Gdzie był Mojżesz?
Parę dni przed niedzielą, kiedy miały się odbyć feralne wybory w Polsce, dzwonił do mnie pewien poważny pan, który przywiązuje dużą wagę do Liturgii Słowa przypadającej na konkretny dzień, jeśli w tym dniu ma się dokonać coś ważnego. Tak robi zresztą wielu ludzi, którzy dzięki swej żywej wierze mają świadomość, że Pan Bóg jest obecny wśród różnych spraw życia ludzkiego i może zawsze po swojemu zainterweniować – dla zbawienia człowieka. Otóż ten wspomniany pan (nie ujawnię jego nazwiska) zwrócił mi uwagę na fakt, że w pierwszym czytaniu na dzień 21 października Liturgia Święta przytacza historię bitwy Izraelitów z Amalekitami. Jest to przemawiająca do wyobraźni scena, wykorzystywana często przez kaznodziejów i rekolekcjonistów. Chodzi o to, że Amalekici mieli szansę pokonać Izraelitów, a jednak ich nie pokonali. Stało się tak nie z powodu przewagi militarnej narodu wybranego, lecz z powodu włączenia się czynnika nadprzyrodzonego: Pan Bóg stanął po stronie Izraelitów, ponieważ Mojżesz bez przerwy modlił się na szczycie góry, a widomym znakiem jego modlitwy (widocznym dla walczących) były podniesione ręce, które potem, kiedy omdlewały z powodu zmęczenia, podtrzymywali Aaron i Chur. Zastanawiając się nad znaczeniem tego czytania liturgicznego dla Polski, ustaliliśmy jednak, że nasze zwycięstwo nie jest automatycznie pewne; że istotnym warunkiem jest, aby trwała nieustanna modlitwa pod przewodnictwem naszego „lokalnego” Mojżesza. Wiemy, że Polska przegrała, gdyż kontynuacja IV Rzeczypospolitej została przekreślona przez naszych „lokalnych” Amalekitów.
Wobec tego faktu zadałem sobie pytanie: „Gdzie był Mojżesz?”. Problem jest trudny, ponieważ ten ktoś, kogo należałoby identyfikować symbolicznie z Mojżeszem, nie był wystarczająco widoczny, nie był czytelny. Nie było też widać, aby trwał znak nieustannej modlitwy, tak bardzo potrzebnej dla ocalenia Polski atakowanej przez widzialnych i niewidzialnych wrogów. Kiedyś mieliśmy pewność, że na przykład takim „Mojżeszem” był kardynał Stefan Wyszyński, niewątpliwie w przełomowym okresie dla Polski takim „Mojżeszem” był Jan Paweł II… ale zostały po Nim kolorowe albumy i sentymentalne wspomnienia Jego odejścia do Domu Ojca. Po tych dwóch latach została w wielu polskich sercach pustka wypełniana bełkotem liberalnej telewizji oraz pragnieniem zysków nawet za cenę porzucenia Ojczyzny.
Ale czy naprawdę nie było Mojżesza? To, co się działo w czasach Starego Testamentu, było tylko figurą i cieniem rzeczy, które miały przyjść i które spełniły się w Chrystusie. To On, Chrystus wywyższony na górze Golgoty, wznosi swoje ramiona rozpięte na Krzyżu w nieustającym błaganiu za zbawienie świata. Pod Krzyżem już nie Aaron i Chur, lecz Maryja, Matka Kościoła, przeżywająca w swoim Sercu ofiarę Chrystusa w doskonałym zjednoczeniu z Jego miłością i posłuszeństwem Ojcu; obok Maryi – uczeń umiłowany, Jan, symbolizujący sobą wszystkich członków Kościoła. To wszystko dzieje się mistycznie i sakramentalnie w Eucharystii. Tu Chrystus czekał na Polaków i gotów był obdarzyć ich mocą, jeśliby oddali Mu swoje serca. Ale te serca były zacietrzewione walką przedwyborczą, ogłupione podstępną i kłamliwą propagandą, zatrute jadem nienawiści rozpowszechnianym przez media, a sączącym się z serca przywódcy „platformy obywatelskiej”. Czy to było właściwym usposobieniem, z którego można było odczytać głębokie i z wiary płynące pragnienie, aby Chrystus, królujący z Krzyża, zapanował nad Polską i wszystkimi jej dziećmi? Prawdziwa walka toczyła się nie na forum wyborów, ale w duszach: pomiędzy wiarą w Chrystusa a obłudną i naiwną wiarą w kłamliwe i antypolskie media, poddane władzy „księcia tego świata”. Jeżeli Polacy sobie tego nie uświadomią i nie wyciągną z tego właściwych wniosków, to należy się obawiać (bo wszystko idzie w tym kierunku), że Polska przepadnie już na zawsze, przed czym z bólem przestrzegała Matka Najświętsza w objawieniach danych Wandzie Malczewskiej.
