Ewakuacja ciał pięć godzin po
Czy w mającym międzynarodowy status oficjalnym raporcie z katastrofy
państwowego samolotu z prezydentem na pokładzie można przy opisie akcji
ewakuacyjnej zadysponować wyjazd pojazdu ratowniczego, którego potwierdzenia
dotarcia na miejsce nie ma w żadnym formalnym dokumencie? Dla ekspertów
rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, którzy są w stanie
przeprowadzić nawet pośmiertne analizy psychologiczne pilotów, nie ma wszak
rzeczy niemożliwych. Opisali więc wyjazd do akcji ratowniczej samochodu Kamaz
42108 z pięcioosobową obsadą, ale już nie wykazali, jakoby kiedykolwiek dotarł
on na miejsce upadku polskiej maszyny. Pojazd wyjechał i wszelki ślad po nim,
przynajmniej na kartach raportu, zaginął. Kierownik kontroli lotów Paweł Plusnin
w protokole rozmów sporządzonym 16 kwietnia ub. r stwierdził, że na teren
katastrofy skierowano cztery samochody straży pożarnej z załogami. A z materiału
MAK wynika, że zadysponowano tylko jeden pojazd. Właśnie ten kamaz, który i tak
nie dojechał.
Ale to nie jedyne absurdy podważające wiarygodność raportu MAK. Stopień
niechlujstwa dokumentu w tym względzie jest niewyobrażalny. Brak planów
działania i dokumentacji zdjęciowej, która pozwoliłaby ocenić poziom
zabezpieczenia lotniska Siewiernyj w zakresie ochrony przeciwpożarowej i
medycznej oraz przygotowania służb do prowadzenia akcji ratowniczej – to
zastrzeżenia, jakie polscy eksperci zawarli w "Uwagach" do projektu raportu
końcowego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego.
Pierwszy przykład z brzegu: pojazd GAZ 4795 Regionalnej Bazy
Poszukiwawczo-Ratowniczej lotniska Smoleńsk Południowy dojechał do miejsca
wypadku po przejechaniu przez miasto po… 44 minutach. Szkopuł w tym, że wedle
zapisów raportu pojazdy te były alarmowane i dysponowane jako pierwsze.
Faktycznie jako pierwsza na teren katastrofy dotarła jednostka straży pożarnej
PCz-3. Ale dopiero 14 minut po wypadku, mimo że doszło do niego w odległości
zaledwie 400 metrów od progu pasa!
Opis akcji ratowniczej w raporcie MAK zajmuje kilka stron (od s. 101 do 105). W
podrozdziale "Działania zespołów ratunkowych i przeciwpożarowych" zawarto
informację, iż zabezpieczenie działań ratunkowych na miejscu zdarzenia
lotniczego wykonywane było przez siły Ministerstwa Federacji Rosyjskiej do spraw
Sytuacji Nadzwyczajnych, Obrony Cywilnej, Likwidacji Skutków Klęsk Żywiołowych (MCzS),
Regionalną Bazę Poszukiwawczo-Ratowniczą (RPSB). Prace na miejscu zdarzenia
lotniczego prowadzone były od 10 do 16 kwietnia 2010 roku, zaangażowano do nich
ponad tysiąc osób, w tym przewodników z psami i 221 jednostek technicznych.
Ogólny wniosek MAK przedstawia się następująco: "Działania wszystkich służb
awaryjnych były prawidłowe i terminowe, co pozwoliło zapobiec rozwojowi pożaru i
zapewnić ochronę rejestratorów pokładowych, fragmentów statku powietrznego i
szczątków znajdujących się na pokładzie ludzi". Jednocześnie sami Rosjanie
przyznają, że dopiero minutę po utracie łączności z Tu-154M informacja o tym
fakcie została przekazana z wieży kontroli lotów dyżurnemu Regionalnej Bazy
Poszukiwawczo-Ratowniczej. Ten dwie minuty po katastrofie wydał rozkaz wyjazdu
zmiany dyżurnej. Według MAK, pierwsze pojazdy wyjechały dopiero kolejno w 5 i 7
minut po zdarzeniu. Alarm dla większej liczby jednostek z obwodu smoleńskiego
został ogłoszony w 10 minut po katastrofie. Strona polska podnosi, że inne
jednostki z obwodu smoleńskiego, alarmowane jako pierwsze, nie spieszyły się do
działania i na miejsce dotarły 44 minuty po zderzeniu tupolewa z ziemią. Jak
czytamy w raporcie MAK, o godzinie 14.58 (czasu moskiewskiego) zostały
przygotowane miejsca do rozmieszczenia ciał ofiar: miejska kostnica
zabezpieczyła na ten cel 100 miejsc, szpital kliniczny w Smoleńsku – kolejne 5
miejsc. O godzinie 13.00 na lotnisko Smoleńsk Północny przybył naczelnik
ekspertyz medycyny sądowej, a wraz z nim 7 pracowników, 16 patologów oraz
kierownik okręgowego instytutu anatomii patologicznej. Jak informują sami
Rosjanie, dopiero 5 godzin po katastrofie (godz. 15.12) przystąpiono do
ewakuacji ciał ofiar. Dwadzieścia pięć ciał ofiar odnaleziono po ponad godzinie,
tj. o 16.20. Jak relacjonuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Marcin
Wierzchowski, pracownik Kancelarii Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który jako
jeden z pierwszych przybył na miejsce tragedii, wynoszenie ciał ofiar odbywało
się około 3-4 godzin po wypadku.
Akcja była, tylko dokumentów brak
Jak zaznaczają w "Uwagach" polscy eksperci, strona polska nie otrzymała żadnej
dokumentacji, która potwierdzałaby tezy MAK o przeprowadzonej akcji ratowniczej.
"W Raporcie brak jest jakichkolwiek informacji, na jakiej podstawie sporządzono
opis czynności ratowniczych na miejscu wypadku" (s. 56). Nie wiadomo, za pomocą
jakich środków została przeprowadzona naziemna akcja ratownicza. Niedopuszczalne
jest też, stwierdzają eksperci, by obsada służby kontroli lotów (SKL), "mając
świadomość, że samolot Tu-154M upadł, nie ogłosiła natychmiast alarmu dla
całości jednostek ratowniczych znajdujących się na lotnisku Smoleńsk 'Północny’
oraz nie przekazała informacji o wypadku do jednostek ratowniczych okręgu
smoleńskiego" (s. 58). Nie wiadomo też, czy Rosjanie w ogóle mieli opracowany
schemat działania jednostek ratowniczych i czy pracownik SKL miał z nimi
łączność. W dokumencie MAK brak też informacji, ile z zadysponowanych pojazdów
faktycznie dotarło do rozbitego samolotu oraz jakiego rodzaju środków gaśniczych
użyto do gaszenia pożarów paliw lotniczych. Jak oceniają polscy eksperci, w
raporcie MAK nie ma nawet wzmianki, czy jednostki ratownicze przeznaczone do
zabezpieczenia operacji lotniczych posiadały odpowiedni rodzaj i wystarczającą
ilość środków gaśniczych do zapewnienia minimalnych wydatków podawania tych
środków do gaszenia pożaru statku powietrznego wielkości Tu-154 (por. s. 59).
Raport nie uwzględnił ponadto, czy przed przylotem delegacji zostały określone
siły i środki do zabezpieczenia lotu o statusie HEAD, nie wiadomo też, jak były
wyposażone zadysponowane jednostki, czy obsługa przeszła stosowne szkolenia oraz
czy pojazdy działały właściwie, a drogi pożarowe zapewniały sprawne prowadzenie
akcji. Strona polska uznała też, że działanie służb medycznych było
niewystarczające, a "podane w raporcie zabezpieczenie medyczne lotniska Smoleńsk
'Północny’ nie gwarantowało udzielenia pomocy poszkodowanym na okoliczność
wypadku samolotu Tu-154M z 96 osobami na pokładzie, przyjmując, że należało się
liczyć z poszkodowanymi z bardzo ciężkimi obrażeniami wymagającymi
natychmiastowej pomocy i transportu do szpitala, z obrażeniami średnio ciężkimi,
ale wymagającymi specjalistycznego transportu oraz z lżejszymi obrażeniami
wymagającymi opieki medycznej na miejscu zdarzenia lotniczego".
Jak wynika z rosyjskiego raportu, na lotnisku Siewiernyj był obecny tylko lekarz
dyżurny, a pierwszy zespół medyczny dotarł na miejsce wypadku dopiero 17 minut
po zdarzeniu, kolejnych 7 przyjechało 12 minut później. Brak też stenogramów
rozmów prowadzonych przez służby ratownicze, planów działania czy dokumentacji
zdjęciowej, która pozwoliłaby ocenić poziom zabezpieczenia lotniska w zakresie
ochrony przeciwpożarowej i medycznej oraz przygotowania służb do prowadzenia
akcji ratowniczej. Strona rosyjska nie przekazała też informacji o czynnościach
dochodzeniowych prowadzonych na miejscu katastrofy i stosownej dokumentacji
miejsca zdarzenia przed przetransportowaniem ciał ofiar katastrofy. Zabrakło też
danych co do współdziałania wszystkich grup ratowniczych oraz planu działań
ratowniczych lotniska Smoleńsk Północny. W ocenie strony polskiej, Siewiernyj
"nie zapewniało bezpieczeństwa w zakresie ratownictwa i ochrony przeciwpożarowej
przy wykonywaniu operacji lotniczej statku powietrznego wielkości Tu-154 z 96
osobami na pokładzie" (s. 59). A przy tak wysoce niezadowalającym stanie
przygotowania i zabezpieczenia lotniska – oceniają eksperci – polski samolot tej
rangi i z tak liczną delegacją nie powinien uzyskać zgody strony rosyjskiej na
wykonanie operacji lotniczej na lotnisko Smoleńsk Północny.
– MAK jest instytucją zupełnie niewiarygodną. Jest to organ wykazujący się
głęboką lojalnością wobec państwa rosyjskiego. Jeszcze na samym początku bez
żadnego skrępowania MAK napisał, że lotnisko było całkowicie sprawne. Potem się
okazało, że tak nie jest. MAK wystawia laurkę państwu rosyjskiemu. Więc musi być
całkowicie sprawny samolot – bo jest rosyjski, tak samo lotnisko. Skoro
procedury przewidują, że musi być akcja ratunkowa, więc napisali, że ta akcja
była. Jak dotąd jednak nikt tej akcji nie widział – komentuje dr hab. Karol
Karski, poseł PiS, ekspert w dziedzinie prawa międzynarodowego.
Polska prokuratura nie dysponuje materiałami dokumentującymi akcję ratowniczą
podjętą po katastrofie samolotu Tu-154M. Naczelna Prokuratura Wojskowa
podkreśla, że materiałów tych nie ma w aktach śledztwa w sprawie katastrofy
prowadzonego przez Wojskową Prokuraturę Okręgową w Warszawie.
– Jestem zdumiony taką odpowiedzią ze strony prokuratury. Z punktu widzenia
śledztwa istotne jest wszystko, a więc także sposób ułożenia ciał, stopień ich
obrażeń, zbadanie tego, czy ktoś nie przeżył katastrofy. Jest to mało
prawdopodobne, ale niczego nie można wykluczyć – mówi prof. Piotr Kruszyński,
karnista z Uniwersytetu Warszawskiego. Zdaniem pełnomocników rodzin ofiar,
odpowiedź prokuratury może świadczyć o tym, że śledczy mogą się obawiać, by
sprawy akcji ratowniczej nie potraktowano jako odrębnego wątku w śledztwie,
które dotyczy przecież wszystkiego, co miało związek z katastrofą Tu-154M, oraz
tego, co działo się później na miejscu tragedii.
Anna Ambroziak
