„Firma” uniwersytet
Sejm kończy prace nad rządowym projektem ustawy, która ma odmienić
szkolnictwo wyższe. Zgodnie z nową tendencją z wykładowców akademickich robi się
działaczy gospodarczych. Jeśli nauczyciel akademicki będzie chciał wykładać w
drugiej uczelni, musi uzyskać zgodę rektora, ale jeśli zamierza założyć jedną,
drugą, trzecią firmę – takiej zgody mieć nie musi. Wśród akademików pojawiła się
słuszna obawa, że zaangażowanie w działalność gospodarczą będzie odrywało
wykładowców od zajęć dydaktycznych, które staną się drugoplanowe.
Rząd nie zdecydował się na generalną reformę, tak oczekiwaną przez środowisko
akademickie. Do Sejmu trafił pakiet wielu zmian w ustawie – Prawo o szkolnictwie
wyższym oraz w ustawie o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach
i tytule w zakresie sztuki. Niektóre z tych zmian bardzo głęboko wkraczają w
obecny system i jeśli nawet niektóre z nich są oceniane pozytywnie przez
środowisko akademickie, to jest sporo rządowych propozycji, które stanowią
poważne zagrożenie dla szkolnictwa publicznego i w zasadzie całą nowelizację
dyskwalifikują.
Jest to opinia nie tylko Prawa i Sprawiedliwości, ale w znacznej mierze także
pracowników naukowych uczelni wyższych. Wykazały to badania, które zostały
przeprowadzone w 2010 r. pod kierunkiem prof. dr. hab. Tadeusza Wawaka,
kierownika Zakładu Ekonomii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego, wśród
wykładowców akademickich pt. "Projakościowa restrukturyzacja zarządzania w
szkolnictwie wyższym". Pytania w przeprowadzonej ankiecie odnosiły się w
znacznej mierze do propozycji zmian przygotowanych przez Ministerstwo Nauki i
Szkolnictwa Wyższego.
Nie miejsce to, by omówić liczne poprawki, ale z zestawienia tych kluczowych
rysują się dwie zasadnicze tendencje. Pierwsza – to dążenie do przekształcenia
uczelni publicznych w niepubliczne uczelnie Skarbu Państwa, działające pod
nadzorem rad powierniczych, co może doprowadzić do likwidacji mniejszych
jednostek. Druga – to wprowadzenie zapisów, które spowodują obniżenie wymagań
naukowych i w konsekwencji pogorszenie jakości kształcenia.
Komercjalizacja szkolnictwa
Rząd Donalda Tuska nie ukrywa, że w najbliższych latach nie zostaną znacząco
zwiększone środki na szkolnictwo wyższe. Wykładowcy akademiccy nie mogą liczyć
na to, że ich pensje wzrosną ze środków budżetu państwa. Zasadnicze przesłanie
rządu jest takie: radźcie sobie sami.
W propozycji rządowej są mechanizmy, które de facto przekształcą uczelnie
publiczne w niepubliczne uczelnie Skarbu Państwa zarządzane przez
rektorów-menedżerów. Teraz Uniwersytetem Jagiellońskim czy Uniwersytetem
Warszawskim będzie mógł kierować rektor posiadający stopień naukowy doktora, jak
ma to miejsce w znacznie mniejszych i stawiających sobie inne cele uczelniach
niepublicznych.
Skoro rektor ma być przede wszystkim menedżerem, zgodnie z nową doktryną musi
mieć możliwość sprawnego zarządzania firmą "uniwersytet", a zatem także jej
personelem. Do tej pory powodem rozwiązania stosunku pracy z mianowanym
nauczycielem akademickim było m.in. otrzymanie przez niego dwóch ocen
negatywnych w wyniku okresowej oceny jego pracy. Teraz będzie wystarczyła jedna
ocena negatywna. Wprowadzono także zapis, który ogranicza rolę senatu uczelni.
Dotychczas jeśli rektor chciał rozwiązać stosunek pracy z mianowanym
nauczycielem akademickim "z innej ważnej przyczyny", musiał uzyskać zgodę organu
kolegialnego wskazanego w statucie uczelni, który oceniał ważność tej przyczyny,
a zatem zasadność decyzji kadrowej rektora. W nowym rozwiązaniu, jeśli rektor
będzie chciał zwolnić mianowanego nauczyciela akademickiego z powodu, którego w
ustawie nie określono, a który rektor uzna za ważny, senat będzie jedynie
wydawał opinię, z którą rektor nie musi się liczyć. Uzyskuje tym samym całkowitą
swobodę w sprawach kadrowych.
Uczelnie będą mogły pozyskiwać dodatkowe środki za pomocą dwóch instrumentów.
Przy czym pierwszy instrument będzie powszechny, zaś drugi – bardzo ograniczony.
Ten powszechny to wprowadzenie odpłatności za drugi kierunek studiów w formie
stacjonarnej, co nie będzie dotyczyło tylko najlepszych studentów. W ten sposób
pozyskane środki mają być przeznaczone w szczególności na rozwój kadr naukowych
i infrastruktury dydaktyczno-naukowej, w tym amortyzacji i remontów.
Niewątpliwie wprowadzenie odpłatności za kolejne kierunki studiów będzie
stanowiło dla wielu studentów istotne ograniczenie w możliwościach pozyskiwania
dodatkowej wiedzy, a zatem osłabi ich przyszłe możliwości na rynku pracy.
Drugi instrument – to ukierunkowanie szkół wyższych na wypracowywanie produktu
naukowego, który następnie mają sprzedawać podmiotom gospodarczym. Uczelnia w
celu komercjalizacji wyników badań naukowych i prac rozwojowych będzie mogła
utworzyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością lub spółkę akcyjną, zwaną
spółką celową, której zadaniem będzie w szczególności obejmowanie udziałów w
spółkach kapitałowych lub tworzenie spółek kapitałowych. Tak pozyskane środki
uczelnie będą mogły wydawać na cele statutowe.
Przy tym rozwiązaniu rysują się trzy problemy. Pierwszy polega na tym, że takimi
skutecznymi "fabrykami wiedzy" potrzebnej gospodarce będą tylko największe,
skonsolidowane uczelnie, które jako Krajowe Naukowe Ośrodki Wiodące otrzymają
dodatkowe, duże dotacje z budżetu państwa. To oczywiście eliminuje z tej
konkurencji mniejsze, prowincjonalne ośrodki akademickie, skazuje je na
wegetację, a być może w dłuższej perspektywie na ich likwidację. Drugi problem
polega na tym, że nie mają możliwości zarabiania na wiedzy uczelnie
humanistyczne czy też humanistyczne kierunki. Widać wyraźnie, że humanistykę,
która ze swej natury jest deficytowa, ten rząd marginalizuje. Trzeci problem
polega na tym, że nie bardzo ma kto tę wiedzę kupować. Polski biznes jest za
słaby, aby stać się wiodącym klientem szkolnictwa wyższego, zaś biznes
zagraniczny wciąż nie ma zaufania do produktów naszej nauki, pomimo
spektakularnych sukcesów.
Należy wreszcie dodać, że zgodnie z nową tendencją również z wykładowców
akademickich robi się działaczy gospodarczych. Jeśli nauczyciel akademicki
będzie chciał wykładać w drugiej uczelni, musi uzyskać zgodę rektora, ale jeśli
zamierza założyć jedną, drugą, trzecią firmę – takiej zgody mieć nie musi. Wśród
akademików pojawiła się słuszna obawa, że zaangażowanie w działalność
gospodarczą będzie odrywało wykładowców od zajęć dydaktycznych, które staną się
drugoplanowe.
Dwóch magistrów zamiast doktora
Jeśli chodzi o kwestię obniżenia wymagań naukowych, widać to wyraźnie choćby
przy określaniu minimum kadrowego niezbędnego do uruchomienia kierunku studiów
na uczelniach publicznych i niepublicznych. Wprowadzono kuriozalne zapisy, które
mówią, że do minimum kadrowego można zaliczyć w miejsce nauczyciela
akademickiego posiadającego stopień naukowy doktora habilitowanego – dwie osoby
posiadające stopień naukowy doktora, a w przypadku doktora – dwie osoby
posiadające tytuł zawodowy magistra.
Zatem do uruchomienia kierunku studiów będzie wystarczyło powierzenie dwóm
profesorom prowadzenia seminariów, a pozostałe wykłady będą mogły prowadzić
osoby ze stopniem naukowym doktora lub tytułem zawodowym magistra. Spotkałem się
z opinią wśród profesorów akademickich, że takie rozwiązanie spowoduje, iż
poziom na niektórych uczelniach osiągnie "poziom szkoły pomaturalnej".
Kolejny kontrowersyjny zapis stwierdza, że rektor uzyskuje możliwość przyznania
szczególnych uprawnień przysługujących osobom posiadającym tytuł doktora
habilitowanego osobom, które mają jedynie stopień doktora, a zostały zatrudnione
na stanowiskach profesora nadzwyczajnego lub profesora wizytującego. Jestem
przekonany, że osoby posiadające tytuł naukowy doktora, które mają znaczący
dorobek i osiągnięcia naukowe, z łatwością pozytywnie przejdą zapisaną w ustawie
nową procedurę habilitacyjną i nie trzeba wprowadzać takich ścieżek "na skróty".
Oba te rozwiązania będą zniechęcały do dalszego rozwoju naukowego doktorów i
ubiegania się o stopień naukowy doktora habilitowanego. Niewątpliwie też
przyczynią się do obniżenia jakości kształcenia.
Skoro rząd mimo wcześniejszych zapowiedzi zdecydował się na pozostawienie
habilitacji, powinien być konsekwentny i stworzyć mechanizmy zachęcające
doktorów do kontynuowania badań naukowych w celu osiągnięcia kolejnego stopnia
naukowego – doktora habilitowanego. Mało tego, powinien dbać o odpowiednio
wysoki poziom habilitacji. Tymczasem w nowych rozwiązaniach nie ma kolokwium
habilitacyjnego, tak mocno ugruntowanego w tradycji akademickiej. Osoba
ubiegająca się o stopień doktora habilitowanego przesyła komisji habilitacyjnej
autoreferat, który wraz z opiniami recenzentów jest podstawą do podjęcia uchwały
zawierającej opinię w sprawie nadania lub odmowy nadania stopnia doktora
habilitowanego. Zatem członkowie komisji mają zasadniczo rozstrzygać o awansie
naukowym bez osobistego kontaktu z osobą ubiegającą się o stopień doktora
habilitowanego, choć formalnie będą mogły zaprosić takiego człowieka osobę na
"rozmowę o jego osiągnięciach i planach naukowych".
Parytety nawet w nauce
Kolejnym niepokojącym symptomem, przy którym uparcie stoi Ministerstwo Nauki i
Szkolnictwa Wyższego, jest zapis wskazujący na to, że członkiem Polskiej Komisji
Akredytacyjnej może być nauczyciel akademicki posiadający stopień doktora. PKA
ma dbać o wysoki poziom szkolnictwa wyższego, m.in. oceniać prowadzenie
kierunków studiów na uczelniach wyższych i pośrednio decydować o wydaniu
pozwolenia na prowadzenie takich kierunków. Osoby ze stopniem doktora nie mają
należytego doświadczenia i dostatecznych kompetencji – jako nauczyciele
akademiccy – aby móc adekwatnie oceniać np. prowadzenie wykładów akademickich,
seminariów magisterskich czy studiów doktoranckich, do których prowadzenia nie
mają zresztą formalnych uprawnień. Jak zatem osoba słabiej wykształcona może
oceniać poziom wykształcenia osób lepiej wykształconych?
Na koniec warto zauważyć, że i szkolnictwo wyższe nie ustrzegło się od
wprowadzenia parytetów. W nowelizacji znalazł się zapis, że minister właściwy do
spraw szkolnictwa wyższego, powołując członków Państwowej Komisji
Akredytacyjnej, musi uwzględnić wymóg "co najmniej 30-procentowego udziału
kobiet w jej składzie". Według opinii wielu profesorów, jest to niebezpieczny
precedens, który może doprowadzić do wprowadzenia w przyszłości parytetów w
ciałach kolegialnych uczelni, a który wymóg wiedzy i doświadczenia zastępuje
kryterium płci.
Prawo i Sprawiedliwość jest przeciwko tym rozwiązaniom i dlatego w głosowaniu
nie poprzemy rządowych propozycji dotyczących zmian w szkolnictwie wyższym.
Dr Artur Górski
Autor jest posłem na Sejm RP z ramienia Prawa i
Sprawiedliwości, wiceprzewodniczącym podkomisji stałej ds. Nauki i Szkolnictwa
Wyższego.
