Galopada franka

Niespodziewana obniżka stóp procentowych przez Szwajcarski Bank Narodowy
zapobiegła dalszemu wzrostowi kursu franka, doprowadzając do lekkiego spadku
jego notowań. Szwajcaria, śladem eurostrefy i USA, dołączy do krajów drukujących
puste pieniądze. Eksperci ostrzegają jednak, że frank szwajcarski zatrzymał się
tylko na krótko, a potem nadal będzie drożał. Wobec kryzysu zadłużeniowego w
eurostrefie i za oceanem inwestorzy po prostu nie mają alternatywy dla franka.

Interwencja Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB), do której doszło na krótko
przed południem, powstrzymała wczoraj dalszy wzrost kursu franka szwajcarskiego,
który od rana zdążył umocnić się do polskiej waluty z 3,69 za złotego do 3,74.
Bank oświadczył w komunikacie, że nie będzie tolerował dalszego umacniania
franka, który jest "ogromnie przewartościowany", i zapowiedział działania
osłabiające walutę. Jednym z jego pierwszych posunięć było zawężenie docelowego
przedziału trzymiesięcznej stopy procentowej, po której szwajcarski bank
centralny będzie udzielał kredytów bankom. Stopa ta ma się mieścić w przedziale
0,00-0,25 proc., a nie jak dotychczas 0,00-0,75 proc., będzie więc zbliżona do
zera, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, a w ujęciu realnym, po uwzględnieniu
inflacji – ujemna. Jednocześnie bank oświadczył, że w najbliższych dniach
zwiększy podaż franka na rynku z 30 mld do 80 mld franków, wykupując bony, które
należą do banków komercyjnych, a przechowywane są u niego na rachunkach
depozytowych.
Po ogłoszeniu komunikatu frank szwajcarski natychmiast osłabił się o 11 groszy
do złotego, co powstrzymało dalszy spekulacyjny zakup waluty. Czy na długo?
– Ta reakcja będzie krótkotrwała, frank znowu powróci na ścieżkę wzrostu –
ocenia Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK. Zwraca uwagę, że nie doszło do
klasycznej interwencji na rynku walutowym, tj. sprzedaży franka szwajcarskiego z
rezerw przez szwajcarski bank centralny.
– Takiej interwencji nie będzie, bo Szwajcarzy mocno sparzyli się w ubiegłym
roku, wydając na interwencję 21 mld franków bez żadnego skutku – prognozuje
główny ekonomista SKOK.
– Można zaryzykować twierdzenie, że jesteśmy świadkami początku kolejnej fali
luzowania monetarnego na świecie (quantitative easing), czyli drukowania pustych
pieniędzy – uważa Jerzy Bielewicz, prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek". –
Nie jest to interwencja przy użyciu rezerw walutowych, lecz forma dodruku
pieniądza w celu pożyczania go bankom praktycznie bezprocentowo, by osłabić
fundamenty waluty i zniechęcić potencjalnych inwestorów spekulujących na franku
– wyjaśnia.
Bielewicz także jest zdania, że interwencja Szwajcarskiego Banku Narodowego
będzie miała krótkotrwały skutek, m.in. wobec dramatycznie złych wyników w
gospodarce amerykańskiej i prawdopodobieństwa dalszego luzowania monetarnego na
rynku za oceanem.
Do wtorku panowało wśród komentatorów przekonanie, że galopada franka
szwajcarskiego spowodowana jest głównie obawą o przyszłość Stanów Zjednoczonych
w związku z brakiem porozumienia w sprawie podniesienia progu zadłużenia i skalą
niezbędnych cięć budżetowych. Okazało się jednak, że po przyjęciu uzgodnień
przez amerykański Senat we wtorek wieczorem trend wzrostowy franka
szwajcarskiego wcale nie uległ zmianie. Przyczyny tego, co dzieje się ze
szwajcarską walutą, muszą być zatem głębsze.
– Prawdziwa przyczyna gwałtownej aprecjacji franka tkwi w obawach o strefę euro
i drugi plan pomocy dla Grecji – twierdzi Szewczak. Inwestorzy dostrzegają, jego
zdaniem, niechęć Włoch i Hiszpanii do finansowania Europejskiego Funduszu
Stabilności Finansowej, spowodowaną problemami tych krajów z obsługą własnych
długów.
– Rentowność dziesięcioletnich obligacji włoskich i hiszpańskich osiągnęła
wczoraj historyczne maksima, tj. odpowiednio 6,2 i 6,4 procent. Blisko magicznej
granicy 7 proc., poza którą nie ma już odwrotu, droga prowadzi do bankructwa –
twierdzi Bielewicz. – To spowoduje prawie na pewno interwencję EBC przez wykup
tych obligacji na rynku, co jest formą drukowania pustych pieniędzy – dodaje.
Rynki obawiają się bankructwa Hiszpanii, która potrzebowałaby pomocy rzędu
400-500 mld euro, oraz załamania Włoch, których dług sięga 120 proc. PKB i dla
których eurostrefa musiałaby wyasygnować kolejne 800-900 mld euro. Ucieczkę
inwestorów do bezpiecznej przystani, jaką jest szwajcarska waluta, przyspiesza
dodatkowo obawa o kondycję włoskiego i hiszpańskiego sektora bankowego.
Największe banki (m.in. UniCredit, Intesa Sanpaolo, hiszpański Santander) ledwie
przeszły stress testy: w swoich portfelach mają dużo obligacji zagrożonych
krajów eurostrefy i – jak się szacuje – będą potrzebować dofinansowania rzędu
20-30 mld euro, zwłaszcza że seryjny upadek reżimów bliskowschodnich pozbawił je
znacznego dopływu gotówki od tamtejszych elit władzy.
Oprócz obaw inwestorów o losy eurostrefy umacnianie się franka do złotego wynika
również ze specyficznej sytuacji na polskim rynku. Przez masowe udzielanie
walutowych kredytów hipotecznych wykreowano w Polsce gigantyczny popyt na franka
ze strony 700 tys. kredytobiorców spłacających kredyty hipoteczne w
szwajcarskiej walucie.
– Wzmożony popyt na franka szwajcarskiego będzie podbijał kurs franka przez
najbliższych 30 lat, bo na tyle czasu banki udzielały kredytów hipotecznych –
przypomina Szewczak. Negatywne skutki drogiego franka odczuwać będą nie tylko
kredytobiorcy, ale i sam sektor bankowy.
– Ekspozycja niektórych banków na kredyty walutowe jest ogromna, kredyty we
frankach szwajcarskich stanowią nieraz 55 proc. wszystkich kredytów udzielonych
przez bank. To powoduje, że banki konkurują z klientami i między sobą o
szwajcarską walutę, podbijając kurs – wyjaśnia ekonomista.
Radość polskich kredytobiorców walutowych z interwencji szwajcarskich władz
monetarnych może, zdaniem ekspertów, okazać się przedwczesna. Frank szwajcarski
w obecnych niespokojnych czasach nadal będzie walutą poszukiwaną przez
inwestorów i wysoko cenioną.
 

Małgorzata Goss

drukuj