Ewangelia

XX niedziela zwykła

Jezus podążył w strony Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha”. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to zbliżyli się do Niego uczniowie i prosili: „Odpraw ją, bo krzyczy za nami”. Lecz On odpowiedział: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela”. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: „Panie, dopomóż mi”. On jednak odparł: „Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i rzucić psom”. A ona odrzekła: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów”. Wtedy Jezus jej odpowiedział: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz”. Od tej chwili jej córka została uzdrowiona.
/Mt 15, 21-28/

***

Skruszone mury

Dlaczego Jezus każe się prosić, zwleka z wypełnieniem obietnicy? Dlaczego ewangeliczne opisy uzdrowień są wieloetapowe, rozciągnięte w czasie, mają w sobie zapisane elementy swoistego theatrum? Swoista gra słowna z kobietą kananejską, o której wspomina dzisiejsza Liturgia Słowa, choć może po wstępnej, pobieżnej lekturze dziwić, oburzać, to jednak wpisuje się bardzo ściśle w logikę działania Chrystusa.

Nie ma nic wspólnego z upokarzaniem, ma na celu jedynie konkretyzację wiary, oczyszczenie motywacji. Rozmowa ma swój bardzo specyficzny kontekst, zarówno geograficzny, jak i religijny – wprowadzają weń czytany fragment z Iz 56, 1.6-7, jak też i urywek pochodzący z obszernego wykładu św. Pawła z Listu do Rzymian na temat nawrócenia Izraela i możliwości zbawienia pogan. Okolice Tyru i Sydonu były terenem pogańskim, gdzie trwał stary, kananejski kult zwierząt. Jego mieszkańcy, zwani Kananejczykami, byli pogardzani przez Żydów – oba światy wydawały się rozdzielone przepaścią nie do przebycia, były odseparowane od siebie wysokim murem pogardy i odrzucenia. Taki status quo trwał wiele setek lat. Stało się jednak coś, co tę przepaść zasypało. Nie były to ani dwustronne rozmowy uczonych w Prawie, ani długotrwałe negocjacje czy wysiłki dyplomatyczne. Była to – o dziwo! – prosta miłość matki. Bezradność przyprowadziła ją do Chrystusa. Pewnie nie znała prorockich zapowiedzi, obce jej były konwenanse Prawa, tak skwapliwie przestrzegane przez wyznawców judaizmu, daleka była od religijnych sporów – to pomogło jej w bardziej czysty, nieskażony sposób dostrzec w Jezusie Bożego Posłańca. Nazywa go Panem, synem Dawida – tym samym wyznaje wiarę w Jego mesjańską godność. Dialog, jaki się rozpoczyna, konkretyzuje tę wiarę. Wytrwałość w proszeniu, głębokie przekonanie, że On może przywrócić zdrowie jej córeczce w konsekwencji prowadzą do uzdrowienia dziewczynki. Dokonuje się podwójny cud!
Dzisiejsza Liturgia Słowa to katecheza o Bogu, dla którego nie istnieją żadne granice. My dziś – w sytuacji, gdy informacja obiega cały glob w ułamku sekundy, a Kościół jest obecny na wszystkich kontynentach – nie odczuwamy ich obecności tak radykalnie, jak działo się to w czasach Jezusa i w pierwszych dziesięcioleciach po Jego wstąpieniu do Nieba. Sprawa zbawienia pogan z jednej strony, poczucie swoistego ekskluzywizmu wypełniające po brzegi judaizm z drugiej, wydawały się granicą nie do przebycia. A jednak stało się inaczej. Najczystsza, pokorna miłość, proste wyznanie wiary zaczęły kruszyć twarde mury, zdobywać nowe światy. Na tym polegała pierwsza ewangelizacja – nic nie zmieniło się w jej zasadach aż do dzisiejszych czasów. Tylko miłość jest w stanie zasypać przepaście, zburzyć mury, stać się fundamentem wszelkiego budowania. Ale też miłość potrzebuje czasu. Rodzi się podczas dialogu miłującego z miłowanym, utrwala poprzez wyzwania i próby. Jej owocem jest wierność i prawda, znakiem rozpoznawczym – pokój i ład. Kościół dlatego przekracza granice, ponieważ od wieków głosi taką właśnie miłość. To jest jedyna droga. Nie pozwólmy zatem, by nasza miłość kamieniała, zasklepiała się w ciasnym indywidualizmie. Wszak jej siostrą jest cierpliwość. To nic, że czasem dialog wydaje się bezowocny, prawda tylko wzmaga oskarżenia i potęguje nienawiść w tych, których interes domaga się podwyższania murów i zaciemniania światła Ewangelii. Miłość potrzebuje czasu – jest jak mała kropla wytrwale drążąca skałę. Bóg jest miłosierny i potrafi czekać. Aż do wieczności.

Marcin Jasiński

drukuj