Europa Merkozy´ego

Od kilku lat, a w zasadzie od momentu podjęcia decyzji o utworzeniu strefy
euro w Unii Europejskiej, widać wyraźnie chęć utrzymania w niej podziału na
państwa lepsze i gorsze. Te lepsze to oczywiście założyciele Europejskiej
Wspólnoty Gospodarczej, sygnatariusze traktatów rzymskich z 1957 roku: Niemcy,
Francja, trzy kraje Beneluksu oraz Włochy. Wśród nich od samego początku
decydujący ton nadaje duet francusko-niemiecki. Rola głównego kreatora polityki
monetarnej i gospodarczej przypadła Niemcom, zaś rola politycznego i
dyplomatycznego mentora – Francji. Obydwa państwa potrafią jednak dobrze łączyć
swoje interesy polityczne i gospodarcze. Emanacją wspólnoty tych interesów była
unia monetarna na obszarze Europy Zachodniej, zanim jeszcze przyjęto nowych
członków, i umiejscowienie Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie nad
Menem. Poprzez kontrolę wspólnej waluty zapewniona miała być kontrola nad
zasadami rozwoju ekonomicznego państw Europy Zachodniej. Nowym członkom UE,
przybyłym ze wschodu, miała przypaść rola obserwatora, wiązało się to z oddaniem
rynków i dostosowaniem swoich reguł gry do regulacji unijnych oraz wyprzedażą
majątku inwestorom pochodzącym głównie ze strefy euro. Ostatecznym
przypieczętowaniem tego podziału na Europę dwóch prędkości miał być traktat
konstytucyjny UE wynegocjowany jeszcze przed poszerzeniem Unii. W chwili
poszerzenia UE w 2004 roku karty polityczne i ekonomiczne zostały już rozdane, a
miejsca przy stole głównych graczy europejskich zabezpieczone. Klub bogatych
krajów mógł przyjąć ubogich krewnych, nie obawiając się utraty swoich wpływów, a
nawet licząc na korzyści płynące z poszerzenia Unii.

Powyższy scenariusz nie zawsze udało się realizować bez przeszkód. Wspomnijmy
tylko odrzucone referendum konstytucyjne przez Francję i Holandię, konieczność
ponownej redakcji konstytucji europejskiej w formie traktatu lizbońskiego, dwa
referenda w Irlandii, naciski na prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Vaclava
Klausa, by podpisali traktat lizboński. Dodajmy do tego przeszkody natury
gospodarczej: kryzys budżetowy państw strefy euro, kryzys finansowy wykreowany
przez duże banki, defraudacje i korupcje rządów wielu państw UE. Mimo tych
problemów Europa Zachodnia, głównie Niemcy, na poszerzeniu UE wygrały finansowo
i politycznie oraz potwierdziły swoją pozycję. Europa Wschodnia oddała swoje
rynki zbytu za darmo. Powstało zaplanowane wcześniej zjawisko Europy dwóch
prędkości.

Stary plan w nowej sytuacji
Przypomnijmy, że kraje Europy Wschodniej nie mogły doprosić się uruchomienia, po
upadku komunizmu, nowego planu Marshalla dla Europy Wschodniej, a teraz Słowacja
i niebawem również Estonia będą musiały wpłacać pieniądze na rzecz ratowania
Hiszpanii i Irlandii. Polski minister finansów Jean Vincent Rostowski również
wyraził gotowość wpłaty złotówek na rzecz ratowania strefy euro. Ten historyczny
absurd, żeby nie powiedzieć zwykły wyzysk krajów słabszych przez silniejsze, nie
byłby możliwy, gdyby nie strefa euro. Logicznym następstwem jej powstania jest
kontrola budżetów państw do niej należących, głównie przez niemieckich i
francuskich urzędników pracujących w Komisji Europejskiej, z czasem zaś będzie
wytworzenie swoistego muru decyzyjnego pomiędzy państwami strefy euro a leżącymi
poza nią. Budżety tych drugich trzymają się lepiej, nie podlegają tak silnie
zjawisku przerzucania skutków korupcji z jednego państwa na drugie. W dobie
kryzysu finansowego frank szwajcarski, a nawet czeska i szwedzka korona
stanowiły lepsze zabezpieczenie dla krótkoterminowych funduszy i obligacji niż
chwiejne euro i słaby dolar. Finanse państw spoza strefy euro są bardziej
niezależne i elastyczne, reagują bardziej dostosowawczo na światowy kryzys.
Grecja nie potrafi dać sobie rady sama. Natomiast Łotwa wyszła z gorszej zapaści
budżetowej i gospodarczej niż Grecja w ciągu dwóch lat. Tak więc bycie poza
strefą euro przynosi dziś korzyści, wbrew planom dzielenia Europy na tę lepszą
ze strefy euro i tę gorszą – spoza tej strefy. Stąd pojawiają się próby korekty
starych planów w postaci pomysłu na utworzenie zaczątków rządu europejskiego, w
którym o najważniejszych sprawach UE decydować będą tylko kraje strefy euro,
głównie Niemcy i Francja.
Spotkania ministrów finansów strefy euro, pomimo przystąpienia Polski do Paktu
na rzecz konkurencyjności wspierającego euro i pomimo polskiej prezydencji w UE,
odbywają się bez polskiego ministra finansów. Na nic zdały się zapewnienia, że
przystąpimy w przyszłości do strefy euro, i deklaracje, że damy pieniądze na
ratowanie europejskiej waluty. Nawet tak uległy rząd Donalda Tuska nie ma wstępu
do sali, w której zapadają decyzje o przyszłości gospodarczej UE. Szefowie 17
państw strefy euro zbierają się niezależnie od szczytu 27 członków UE. Istnieje
bowiem już elitarny klub państw Unii, który decyduje o sprawach, które reszta
członków po prostu musi zaakceptować. Decyzje zapadają pod dyktando Niemiec i
Francji, które potem właściwy szczyt 27 państw musi już tylko przyjąć. Europa
dwóch prędkości w swojej istocie staje się Europą A i B. Jest to usankcjonowany
podział na lepszych i gorszych. Tworzy się Europa równych i równiejszych, czyli
równych na wschodzie i sprawiedliwych na zachodzie. Nieważne, jak to nazwiemy,
ważne, że rolnik na zachodzie Europy nadal dostaje więcej pieniędzy na jeden
hektar areału, a rolnik ze wschodu jest karmiony zapewnieniami o
sprawiedliwości. Podobnie rzecz się ma z filozofią strefy euro. Wszyscy w UE są
równi, ale państwa strefy euro są równiejsze. Najważniejsze decyzje zapadają na
spotkaniach kanclerz Angeli Merkel i prezydenta Nicolasa Sarkozy´ego. Wśród
komentatorów prasy europejskiej mówi się wprost, że prawdziwym prezydentem UE
jest prezydent Merkozy.

Polska w projekcie europejskim
Spośród państw UE Polska jako największy kraj Europy Wschodniej jest naturalnie
predysponowana do artykułowania interesów całego obszaru wobec Europy
Zachodniej. Do tego potrzeba jednak rządu, który postawi sobie takie ambicje.
Niewątpliwie ich namiastką były działania polskiego rządu w latach 2005-2007.
Wtedy po raz pierwszy wskazano na zagrożenie energetyczne płynące ze strony
Rosji i konieczność obrony bezpieczeństwa energetycznego UE, nawet za cenę
konfliktu z Rosją. W trakcie negocjacji traktatu lizbońskiego jedynie Polska
wyłączyła się spod rygoru niektórych zapisów Karty Praw Podstawowych
stanowiących zagrożenia dla niezależności rozstrzygnięć polskich sądów, np. w
sprawach dotyczących własności, szczególnie na ziemiach nabytych po II wojnie
światowej. Wzorem naszego kraju takich samych wyłączeń domagały się potem Czechy
i Słowacja. Prezydent Lech Kaczyński wraz z prezydentem Vaclavem Klausem
opierali się do końca podpisaniu traktatu lizbońskiego. W sprawach
energetycznych Litwa utworzyła nieformalny sojusz z Polską – byliśmy ostatnimi
państwami sprzeciwiającymi się otwarciu negocjacji z Rosją na temat
strategicznego Porozumienia o Partnerstwie UE z Rosją, podnosząc brak gwarancji
energetycznych ze strony Rosji. W ostatnim roku mieliśmy też wiele okazji
obserwować, jak Węgry pod rządami nowego premiera Viktora Orbána przejmują wiele
haseł i projektów politycznych polskiego rządu z lat 2005-2007, np. most
energetyczny z północy Europy na południe, jako przeciwwaga rosyjsko-niemieckich
planów energetycznych. Gdyby obecny rząd węgierski mógł współpracować z polskim
rządem takim, jaki istniał w Warszawie w latach 2005-2007, to można by
ewentualnie pomarzyć o równym traktowaniu Europy Wschodniej.

Andrzej Rudań

drukuj