jedynie remonty
W Bogatyni w wyniku powodzi poszkodowanych zostało ponad 1150 gospodarstw
domowych, a 50 rodzin zostało bez dachu nad głową. Powrót do stanu sprzed
powodzi może potrwać przynajmniej trzy lata. Dotychczas oddano część mieszkań
dla najbardziej poszkodowanych przez powódź, a kolejne trzy budynki z 82
mieszkaniami zostaną oddane do użytku w przyszłym roku. – Jednak żaden remont
nie będzie celowy bez uregulowania i odbudowy koryta rzeki Miedzianki. To jest
inwestycja, która jest poza naszym zasięgiem, na którą my nie mamy wpływu, a
która jest zasadnicza. Za stan zabezpieczeń odpowiada bowiem Dolnośląski Zarząd
Melioracji i Urządzeń Wodnych we Wrocławiu – Oddział w Lwówku Śląskim. Jeżeli
bowiem Miedzianka przez kolejne lata będzie w takim stanie, w jakim jest
obecnie, i będzie ulegała dalszej degradacji, to wystarczy mniejsza powódź od
tej z 2010 r., by zniszczyć to, co teraz z takim mozołem odbudowujemy – ocenia
zastępca burmistrza Bogatyni Jerzy Stachyra. Nie jest to ocena na wyrost, bo
ostatnie dni i podniesione stany wód na skutek ulewy pokazały, że Miedzianka w
każdej chwili może znów zagrozić Bogatyni. Tymczasem jej regulacja ma ruszyć
dopiero w przyszłym roku. Poważnych środków, których Bogatynia wciąż nie
otrzymała, wymaga też odbudowa zabudowy przysłupowej z XVII i XVIII wieku.
Największe skupisko tego typu zabytków w Europie znajduje się na obszarze gminy.
– Na remont tych obiektów potrzeba kilkadziesiąt milionów złotych. Mimo nacisków
ze strony służb konserwatorskich sami sobie z tym problemem nie poradzimy.
Przygotowujemy plan zagospodarowania terenu i liczymy na środki, które obiecała
nam wicewojewoda dolnośląska – dodaje Jerzy Stachyra.
Straty po ubiegłorocznej powodzi w Polsce przekroczyły 12 miliardów złotych.
Jednak rząd żadnych wniosków z tego nie wyciągnął. Prawo, które w tej dziedzinie
przygotowuje koalicja PO – PSL, jest niespójne i mało przejrzyste, a to sprawia,
że wciąż trudno nadrobić wieloletnie zaniedbania w dziedzinie bezpieczeństwa
przeciwpowodziowego.
 

Mariusz Kamieniecki

drukuj