Dzika lustracja zamieciona pod dywan
Ani prokuratura, ani władze Instytutu Pamięci Narodowej nie są
zainteresowane wyjaśnieniem, jak to się stało, że dwie pracownice biura
lustracyjnego IPN w Lublinie w tajemnicy przed przełożonym zainicjowały
samowolnie i poza jakąkolwiek kolejnością procedurę lustracyjną wobec znanego
lubelskiego adwokata, a jedyną poinformowaną o tym fakcie osobą okazał się
dziennikarz lokalnego dodatku do "Gazety Wyborczej".
Wcześniej dziennikarz od blisko roku specjalizował się w pisaniu
niepochlebnych tekstów dotyczących eurodeputowanego PiS prof. Mirosława
Piotrowskiego z KUL, a lustrowany mecenas był pełnomocnikiem profesora w
procesie o zniesławienie wytoczonym naczelnikowi Oddziałowego Biura Edukacji
Publicznej w Lublinie. Jednak przeprowadzająca kontrolę w lubelskim biurze
lustracyjnym komisja IPN nie dostrzegła w tych okolicznościach niczego
podejrzanego, podobnie zresztą jak prokuratura, która już umorzyła śledztwo.
Sprawą zajmie się teraz sąd, do którego wpłynęło zażalenie na postanowienie
prokuratora o umorzeniu postępowania.
"Wyborcza" na lustracyjnym tropie
Afera wyszła na jaw pod koniec czerwca ubiegłego roku, gdy jeden z
dziennikarzy "Gazety Wyborczej" w Lublinie usiłował uzyskać od rzecznika
prasowego lubelskiego IPN potwierdzenie, że Instytut lustruje mec. Stanisława
Estreicha, znanego lubelskiego adwokata, byłego dziekana rady adwokackiej i
sędziego Trybunału Stanu, aktualnie pełnomocnika prof. Mirosława Piotrowskiego w
procesie o zniesławienie wytoczonym dr. Stanisławowi Poleszakowi, naczelnikowi
OBEP IPN w Lublinie. Z pytaniem o to pani rzecznik zwróciła się do dyrektora
lubelskiego IPN, od którego dowiedziała się, że taka lustracja nie jest
prowadzona. Jednak dociekliwość dziennikarza od miesięcy specjalizującego się w
atakach na prof. Piotrowskiego musiała zapalić w kierownictwie lubelskiego IPN
czerwoną lampkę alarmową. Dlaczego lustrowany miał być akurat Estreich, skoro
jest tylko jednym z 400 lubelskich adwokatów czekających od prawie czterech lat
na weryfikację swoich oświadczeń lustracyjnych? Po dokładniejszym sprawdzeniu
okazało się, że jednak dziennikarz był lepiej poinformowany niż dyrektor IPN w
Lublinie, a nawet naczelnik Biura Lustracyjnego lubelskiego IPN.
"W dniu 29 czerwca 2011 r. ujawniłem na liście nr 74 z dnia 07 czerwca 2011
r. przekazanej do poszczególnych OBUiAD i BUiAD Warszawa, że znajdują się tam –
jako trzy ostatnie pozycje 1405, 1406 i 1407 – osoby niewymienione w porządku
alfabetycznym spośród obecnie opracowywanej listy kandydatów na radnych",
napisał w notatce służbowej prok. Daniel Załuski, naczelnik biura lustracyjnego
w lubelskim IPN, wszczynając postępowanie dyscyplinarne. "Projekt listy nie był
ze mną konsultowany, jak również nie uprzedzono mnie, że na w/w liście znajdują
się osoby wskazane w pkt 1405-1407".
O ile umieszczenie poza kolejnością dwóch nazwisk na liście lustracyjnej,
zdaniem naczelnika, można było jakoś uzasadnić, o tyle lustrację mec. Estreicha
uznał za niezgodną z procedurami obowiązującymi w biurze.
"Poważne moje wątpliwości budzi również fakt, iż adwokat Estreich jest
pełnomocnikiem Mirosława Piotrowskiego, europosła, w sporze zawisłym przed sądem
w Lublinie z pracownikiem tut. IPN, panem Sławomirem Poleszakiem", napisał prok.
Załuski w notatce.
Proces i fakty prasowe
Trudno było nie skojarzyć tych faktów, jako że głośny proces Piotrowski vs.
Poleszak trwa już blisko półtora roku ze zmiennym dla zwaśnionych stron
szczęściem i huczy o nim nie tylko cały lubelski IPN. Od początku w lubelskiej
"Gazecie Wyborczej" "obsługiwał" go głównie jeden dziennikarz, właśnie ten,
który pytał o lustrację mecenasa, a w swoich tekstach jednoznacznie opowiadał
się po jednej ze stron sporu. Sugerował, że prof. Piotrowski przenosi polemikę
naukową na salę sądową, co jest złamaniem akademickiego etosu. Tłumaczenia
Piotrowskiego, że nie jest zwolennikiem debaty naukowej przed sądem, a w
procesie wytoczonym Poleszakowi nie chodzi o polemikę naukową, ale osądzenie
ewidentnych kłamstw rozpowszechnionych świadomie w celu podważenia jego dorobku
i kompetencji naukowych, nie mogły się przebić przez coraz to nowe "fakty
prasowe" produkowane w "Wyborczej". Dziennikarz ten był autorem sławnego newsa o
rzekomym "wytupaniu" prof. Piotrowskiego w czasie wystąpienia na Radzie Wydziału
Humanistycznego KUL, co zdementował m.in. prowadzący obrady dziekan wydziału
prof. Krzysztof Narecki.
Apogeum kampanii prasowej przeciwko Piotrowskiemu przypadło na marzec i
kwiecień 2011 r., kiedy w reakcji na korzystny dla niego werdykt sądu
okręgowego, który uchylił decyzję sądu rejonowego o umorzeniu i skierował sprawę
do ponownego rozpatrzenia, "Gazeta Wyborcza" opublikowała list otwarty podpisany
przez ok. 160 osób, w większości historyków, w którym zarzucono prof.
Piotrowskiemu łamanie obowiązujących w świecie nauki standardów i "zamykanie ust
nauce przy pomocy sądów".
Lustratorki w obronie kolegi
Pod listem w obronie dr. Poleszaka podpisali się też niektórzy pracownicy
lubelskiego IPN, w tym również dwie panie z biura lustracyjnego. To właśnie one
blisko dwa miesiące po podpisaniu listu, w czasie gdy ich przełożony na początku
czerwca ubiegłego roku poszedł na urlop, samowolnie wszczęły procedurę
lustracyjną mec. Stanisława Estreicha, pełnomocnika procesowego Piotrowskiego.
Okazało się to bardzo proste. Wystarczyło tylko pod ułożoną alfabetycznie listą
podlegających lustracji samorządowców dopisać nazwisko adwokata, pominąć
obowiązującą procedurę nakazującą w podobnych przypadkach sporządzenie notatki
służbowej uzasadniającej takie działanie i nie pytać o zgodę naczelnika biura
lustracyjnego. Nie musiały się nawet zgadzać inicjały nazwisk. Gdy naczelnik
wrócił z urlopu, głęboko zakonspirowana lustracja była już w toku. Do 14
oddziałów IPN w całej Polsce trafiło nazwisko mecenasa z poleceniem
przeprowadzenia szerokiej kwerendy. Indagowane na okoliczność, kto zainspirował
je do podjęcia lustracji akurat mec. Estreicha w trzy i pół roku po złożeniu
przez niego oświadczenia lustracyjnego jako pierwszego z grupy lubelskich
adwokatów, a także jak przebiegał proces podjęcia przez nie tej decyzji, kobiety
zasłoniły się niepamięcią, co spotkało się z pełnym zrozumieniem ze strony
kontrolerów IPN oraz śledczych prokuratury. "Obie rozpytywane wykluczyły jednak
w tej sprawie jakikolwiek wpływ lub nacisk podchodzący od osób spoza Biura
Lustracyjnego", stwierdzono w protokole pokontrolnym IPN.
"Wyborcza" wiedziała, adwokat nie
Tajemnicą pozostaje jednak rola dziennikarza "Gazety Wyborczej" w dzikiej
lustracji mec. Estreicha. To, że się dopytywał o tę lustrację, dobrze świadczy o
jego zawodowej dociekliwości, ale otwarte pozostaje pytanie, skąd o niej
wiedział. Początkowo w śledztwie prowadzonym i już umorzonym przez lubelską
prokuraturę rejonową zupełnie pominięto ten wątek, podobnie jak w czasie
kontroli wewnętrznej IPN. Dopiero po złożeniu przez prof. Piotrowskiego
zażalenia na decyzję o umorzeniu śledztwa, prokuratura zdecydowała się
przesłuchać dziennikarza i rzecznika prasowego IPN, którą przepytywał on w
sprawie lustracji. I tu również okazało się, jak zawodna może być ludzka pamięć.
Dziennikarz twierdził, że o lustracji mecenasa słyszał "od kogoś, ale nie
pamięta od kogo". Podobno Estreich miał się żalić na "mieście", że "Gazeta
Wyborcza" przygotowuje artykuł dotyczący jego lustracji w oparciu o dokumenty
znajdujące się w IPN.
Ale tej wersji stanowczo zaprzecza sam mecenas niemający w czerwcu ubiegłego
roku zielonego pojęcia o wszczętej wobec niego lustracji. Podczas zeznań w
prokuraturze oświadczył, że o podjęciu przez IPN działań mających na celu
weryfikację jego oświadczenia lustracyjnego dowiedział się na początku sierpnia
ubiegłego roku od prof. Piotrowskiego. Uważa, że doszło do samowolnego działania
pracowników IPN polegającego na niezgodnym z ustawą rozpoczęciu postępowania
lustracyjnego, gdyż została zmieniona kolejność grup zawodowych, których
oświadczenia podlegały weryfikacji, a ponadto jego nazwisko znajdujące się na
54. pozycji listy lubelskich adwokatów zostało bez powodu wpisane poza
kolejnością. Działania te mecenas jednoznacznie wiąże z "występowaniem w
charakterze pełnomocnika w sporze prof. Mirosława Piotrowskiego z panem
Sławomirem Poleszakiem".
Zbytnie zaufanie nie kompromituje IPN?
W następstwie ujawnionej afery lustracyjnej w połowie sierpnia 2011 r. w
lubelskim pionie lustracyjnym przeprowadzono kontrolę funkcjonowania biura w
okresie od 1 stycznia do 31 lipca 2011 roku. Ujawniona w jej toku samowolna
lustracja mec. Estreicha nie spowodowała jednak żadnych negatywnych konsekwencji
dla jej sprawczyń. Zarówno kontrola wewnętrzna IPN, jak i postępowanie
prokuratorskie skupiły się na formalnoprawnym aspekcie działań pracownic biura
lustracyjnego i uznały, że skoro mec. Estreich był osobą podlegającą lustracji,
to wszczęcie jej nawet w tajemnicy przed naczelnikiem nie stanowiło naruszenia
prawa. Utajnienie całej operacji przed naczelnikiem i niesporządzenie wymaganej
notatki urzędowej komisja IPN uznała jedynie za pewne uchybienie pragmatyce
służbowej, które należy wyeliminować w przyszłości.
Kontrola wykazała szereg innych nieprawidłowości w pracy pionu lustracyjnego
IPN w Lublinie. Z protokołu pokontrolnego wynika, że w okresie półrocznym doszło
do 17 przypadków umieszczenia na "listach sprawdzeniowych" osób z grupy
kierowniczych stanowisk w administracji rządowej i samorządowej "poza ustalonym
w biurze porządkiem działań". I te nieprawidłowości zostały potraktowane przez
komisję niezwykle wyrozumiale jako wynik "omyłki mającej swe źródło w zbytnim
zaufaniu w wyniki automatycznego wyszukiwania". Aż strach pomyśleć, co by
wykazała kontrola funkcjonowania urzędu w dłuższym okresie.
O nieprawidłowościach w funkcjonowaniu Oddziałowego Biura Lustracyjnego w
Lublinie może świadczyć również opisywany przez prasę przypadek przekazania
jednej z miejskich komisji wyborczych na Lubelszczyźnie nieprawdziwych danych, w
wyniku czego nastąpiło zatajenie ubeckiej przeszłości kandydata na radnego w
obwieszczeniu wyborczym.
Z jednej strony "errare humanum est" i "nie myli się tylko ten, kto nic nie
robi", ale z drugiej zastanawiająca jest wyjątkowa pobłażliwość organów
kontrolnych IPN, jak również prokuratury wobec nieprawidłowości stwierdzonych
przy procesie lustracyjnym. Niezgodne z ideą lustracji działania niektórych
pracowników IPN mogą bowiem skompromitować tak ważną i potrzebną dla Polski
instytucję, a także tak istotny dla przejrzystości polskiego życia publicznego
proces.
Adam Kruczek
