Faryzeusz i celnik

"Gdy się modlicie, mówcie" – tymi słowami Jezus wprowadził uczniów do
modlitwy "Ojcze nasz". Dlaczego tak bardzo wyraźnie rozgraniczył czynności
mówienia i modlitwy? Jakie zagrożenia dostrzegł? Kiedy mówienie do Boga jest
modlitwą, a kiedy staje się tylko pielęgnowaniem swojego przerośniętego ego i z
modlitwą nie ma nic wspólnego? Kiedy wiara otwiera na życiodajną moc, płynącą od
Ojca, a kiedy staje się jedynie pretekstem do pokazania własnej "doskonałości"?
Odpowiedzi udziela Jezus w przypowieści o faryzeuszu i celniku.

Bóg nie dlatego posłał ludziom swojego Syna, aby potępić świat. Przeciwnie –
chciał go uratować, podzielić się z nim swoim szczęściem. To podstawowa prawda
zapisana w Biblii. Zbyt często o niej zapominamy. Sedno problemu tkwi w tym, iż
złemu duchowi udało się wmówić ludziom, że Bóg jest dla nich zagrożeniem:
zabiera wolność, prawo do szczęścia, ogranicza! Tak sądzi dziś wielu z nas,
agresywnie reagujących na wszelkie wzmianki o prawie moralnym, Dekalogu,
Kościele. Tak rodzi się nienawiść. W poczuciu zagrożenia budzą się demony, nad
którymi człowiek w pewnym momencie traci panowanie.
Przypowieść o faryzeuszu i celniku to nie tylko przypomnienie prawdy o Bożym
miłosierdziu, nie tylko zaakcentowanie dysonansu między modlitwą zakochanego w
swojej fałszywej, ślepej sprawiedliwości faryzeusza a pokorną prośbą o
zmiłowanie celnika, który zrozumiał, że żadne ludzkie moce nie są w stanie
uleczyć jego potrzaskanej duszy. To także ukazanie istoty Bożej logiki
działania.
Nie ma modlitwy bez pokory, której właśnie zabrakło faryzeuszowi. To dla nas nic
nowego. O pokorze przecież ciągle się mówi z ambony, bo jest ona głęboko wpisana
w przepowiadanie Kościoła. Jak się jednak okazuje, nie w serca ludzkie. Niełatwo
być pokornym, bo też i niełatwo stanąć w prawdzie o sobie, często tak
pieczołowicie kamuflowanej. Trudno przyznać się do porażki. Są ludzie, którzy
nie podejmą żadnego działania, jeśli nie mają pewności, że zwyciężą. Tymczasem
porażka, obnażenie poranionej duszy są często zbawienne, mają głęboki wymiar
uzdrawiający. Wielkim nieporozumieniem – którego ciągle zdają się nie rozumieć
zwolennicy różnego rodzaju "grubych kresek" i hurtowo udzielanych absolucji –
jest domaganie się przebaczenia, mimo że nie było wyznania winy, żalu za
popełnione zło. Zamiast tego jest przekonanie, że czas zatrze ślady, zasłona
zapomnienia zaś jest czymś, co się z przydziału należy każdemu człowiekowi.
Chrystus pokazuje, że wcale tak nie jest. Przebaczył Piotrowi, ale Judasz w
swojej pysze – choć zrozumiał swój błąd i sam wymierzył sobie sprawiedliwość –
miłosierdzia nie doświadczył. Nie zostali hurtem kanonizowani obaj towarzysze
śmierci Jezusa na Golgocie, ale tylko ten, który poprosił o miłosierdzie. Bóg
naprawdę jest gotowy w każdym momencie ofiarować człowiekowi największe skarby.
Potrzebny jest jednak jakiś najmniejszy ludzki gest, pokazanie zainteresowania
Bogiem.
Modlitwa nie znosi wielomówstwa, pustosłowia, pychy. Faryzeusz chciał "zagadać"
Pana Boga i w tym się pogubił. W wielomówstwie – w każdej jego odmianie: od
kaznodziejskiej po parlamentarną – łatwo popełnić błąd i siebie ulokować w
centrum uwagi, stawiając swoją osobę w jednym szeregu z tymi, którzy "ufają
sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzą" (Łk 18, 9). Niewielu jednak potrafi
się do tego przyznać. Mamy dość przykładów wokół nas.
 

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj