Gotowi na wszystko
Choć media po cichu donoszą o pomrukach niezadowolenia w szeregach
Platformy Obywatelskiej z faktu przyjęcia do ich grona Joanny
Kluzik-Rostkowskiej, trudno nie dostrzec, że transfer eksliderki PJN do partii
rządzącej jest elementem mało wysublimowanej, ale za to konsekwentnej gry
wyborczej. Według komentatorów sceny politycznej, stanowi on, tak jak werbowanie
na listy wyborcze celebrytów różnej maści, próbę pokazania: wszyscy są z nami,
jesteśmy silni wielością nurtów i konsekwentni w budowaniu szerokiego frontu
politycznego.
Dwa dni temu Jarosław Gowin w jednym z radiowych wywiadów stwierdził, że Joanna
Kluzik-Rostkowska "będzie musiała latami odbudowywać swoją wiarygodność". Można
w tym miejscu zapytać posła Gowina, czy w ogóle wiarygodność jest dziś w cenie.
W sytuacji, gdy z otwartymi ramionami wita się zarówno polityka posądzającego
premiera Tuska o plastikowość, jak i liderkę ugrupowania, które uważało się za
jednoznaczną opozycję wobec Platformy, słowo "wiarygodność" jest ostatnim, jakie
odpowiada postawie partii rządzącej. Platforma Obywatelska musi jednak wysyłać
pozytywne sygnały w walce wyborczej (nie zapominając o tym, co najważniejsze,
czyli "zrobić wszystko, aby PiS nie doszło do władzy"). Według dr. Bartłomieja
Biskupa, politologa z Uniwersytetu Warszawskiego, Joanna Kluzik-Rostkowska jest
potrzebna Platformie, aby udowodnić wyborcom, że mają do czynienia z partią
silną, jednocześnie otwartą, o szerokim spektrum światopoglądowym. – W gruncie
rzeczy chodzi o przekaz: "na naszym pokładzie są już prawie wszyscy, od lewa do
prawa, dlaczego jeszcze nie ma ciebie?". W zamyśle PO transfer Kluzik mógł być
również próbą osłabienia PJN – uważa ekspert. Z kolei Jakub Zieliński, doktorant
w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, stwierdził,
że wszelkie transfery polityczne wpisują się w przedwyborcze kalkulacje i są
rodzajem cynicznej gry. – Polska polityka, moim zdaniem, jeszcze nigdy nie była
tak cyniczna, zwłaszcza patrząc na obóz rządzący. W mediach coraz częściej nad
takimi "akcjami" przechodzi się do porządku dziennego. Pytanie, czy dany polityk
zdradził swoich wyborców, przechodząc do innej partii, w mainstreamie właściwie
się nie pojawia. Problem wierności poglądom jest coraz słabiej poruszany. Może
odwrotnie byłoby, gdyby to jakiś polityk PO przeszedł do PiS. To oczywiste, że
narracje wokół transferów są układane według odpowiedniego klucza – zauważa
Zieliński. Oprócz spektakularnych przejść polityków z jednej partii do drugiej
pojawia się równolegle inne zjawisko. Otóż im bliżej do wyborów, tym ciekawsze
osoby zgłaszają swój czynny udział w życiu politycznym. Na listach wyborczych
Platformy Obywatelskiej nie zabraknie znanych osób, w tym nawet sportowców –
m.in. Leszka Blanika czy Jagny Marczułajtis. – To jest również część kampanii
mającej na celu ugruntować atrakcyjność partii. Przekaz taki sam jak przy
transferach politycznych – z nami są wszyscy, również celebryci. Tylko że, moim
zdaniem, czas celebrytów w polityce już minął. Nie odnieśli oni właściwie
żadnych sukcesów na scenie politycznej, nie potrafili się na niej odnaleźć.
Wystarczy przywołać przykłady takich osób jak Paweł Śpiewak czy Krzysztof
Hołowczyc. Nie pamiętam, by jako "politycy" odznaczyli się jakąś aktywnością –
przypomina Bartłomiej Biskup. Czy obecność celebrytów może mieć jakikolwiek
wpływ na wzrost poparcia? Zdaniem politologa, nie należy tego wpływu przeceniać.
– Buduje się jednak tym sposobem konsekwentnie atrakcyjność partii – konstatuje
politolog. Jakub Zieliński uważa z kolei, że obecność na listach celebrytów może
przyciągać jakąś część wyborców, jednak pozycja osoby, która weszła do polityki
tylko dlatego, że jest osobą znaną, jest w punkcie wyjścia trudniejsza – nie
posiada ona najczęściej zaplecza politycznego, zwłaszcza na poziomie lokalnym. –
Doświadczenie jednak pokazuje, że celebryci najczęściej nie mają wiele do
powiedzenia w debacie publicznej. Nie powinno to w sumie dziwić, ponieważ
przeważnie trafiają oni do wielkiej polityki w wyniku kaprysu konkretnego lidera
politycznego – zaznacza Zieliński. Znane osoby, które dopiero co przecierają
szlaki, choć werbowane w tym samym celu, są jednak w innej sytuacji niż
polityczni tułacze, którzy przecież dobrze znają smak ryzyka, jaki wiąże się ze
zmianą frontu. W przypadku Kluzik-Rostkowskiej mamy raczej do czynienia z
przepoczwarzeniem się z pisowskiej "paprotki" w "opozycję do opozycji", aby na
koniec na dobre określić się jako bojowniczka Platformy, która jest gotowa
zrobić wiele, aby zwalczyć PiS (nawet otoczyć partię opozycyjną "kordonem
sanitarnym"). Jej ewolucja była w sumie dość konsekwentna, choć może pozbawiona
eleganckiej formy. Dziś już chyba nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że
posłanka Kluzik cokolwiek zyskała na swoich politycznych akcjach. Tak naprawdę
największym zwycięzcą jej kuriozalnej metamorfozy jest nie kto inny, jak
Jarosław Kaczyński. Joanna Kluzik-Rostkowska w gruncie rzeczy zmieniła tylko
barwy partyjne. Jej ideologia, która – jak się okazało – była realizowana już w
kampanii prezydenckiej ("zrobić wszystko, aby PiS nie doszło do władzy"),
idealnie pasuje do Platformy Obywatelskiej. Pytanie: czemu tak późno zdecydowała
się na ten krok?
Paulina Jarosińska
