Gospodarcze porażki rządu

Mijający rok trudno uznać za pomyślny dla polskiej gospodarki. Więcej było w nim rządowych porażek niż zwycięstw. Na ocenę 2009 roku rzutować będą głównie dwie największe klęski ekipy Donalda Tuska: bałagan i kreatywna księgowość w finansach publicznych oraz kompromitacja przy sprzedaży majątku stoczni w Gdyni i Szczecinie.

Wprawdzie w 2009 r. udało się nam uniknąć głębokiej recesji, a wzrost PKB, choć symboliczny, był i tak najwyższy w Unii Europejskiej, jednak z drugiej strony rośnie bezrobocie, znacznie spadają zyski przedsiębiorstw i podatki płacone przez firmy do budżetu, a to są bardzo namacalne oznaki kryzysu. Donald Tusk i jego ministrowie próbują co prawda przekonywać Polaków, że robili wszystko, aby uchronić nasz kraj przed kryzysem, a gospodarka rozwija się bardzo dobrze. Trudno jednak za sukcesy uznać opóźnienia w wydawaniu funduszy unijnych, ślamazarnie realizowany program budowy nowych dróg ekspresowych i autostrad (już wiadomo, że znaczna część z nich, wbrew temu, co obiecywał rząd, nie powstanie przed piłkarskimi mistrzostwami Europy w 2012 roku) oraz modernizacji linii kolejowych, chaotyczną i nieprzemyślaną prywatyzację, czy też z drobniejszych spraw fiasko programu „jedno okienko” dla przedsiębiorców.


Sami radzimy sobie z kryzysem


Premier Donald Tusk twierdzi, że to rozsądna polityka jego rządu uchroniła nas przed głębokim kryzysem, jakiego doświadczyło wiele zachodnich państw. Szef rządu przekonuje, iż gdyby posłuchał opozycji i np. zwiększył wydatki państwa oraz podniósł szybko wysokość deficytu budżetowego, to dopiero wtedy wpadlibyśmy w bardzo poważne kłopoty. Jednak niewielu ekonomistów podziela to zadowolenie premiera. Częściej słychać głosy, że kryzysu uniknęliśmy dzięki przedsiębiorczości Polaków i ich umiejętności przystosowania się do trudnych warunków. W tym kontekście pożyteczna okazała się dla nas choćby dość duża szara strefa (stanowi ona co najmniej 15-20 proc. gospodarki), bo dzięki temu wiele firm mogło uruchomić swoje rezerwy.

Znając sposób sprawowania polityki, trzeba zauważyć, że rząd nie był rozrzutny, bo już w styczniu wiedział, iż nie ma na to pieniędzy. Gdyby budżet był trochę zamożniejszy, to na pewno Tusk z wielką pompą ogłaszałby program „stymulacji gospodarki”, chwaląc się milionami, jakie na ten cel przeznacza jego rząd. Na PR jednak w tym wypadku zabrakło zwyczajnie funduszy, bo finanse państwa znalazły się w kiepskim stanie.


Budżet nieaktualny


Gdy pod koniec 2008 roku parlament przystąpił do prac nad ustawą budżetową na 2009 rok, rząd Donalda Tuska i koalicja zachowywały się tak, jakby Polski kryzys miał nie dotyczyć w jakimkolwiek stopniu. Nas recesja miała się nie imać i dlatego budżet był skrojony jak na czas prosperity. Dochody państwa na ten rok zaplanowano w wysokości ponad 303 mld zł, wydatki – na 321 mld zł, deficyt miał na koniec 2009 roku wynieść tylko ponad 18 mld złotych. Przewidywano, że takie wyniki zapewni blisko 4-procentowy wzrost PKB.

Już wtedy jednak spora część ekonomistów i posłowie opozycji wskazywali, że te liczby są nierealne, że Polskę także dotkną skutki światowego kryzysu. Wzywano więc do wprowadzenia poprawek do budżetu, zwiększających głównie deficyt (cięcie wydatków mogło spowodować jeszcze większy kryzys i bezrobocie). Poseł Aleksandra Natalli-Świat (PiS) wzywała rząd do podniesienia wysokości deficytu do około 27 mld złotych. Premier, minister finansów Jan Vincent-Rostowski i inni członkowie rządu takie apele zbywali co najmniej ironicznymi uwagami, a nie brakowało i ostrych ataków, że osoby krytykujące rząd i budżet straszą Polaków kryzysem z powodów politycznych.

Rychło jednak się okazało, że to opozycja miała rację, bo plan przychodów i wydatków państwa był od początku niemożliwy do wykonania. Kryzys, spadek wpływów podatkowych i innych dochodów spowodowały konieczność nowelizacji budżetu. Tusk długo z tym zwlekał, ale wreszcie 6 lipca resort finansów opublikował projekt nowelizacji ustawy budżetowej. Rząd ogłosił, że wpływy budżetowe będą niższe od planowanych o 30 mld zł (nie przekroczą 273 mld zł), ale dzięki różnym oszczędnościom i przesunięciom wydatków deficyt miał wzrosnąć tylko o 9 mld zł – do 27,18 mld złotych. Tyle już w styczniu proponowała opozycja.

Donald Tusk nie mógł jednak przyznać, że rząd popełnił „pomyłkę”, więc imał się różnych sztuczek księgowych, aby jak najdłużej ukryć prawdziwy rozmiar deficytu. Już kilkanaście dni po podpisaniu ustawy budżetowej przez prezydenta rząd ogłosił plan oszczędności na sumę 17 mld złotych. O 10 proc. obcięto wydatki poszczególnych resortów (problemy finansowe ma przez to m.in. policja i wojsko), a obowiązek wydania 10 mld zł na drogi postanowiono przerzucić z budżetu na Krajowy Fundusz Drogowy, który miał w tym celu wziąć komercyjny kredyt bankowy. Deficyt nie wzrósł, ale dług publiczny już tak. Podobne zabiegi służyły temu, aby Polacy nie poznali prawdy o sytuacji finansowej państwa przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, co mogłoby negatywnie odbić się na notowaniach partii koalicyjnych, przede wszystkim PO.

Co więcej, znając księgowe sztuczki rządu z 2009 roku, mamy prawo powątpiewać, czy realny jest także budżet na 2010 rok uchwalony przed świętami przez Sejm. Zakłada on rekordowy deficyt na poziomie ponad 52 mld zł, bo dochody mają wynieść prawie 249 mld zł, a wydatki – ponad 301 mld złotych. Nie można jednak wykluczyć, że rzeczywisty deficyt może w trakcie roku okazać się wyższy, a wtedy rząd z pewnością będzie musiał znowu uciekać się do kreatywnej księgowości, ukrywania części deficytu, aby tylko nie przekroczyć konstytucyjnych progów zadłużenia państwa (55 i 60 proc. PKB), grożących drastycznym ograniczeniem wydatków państwa, co skutkowałoby nie tylko np. obcinaniem zasiłków z pomocy społecznej, zmniejszaniem dotacji dla szkół, ale i wydatków na bezpieczeństwo czy inwestycje infrastrukturalne. Tak czy inaczej rząd stracił 2009 rok i stan naszych finansów jest gorszy, niż mógłby być, gdyby od początku premier Tusk i jego ekipa byli uczciwi wobec Polaków. I gdyby prowadzili rzeczywiście aktywną i skuteczną politykę gospodarczą, która przeciwdziałałaby budżetowej zapaści. Na to jednak potrzeba pomysłów i dobrej woli do współpracy z opozycją i prezydentem.


Chroniczny Katar ministra Grada


To miała być udana i wzorcowa restrukturyzacja przemysłu stoczniowego, która okazała się zwykłą klapą. Najpierw rządowi nie udało się przekonać Brukseli do zostawienia w spokoju stoczni w Gdyni i Szczecinie przez uznanie za uzasadnioną pomocy publicznej przekazanej obu zakładom przez państwo. Kiedy nasze władze zlękły się gniewu unijnej komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes, Niemcy nie przejmowali się pomrukami Komisji Europejskiej, tylko wspierali stocznie działające na ich bałtyckim wybrzeżu.

Żeby zatrzeć złe wrażenie, rząd zaczął gorączkowo szukać inwestorów dla Stoczni Gdynia i Stoczni Szczecińskiej Nowa, przekonując, że można w nich uratować produkcję statków. Choć specustawa stoczniowa zakładała sprzedaż majątku stoczni w otwartym, nieograniczonym przetargu, który nie gwarantował utrzymania produkcji statków, minister skarbu Aleksander Grad przekonywał, że taki inwestor jest poszukiwany.

Jak wynika z dokumentów ujawnionych przez media, resort skarbu preferował ofertę katarskiego inwestora działającego za pośrednictwem funduszu Stichting Particulier Fonds Greenrights i w maju to właśnie Katarczyków ogłoszono zwycięzcą przetargu. Szybko wyszło na jaw, że minister Grad nie wie, kto konkretnie kryje się za tym funduszem, bo był on zarejestrowany w raju podatkowym. Potem się okazało, iż wadium za stocznie wpłacił libański handlarz bronią, robiący interesy z Bumarem, a Katarczycy mieli wejść do gry w zamian za podpisanie przez Polskę kontraktu na odbiór z tego kraju skroplonego gazu ziemnego (LNG). Ale pomimo przesuwania terminu wpłaty pieniędzy fundusz nie zapłacił za stocznie. Na nic zdało się także poszukiwanie „inwestora zastępczego”, którym miał być inny podmiot – państwowy Qatar Investment Authority. Rząd musiał ogłosić nowy przetarg i sprzedawać stocznie po kawałku. Stracono wiele miesięcy cennego czasu, mamiąc stoczniowców i całe społeczeństwo obietnicami bez pokrycia. W efekcie tysiące ludzi straciło pracę (także z firm kooperujących ze stoczniami) i niewielu ma szansę na nowe zatrudnienie.

Ta sprawa to przy okazji także osobista kompromitacja premiera, który zaangażował się w rozmowy z katarskim inwestorem, ale nic to nie dało. Tusk zagroził nawet w lipcu dymisją ministrowi skarbu, jeśli do końca sierpnia nie zakończy się sprzedaż stoczni inwestorowi z Półwyspu Arabskiego. Aleksander Grad stoczni nie sprzedał, ale stanowisko i tak zachował. Podobno dlatego, że nie tylko on był winny tej porażki i po odejściu z rządu mógłby za dużo powiedzieć.


Ugoda ze wskazaniem na Eureko


Inną sprawą, która obciąża rząd, jest kwestia ugody z Eureko w sprawie prywatyzacji PZU. Spór ciągnął się od ośmiu lat i niewątpliwie należało go jak najszybciej zakończyć. Z tym że to, co osiągnął minister Grad, trudno uznać za zwycięstwo. Gdy bez rezultatu zakończyły się rozprawy przed Sądem Gospodarczym w Warszawie, doszło do negocjacji udziałowców. Rezultatem rozmów było najpierw ustalenie, że w PZU utworzony zostanie kapitał rezerwowy w wysokości prawie 12 mld zł na poczet przewidywanej wypłaty dywidendy (z tego miały być spłacone pieniądze dla Eureko). Potem ogłoszono zawarcie ugody, która polega na tym, że w zamian za blisko 4,8 mld zł Skarb Państwa odzyska kontrolę nad PZU.

Tymczasem, według niezależnych ekspertów, rząd te negocjacje zawalił. Można było bowiem zawrzeć ugodę z holenderską spółką, ale znacznie tańszym kosztem. Eureko potrzebowało pieniędzy na pokrycie swoich pilnych zobowiązań (grupę boleśnie dotknął światowy kryzys finansowy) i dlatego chciało szybkiego porozumienia z Polską, rezygnując z niemożliwych do zdobycia kilkudziesięciu miliardów złotych odszkodowania w ramach międzynarodowego arbitrażu. Była więc możliwość uzyskania lepszych warunków. Ale ministrowi Gradowi był potrzebny szybki sukces, za który zapłaci zresztą sam PZU, bo to z pieniędzy wypracowanych przez spółkę będzie wypłacane odszkodowanie dla Eureko.


Gaz niepewny


Ten rok kończy się tak samo, jak się zaczynał: perturbacjami z dostawami rosyjskiego gazu do Polski. W styczniu Moskwa całkowicie wstrzymała dostawy przez Ukrainę i część naszych firm miała przejściowo zmniejszone dostawy surowca. Przez rok rząd nie potrafił rozwiązać problemu gazowego – choć w grudniu zakończyły się negocjacje na temat przedłużenia umowy gazowej z Rosją, to jednak do tej pory kontrakt nie został podpisany. Co więcej, jego założenia są krytykowane, bo grożą nam dalszym uzależnieniem energetycznym od Moskwy – mamy zwiększyć ilość gazu odbieranego od Gazpromu do 10,2 mld m sześc. rocznie, a umowa ma obowiązywać do 2037 roku. W tym kontekście coraz bardziej mglisto wygląda plan dywersyfikacji dostaw gazu, choć rząd podjął decyzję o budowie terminalu w Świnoujściu, gdzie mamy odbierać skroplony gaz. Podpisano nawet umowę z Katarem na dostawy gazu LNG, ale istnieje obawa, że skoro i tak trzeba będzie kupować zakontraktowany gaz od Rosji, to nie będzie już miejsca na ten z Bliskiego Wschodu. Chyba że ograniczymy krajowe wydobycie…

Podsumowując, trzeba podkreślić, że rząd Donalda Tuska nie może się pochwalić znaczącymi sukcesami na polu polityki gospodarczej. Nie widać, aby premier i ministrowie mieli spójny, dalekosiężny plan stymulowania rozwoju polskiej gospodarki. Niestety, więcej tu propagandy niż rzeczywistych działań.


Krzysztof Losz
drukuj