Farsa weryfikacji sędziów PRL jako rodzaj kłamstwa komunistycznego

Efekty weryfikacji PRL-owskiego wymiaru sprawiedliwości są zatrważające.
Wbrew oczywistym faktom każe się nam wierzyć, że wszyscy sędziowie okresu
komunistycznego działali etycznie, byli niezawiśli i niezależni. Nie pierwszy to
i nie ostatni przypadek, w którym całe społeczeństwo wie doskonale o
skandalicznym działaniu organów państwa, z wyjątkiem elit, które te działania
miały rozpoznać i osądzić. Zaniedbania i zaniechania sądów dyscyplinarnych
podczas prowadzenia takich spraw były karygodne.

Na łamach "Naszego Dziennika" zabrałem już wraz z posłem Sławomirem Zawiślakiem
głos na temat potrzeby penalizacji kłamstwa komunistycznego, wykazując, że jest
dokładnie tak samo szkodzące jak kłamstwo oświęcimskie. Przed kilkoma tygodniami
pisaliśmy wraz z parlamentarzystą PiS z Zamościa, że "pobłażliwość wobec zła,
jego banalizacja, jest złem samym w sobie, wcale nie mniejszym od czynów, które
taka postawa sankcjonuje". Wskazaliśmy, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż w
Polsce komunizm traktuje się jako coś w rodzaju mniejszego zła, o czym świadczy
chociażby fakt, że o ile dość łatwo wskazać na przypadki wyroków sądowych, a
zwłaszcza postępowań prokuratorskich w sprawie tzw. kłamstwa oświęcimskiego, o
tyle na próżno szukać tego rodzaju postępowań w sprawach tzw. kłamstwa
komunistycznego. A wszystko to przez "grubą kreskę" Mazowieckiego i
relatywizację rzeczywistości, uprawianą z powodzeniem przez salonowe elity III
RP.
Wywód ten wymaga jednak rozwinięcia, do czego skłonił mnie artykuł Jerzego
Szczęsnego pt. "Koncesja na bezkarność", zamieszczony na łamach
"Rzeczpospolitej" (30 września br.). Autor nawiązuje w nim do żenującej uchwały
Sądu Najwyższego sankcjonującej stosowanie przez sądy ustawowego bezprawia,
jakim były działające wstecz przepisy karne dekretu o stanie wojennym. "Sąd
Najwyższy – pisze Szczęsny – sięgnął tu do wypróbowanego już przy ustawie
lustracyjnej sposobu. Zastępując ustawodawcę, nadał ustawowemu pojęciu zbrodni
komunistycznej taki sens, który w istocie zanegował istnienie zbrodni sądowej w
całej PRL-owskiej przeszłości. Ze stalinizmem włącznie. Tę krytykowaną nawet w
kuluarach SN uchwałę wydano wobec wniosku IPN o uchylenie immunitetu byłemu
sędziemu SN Zdzisławowi Bartnikowi, który niechlubnie zapisał się w stanie
wojennym. Sąd Najwyższy uznał wniosek IPN za oczywiście bezzasadny i wpisał
uchwałę do tzw. księgi zasad prawnych, instytucji będącej resztówką PRL-owskiego
prawa, dyscyplinując inne sądy i przez to naruszając zasadę ich niezawisłości".
Wspomniana uchwała położyła ostateczny kres weryfikacji PRL-owskiego wymiaru
sprawiedliwości, co jednak nie dziwi, jeśli przeanalizuje się wszystkie
skandaliczne działania PRL-owskich sędziów działających w dzisiejszym wymiarze
sprawiedliwości, jeśli odsłoni się "poświęcenie i determinację", z jaką
środowisko sędziowskie i prokuratorskie – naturalnie mowa tu przede wszystkim o
starszych kadrach – przystąpiło do weryfikacji swoich szeregów i oczyszczenia
ich z sędziów skompromitowanych swą dyspozycyjnością wobec reżimu
komunistycznego. Zobaczymy wówczas, że wszystkie te działania to jedna wielka
farsa.

Pierwsze próby weryfikacji
Mając żywo w pamięci orzeczenia sądów z lat 80., a zwłaszcza z okresu stanu
wojennego, zaraz po 1990 r., podnoszono postulaty usunięcia z zawodu sędziego
wszystkich tych, którzy swą haniebną postawą sprzeniewierzyli się zasadzie
niezawisłości sędziowskiej w tamtych latach. Obowiązujące po 1990 r. prawo w
zakresie postępowania dyscyplinarnego nie mogło być jednak zastosowane wobec
tzw. dyspozycyjnych sędziów, przewinienia dyscyplinarne przedawniają się bowiem
zaledwie po upływie jednego roku. Stąd też konieczna była ingerencja
ustawodawcy.
Pierwszą próbę ustawowego uregulowania możliwości odwołania sędziego za zbrodnie
sądowe lub służalstwo wobec władz komunistycznych podjęto w 1993 roku. 15 marca
tego roku uchwalono nowelizację prawa o ustroju sądów powszechnych. Na jej
podstawie prezydent, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa (KRS), mógł odwołać
sędziego, co do którego sąd dyscyplinarny stwierdził sprzeniewierzenie się
zasadzie niezawisłości. Przyjęto, że sędziowie niebędący w stanie oprzeć się
naciskom z zewnątrz, mają mankamenty psychiczne uniemożliwiające im wykonywanie
zawodu. Takie rozwiązanie zostało jednak uznane przez Trybunał Konstytucyjny za
niezgodne z Konstytucją.
Kolejną próbę podjęto dopiero po upływie czterech lat. 17 grudnia 1997 r.
uchwalona została kolejna ustawa o zmianie ustawy – prawo o ustroju sądów
powszechnych oraz niektórych innych ustaw. Ale i tym razem, w związku z brakami
formalnymi w procedurze uchwalania nowelizacji, TK uznał przepis art. 6 ustawy
za niekonstytucyjny. Pomimo tego Trybunał wskazywał na zasadność ostatecznego,
zgodnego z procedurami, uregulowania problemu: "Ograniczając jednak rozważania
tylko do okresu zamkniętego datą 1989 r. trzeba przypomnieć, że zachodziły
wówczas tak drastyczne nadużycia niezawisłości, że obecnie nadal istnieje
potrzeba ich ujawnienia i wyjaśnienia", zaś "ogólne zasady odpowiedzialności
sędziego, dostosowane do warunków demokratycznego państwa prawnego, nie stanowią
mechanizmu wystarczającego".
Na konieczność ostatecznego uregulowania sprawy zwracał uwagę przede wszystkim
sędzia Marian Zdyb, który w votum separatum do przywoływanego wyżej wyroku
stwierdził, że "obowiązek prawnego potraktowania sprawców naruszenia
niezawisłości i bezstronności sądów, w tym szczególnie nieuczciwych sędziów,
dotyczy także sytuacji, w której naruszenia te dokonywane były pod ochroną
państwa w systemie totalitarnym, a często wręcz w majestacie prawa. Jest to
niezbędne nie tylko ze względu na zaspokojenie społecznego poczucia
sprawiedliwości, ale przede wszystkim z uwagi na potrzebę zapewnienia
wiarygodności samego państwa i jego organów. Autorytet państwa budowany jest
także przez jego stosunek do zachowań niegodziwych".
Ostatecznie problem doczekał się swego ustawowego rozwiązania 3 grudnia 1998 r.,
kiedy uchwalono ustawę o odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, którzy w
latach 1944-1989 sprzeniewierzyli się niezawisłości sędziowskiej. Mocą przepisów
ustawy w stosunku do sędziego, który w latach 1944-1989, orzekając w procesach
stanowiących formę represji za działalność niepodległościową, polityczną, obronę
praw człowieka lub korzystanie z podstawowych praw człowieka, sprzeniewierzył
się niezawisłości sędziowskiej, wyłączono stosowanie przepisów o przedawnieniu w
postępowaniu dyscyplinarnym dotyczącym sędziów. Wyłączenie to nie było jednak
bezterminowe – jego koniec ustalono na 31 grudnia 2002 roku.
Jako że ustawa weszła w życie 26 stycznia 1999 r., organy uprawnione miały
niecałe cztery lata na wystąpienie z żądaniem wszczęcia postępowania do sądu
dyscyplinarnego. Organem uprawnionym do występowania z takim żądaniem była KRS,
która mogła to czynić z urzędu lub na wniosek osoby skrzywdzonej orzeczeniem.
Osoba taka mogła skierować taki wniosek również do ministra sprawiedliwości.
Nadto, na mocy art. 88 § 1 ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych, z
wnioskiem o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego mógł wystąpić rzecznik
dyscyplinarny na żądanie ministra sprawiedliwości, prezesa sądu apelacyjnego lub
okręgowego oraz kolegium sądu apelacyjnego lub okręgowego. Sąd Dyscyplinarny po
przeprowadzeniu postępowania mógł orzec karę wydalenia ze służby sędziowskiej.

Oszustwo sądów dyscyplinarnych
O ile na gruncie ustawowym warunki do weryfikacji wymiaru sprawiedliwości
zostały stworzone, o tyle już praktyka w tym zakresie była skandalicznie
żenująca. W okresie od wejścia w życie omawianej ustawy do października 2001 r.
wpłynęło 30 spraw, z czego 28 zostało złożonych przez ministra sprawiedliwości,
a tylko dwie były efektem wniosków rzecznika dyscyplinarnego. Krajowa Rada
Sądownictwa nie złożyła żadnego wniosku. We wszystkich sprawach z wniosku
ministra sprawiedliwości rzecznicy dyscyplinarni wyraźnie dystansowali się od
nich, wskazując, że działają z polecenia ministra. Wszystkie sprawy dotyczyły
zaledwie około 50 sędziów, w większości w stanie spoczynku, spośród których
tylko jeden nie był sędzią karnym. W toku postępowania aż 41 sędziów już na
samym początku zostało uwolnionych od stawianych im zarzutów. W stosunku do
czterech sprawa została od razu zwrócona rzecznikowi dyscyplinarnemu, pozostałym
zaś w wyniku przeprowadzonego postępowania nie udowodniono sprzeniewierzenia się
niezawisłości sędziowskiej.
Efekty weryfikacji PRL-owskiego wymiaru sprawiedliwości są więc zatrważające.
Wynika z niej – wbrew oczywistym faktom – że wszyscy sędziowie okresu
komunistycznego działali na wskroś etycznie, byli niezawiśli i niezależni. Nie
pierwszy to i nie ostatni przypadek, w którym całe społeczeństwo wie doskonale o
skandalicznym działaniu organów państwa, z wyjątkiem elit, które te działania
miały rozpoznać i osądzić. Zaniedbania i zaniechania sądów dyscyplinarnych
podczas rozpatrywania wskazanych wyżej spraw były przy tym karygodne.

Duża wyrozumiałość
Ogólnie rzecz ujmując, aż nadto widoczna była "duża wyrozumiałość" sądów
dyscyplinarnych dla osób obwinionych – zresztą i tak symptomatycznie niewielu:
nie jest przecież możliwe, by zaledwie 50 żyjących sędziów PRL dopuszczało się
zbrodni sądowych i innych czynów godzących w sędziowską niezawisłość. I choć
prawdą jest również, że nie wszyscy sędziowie orzekający w sprawach
dyscyplinarnych byli tak liberalni w stosunku do swoich kolegów, to jednak ich
zdania odrębne mają wyłącznie charakter "świadectwa prawdy". Jak podkreśla prof.
Adam Strzembosz, "oni sami wymagali od siebie więcej w trudnym okresie stanu
wojennego, a wiedzieli dobrze, jakie pożytki przynosiło 'pryncypialne’
orzecznictwo".
Cały proces weryfikacji pokazał haniebną w tym wypadku solidarność korporacyjną,
która stała się bez wątpienia główną przyczyną jego fiaska. Profesor Strzembosz
w swych publikacjach przedstawia najbardziej jaskrawe przypadki farsy.
W jednym z tych przykładów obwiniony sędzia w czasie orzekania był osławionym
prezesem sądu wojewódzkiego. Sąd dyscyplinarny odmówił wszczęcia wobec niego
postępowania dyscyplinarnego. Ale oto inny skład rozpatruje sprawę kolejnego
obwinionego – sędziego wojewódzkiego z tego samego sądu. Warto dodać, że w tej
sprawie oskarżonych (trzech) skazano na kary 3 lat pozbawienia wolności, w
trybie doraźnym, za rozlepienie kilku ulotek na terenie głuchej wsi, które przed
zdarciem – według zeznań sołtysa – przeczytał tylko jeden rolnik. W obronie tego
sędziego składa pismo dziekan okręgowej rady adwokackiej (ORA), notabene w
okresie stanu wojennego prezes sądu rejonowego w tym samym okręgu. W dalszej
części pisma prezes ORA informował, że za fatalną atmosferę w sądzie wojewódzkim
(a więc naciski polityczne, zastraszanie sędziów) odpowiada prezes sądu
wojewódzkiego, wobec którego właśnie odmówiono wszczęcia postępowania
dyscyplinarnego w jego własnej sprawie!
A oto inny przykład. W jednym z miast skazano trzy osoby za to, że w
październiku 1985 r. poczyniły przygotowania do kolportażu ulotek wzywających do
powstrzymania się od głosowania w wyborach do Sejmu. Przewodniczący składu
ławniczego, młody sędzia sądu rejonowego, skazał aresztowanego recydywistę na
karę 2 lat i 6 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności (!), a pozostałych
dwóch oskarżonych – na 2 lata, przy czym wobec odpowiadających z wolnej stopy
zastosował areszt tymczasowy. Sędzia ten prezesem sądu rejonowego został na
samym początku stanu wojennego; w omawianej sprawie zarządził wydawanie kart
wstępu (rzekomo ze względu na niewielką salę), nigdy nie sporządził uzasadnienia
wydanego wyroku, aż do objęcia sprawy amnestią, ale początkowo nie umiał tego
wytłumaczyć. Ten młody sędzia był delegatem na IX Zjazd PZPR, przewodniczącym
Komisji Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego Komitetu Wojewódzkiego, a do 1983
r. albo 1984 r. był członkiem egzekutywy KW PZPR. Stąd całkiem zasadne było
przypuszczenie, że wymierzanie tak surowych kar za czynności przygotowawcze, a
więc niekaralne, i to wobec jednego z oskarżonych – ponad żądanie prokuratora –
nastąpiło z powodów innych niż merytoryczne. Sąd dyscyplinarny po
"merytorycznym" rozpoznaniu sprawy uniewinnił obwinionego! Podważył wszystkie
zarzuty, powołując się stereotypowo na kolegialność przy surowym skazaniu.
Największe wątpliwości co do bezstronności sędziego budziła jego działalność
polityczna, ale uznano, że brak jest dostatecznych dowodów, aby surowy wyrok był
związany z tą działalnością. Warto dodać w tym miejscu, że sędzia ten do dziś
sądzi w jednym z sądów powszechnych, pełniąc w nim prominentną funkcję.

"To nie żadna wysoka sprawiedliwość, tylko sąd"
Tak wyglądała farsa weryfikacji sędziów PRL-owskiego wymiaru sprawiedliwości.
Farsa, którą ostatecznie podtrzymał Sąd Najwyższy we wspomnianej wcześniej
uchwale. Farsa, do której doskonale pasuje komentarz Jerzego Szczęsnego z
przywołanego na wstępie artykułu: "Grubym kreskom towarzyszy zawsze chrzęst
tłuczonych luster. Gruba kreska z 1989 r. była tak gruba, że w jej wyniku
nastąpiło przekroczenie granicy, poza którą takie kwestie, jak: skrupuły,
sumienie i odpowiedzialność, stały się iluzoryczne, a pojęcia takie, jak: hańba,
wina, skrucha i przebaczenie, zyskały status staroświeckich anachronizmów".
W tym kontekście trudno dziwić się zwykłym obywatelom, gdy mówią, że nie wierzą
w polski wymiar sprawiedliwości.

 

***************************************

Na jednej z rozpraw strona postępowania zwróciła się do sędziego słowami:
"Proszę wysokiej sprawiedliwości", na co sędzia, z wyraźnym rozbawieniem i niby
żartobliwie, odparł: "To nie żadna wysoka sprawiedliwość, tylko sąd". Patrząc na
to, ilu sędziów służalczo wiernych totalitaryzmowi komunistycznemu pełni dziś
prominentne funkcje w wymiarze sprawiedliwości i sprawuje je w imieniu
Rzeczypospolitej, odpowiedź sędziego wcale nie jawi się jako żart.
 

Dr Przemysław Czarnek

 

Autor jest konstytucjonalistą, pracownikiem Katolickiego
Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.

drukuj