Fety nie będzie
Jest wielce prawdopodobne, że PO nie dotrzyma terminu i nie zatwierdzi już
11 czerwca list kandydatów w wyborach parlamentarnych. Platforma ma w Gdańsku
świętować swoje dziesięciolecie, które może jednak przerodzić się w pyskówkę w
trakcie debaty o listach wyborczych. Dlatego realne staje się przełożenie obrad
Rady Krajowej Platformy Obywatelskiej na późniejszy termin. Chyba że Donaldowi
Tuskowi uda się spacyfikować niezadowolonych.
Szybkie tempo tworzenia zestawów nazwisk kandydatów na posłów i senatorów
zrodziło w Platformie Obywatelskiej więcej problemów, niż sobie wyobrażał Donald
Tusk. Przewodniczący liczył, że listy uda się szybko zamknąć, a władze krajowe
będą musiały dokonać tylko niewielu korekt. Rzeczywistość okazała się jednak
bardziej złożona, bo PO jest targana konfliktami na tle składu osobowego list
kandydatów na posłów i senatorów, o których już pisaliśmy na łamach "Naszego
Dziennika".
Ale te spory zaczęły przeradzać się wręcz w wojny podjazdowe w walce o wpływy w
partii, co dla wielu wyborców PO jest szokiem, bo konflikty miały dotyczyć
"skłóconego PiS", a nie "nowoczesnej i odpowiedzialnej Platformy".
Spory miały zostać przecięte 11 czerwca podczas obchodów 10. rocznicy powstania
Platformy Obywatelskiej, gdyż przy tej okazji planowano posiedzenie Rady
Krajowej PO, podczas której miały zostać przyjęte listy kandydatów w ostatecznym
kształcie. Jednak Donald Tusk zastanawia się, czy kwestii wyborów nie załatwić w
późniejszym terminie. Politycy Platformy, z którymi rozmawialiśmy, uciekają się
i do takich komentarzy, że 11 czerwca Tusk chce mieć w Gdańsku uroczystą
akademię "ku czci" i aby nie popsuć święta, trzeba uciec od rozwiązywania w tym
samym czasie najtrudniejszych partyjnych kwestii. Z tego powodu scenariusz
gdańskich uroczystości jest łatwy do przewidzenia: premier wygłosi płomienne
przemówienie, w którym przedstawi dokonania PO i rządu w jak najkorzystniejszym
świetle. – Nie zdecydowano jeszcze, czy i w jakim zakresie to przemówienie
posłuży także do ataku na "nieodpowiedzialną opozycję". Premier swoje
wystąpienie cały czas szlifuje, zmienia akcenty po rozmowach z doradcami. A
niewykluczone, że i w ostatniej chwili coś zmieni, jeśli w ciągu tych paru dni,
jakie zostały do konwencji, wydarzy się coś na tyle istotnego, że wpłynie na
krajową politykę – mówi nam osoba z otoczenia kierownictwa PO. Z jej relacji
wynika, że w kierownictwie Platformy ścierają się poglądy choćby na temat
zarzutów wobec byłego skarbnika partii Mirosława Drzewieckiego. – Tusk ma
dylemat: z jednej strony chciałby "przywalić" opozycji i raz na zawsze rozprawić
się z tymi oskarżeniami, ale z drugiej ma świadomość, że tego tematu nie da się
tak łatwo wyciszyć, więc może lepiej w trakcie święta Platformy po prostu go nie
poruszać. Bo trzeba przecież przygotować się bardziej do tego, że niejeden raz
przyjdzie się nam tłumaczyć z tych oskarżeń podczas kampanii wyborczej –
wyjaśnia jeden z posłów PO.
Nie chcę słyszeć o problemach
Ale premierowi zależy przede wszystkim na tym, żeby uroczystości w Gdańsku były
przyjemną fetą, a nie miejscem rozstrzygania bieżących problemów. Trzeba więc za
wszelką cenę uniknąć wywołania awantury, bo kandydaci niezadowoleni z kształtu
list wyborczych, głównie z tego powodu, że np. ich pominięto albo dano gorsze
miejsce niż oczekiwali, zamierzali w Gdańsku upomnieć się o swoje i
interweniować u przewodniczącego partii. I choć niektórzy niezadowoleni
pretendenci, po naciskach szefów, obiecali siedzieć cicho, to jeden z takich
niezadowolonych posłów mówi nam, że przynajmniej kilkanaście osób przygotowywało
się do ostrej zagrywki: mieli powiedzieć premierowi o tym, jak jego
współpracownicy w regionach prowadzą swoje gierki, jak koszona jest wszelka
opozycja, jak karani są ludzie niezależni w poglądach od kierownictwa, jak
tolerowane są różne koterie w PO, jak w życie wprowadzana jest zasada "mierny,
ale wierny". I z pewnością takie kwiatki przyćmiłyby nawet najlepsze
przemówienie premiera i one byłyby częściej cytowane przez stacje radiowe,
telewizyjne, portale internetowe i gazety niż nawet najlepsze bon moty szefa
partii i rządu. – Nie chodzi nawet o to, że to nie Tusk byłby głównym bohaterem.
Ale do społeczeństwa dotarłby przekaz, że Platforma jest skłócona, a nawet
rozbita, że ludzie tutaj się kłócą. Czyli okazałoby się, że premier nawołuje do
zgody, współpracy wszystkich Polaków, a w swojej partii ma bałagan i wojnę –
wyjaśnia senator Platformy, który sam nie jest jeszcze pewien startu w
jesiennych wyborach. – Wiem, jak trudno jest skontaktować się z premierem, bo
sam próbowałem przedstawić mu problemy, jakie mamy w regionach czy nawet
powiatowych strukturach Platformy. Te problemy przekładają się także na listy
wyborcze. A skoro nie można przewodniczącemu Tuskowi o tym powiedzieć w cztery
oczy, to konwencja wydaje się ostatnią szansą na taką dyskusję. Donald
najwyraźniej sobie jednak tej debaty nie życzy – dodaje senator. To z kolei
byłoby potwierdzeniem opinii formułowanych niekiedy przez byłych
współpracowników premiera i niektórych politologów, że Tusk się wypala.
Premierowi brakuje już dawnej energii, więc woli odsuwać od siebie moment
podejmowania kluczowych decyzji, licząc, że przeciąganie sprawy list wyborczych
akurat w tym przypadku spowoduje, że wiele problemów samo się rozwiąże. Partia
może ponieść starty, ponieważ niektórzy niezadowoleni działacze odejdą z PO, ale
będzie to niższa cena niż zaognianie konfliktów. Jakby tego było mało, narastają
także spory w kierownictwie Platformy. Walka między "schetynowcami" a
"spółdzielcami" od Grabarczyka to już stały element życia politycznego w PO. Co
jakiś czas otwierają się jednak nowe fronty. Ostatni miał miejsce choćby przy
okazji wizyty Baracka Obamy w Polsce. Prezydent USA spotkał się wtedy z
przedstawicielami różnych partii i środowisk. Ponieważ oddzielne rozmowy
przeprowadził też z premierem Donaldem Tuskiem, to pojawił się problem, kto ma
na tym szerokim spotkaniu reprezentować PO. Wydawało się, że w naturalny sposób
będzie to marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna, wiceprzewodniczący Platformy, który
i tak miał być na tym spotkaniu. Ale wtedy swoje wpływy uruchomiła inna
wiceprzewodnicząca – prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. – Nie wiem, kto
będzie reprezentował Platformę – mówił jeszcze na kilka dni przed wizytą Obamy
marszałek Schetyna. Wtedy jednak pani prezydent już dopięła swego i Tusk
wyznaczył ją do roli "delegata PO". – To jest element szerszego planu, bo
Gronkiewicz-Waltz chce za wszelką cenę umocnić swoją pozycję w partii. W
dłuższej perspektywie myśli ona bowiem o powrocie do krajowej polityki. Jako
prezydent stolicy pani Waltz powoli się "wyczerpuje", bo spokojne czasy już
minęły i teraz przyjdzie pora rozliczeń wyborców za niespełnione obietnice,
bałagan inwestycyjny, chaos w mieście. Niewykluczone więc, że w wyborach w 2014
roku pani prezydent już nie wystartuje, aby rok później zostać posłem – tłumaczy
jeden z warszawskich radnych PO.
Bez strategii
Działacze PO są zaniepokojeni brakiem wyrazistej strategii wyborczej partii.
Samo krytykowanie opozycji da niewielkie zyski, tak samo jak chwalenie się
inwestycjami drogowymi czy tymi związanymi z Euro 2012, bo Polacy coraz
wyraźniej widzą, że drogi są rozkopane, kolej ledwo dyszy, a budowa stadionów na
Euro i innych elementów infrastruktury sportowej także jest zagrożona. Coraz
cięższe warunki życia, podwyżki powodują, że Polaków nie przekonuje już mit
"zielonej wyspy wzrostu gospodarczego". Rządzącym wymyka się też z rąk atut w
postaci unijnej prezydencji. Okazuje się bowiem, że najważniejsze spotkania,
szczyty polityczne i gospodarcze i tak będą odbywać się w Brukseli, bo przecież
nikt nie będzie się fatygował do Warszawy. Tak więc Donald Tusk będzie miał
ograniczone możliwości ogrzania się w świetle prezydentów i premierów z innych
państw. Zresztą nawet te okazje, które się nadarzają, nie są wykorzystywane.
Parlamentarzyści PO zdradzają nam, że Tusk więcej oczekiwał choćby po wizycie
Baracka Obamy. Nie dość, że nie udało się załatwić żadnych istotnych spraw
ważnych dla Polski, to jeszcze sama wizyta okazała się większym problemem niż
korzyścią. Zablokowana Warszawa, pustki na ulicach podczas przejazdu Obamy. –
Ludzie byli poirytowani, o czym świadczy choćby mnóstwo telefonów z pretensjami,
jakie otrzymaliśmy w tamtych dniach. Warszawa była bardziej zablokowana niż inne
miasta w Europie podczas wizyty Obamy. Jeśli w taki sam sposób podejdziemy do
wizyt unijnych notabli w trakcie prezydencji, to przez własną nadgorliwość
stracimy część głosów warszawiaków – takie opinie usłyszeliśmy od kilku
działaczy PO zatrudnionych w warszawskim magistracie. – I cała unijna strategia
wyborcza pęknie jak bańka mydlana – dodaje. Dlatego w Platformie liczą na to, że
do wyborów media będą co najmniej tak samo przychylne tej partii jak teraz i
będą bardziej skoncentrowane na atakowaniu PiS niż rozliczaniu premiera z
deklaracji złożonych w 2007 roku podczas sejmowego exposé. Większym bólem głowy
dla Tuska są kwestie programowe, które mogą rozsadzić PO przed wyborami. Chodzi
choćby o sprawę projektu ustawy, która legalizowałaby tzw. związki partnerskie,
otwierając możliwość traktowania układów homoseksualnych tak samo jak małżeństw.
I gdy np. poseł Joanna Mucha wyraża zdecydowane poparcie dla takiej ustawy,
poseł Jarosław Gowin ostro ją krytykuje, przekonując, że takie prawo nie uzyska
akceptacji wśród większości posłów i senatorów Platformy. Przeważające może być
jednak zdanie Donalda Tuska, który jest ustawie przychylny, ale ze względów
czysto wyborczych – żeby nie drażnić bardziej konserwatywnego elektoratu PO –
sprawa nie będzie rozstrzygana przed jesiennym głosowaniem. Ten temat będzie za
to obecny w debacie publicznej, żeby znowu partia rządząca nie utraciła
"postępowych" wyborców na rzecz SLD. I aby kontynuować grę na dwa fronty, Tusk
obiecuje, że ten projekt pojawi się w nowej kadencji parlamentu. Premier stara
się wyciszyć przed wyborami także inne kwestie, które mogłyby zaszkodzić
wynikowi wyborczemu, jak choćby podatek bankowy; wszak aby ta danina nie została
wprowadzona, podniesiono podatek VAT. Teraz jednak rząd i tak chce zabrać
kolejne setki milionów złotych z kieszeni podatników, bo to przecież na klientów
banki przełożą koszty podatku. Temu samemu celowi służy głosowanie nad budżetem
państwa już w czerwcu. Mało kto wierzy, że budżet nie będzie potem wymagał
korekty, ale to już będzie zadanie nowego rządu.
Krzysztof Losz
