Dyzma naszych czasów
Dzisiaj mija druga rocznica zaprzysiężenia rządu Donalda Tuska, a za kilka dni premier i jego ministrowie będą chwalić się swoimi dokonaniami. Nie wiemy dokładnie, co powiedzą ministrowie, ale wiemy już jedno – będzie to wyłącznie propaganda, bo sukcesów ta ekipa ma jak na lekarstwo.
Miał to być rząd reform – i jest rzeczywiście rząd reform, tyle tylko, że zapowiadanych, a jednak nigdy niezrealizowanych. Miał być rząd miłości – i jest rzeczywiście rząd miłości, ale tylko dla zwolenników, bo wobec przeciwników jest to rząd nienawiści, cytując klasyka PO Stefana Niesiołowskiego, i prymitywnego odwetu politycznego. Miał być rząd, który wzmocni pozycję Polski na arenie międzynarodowej – i tak tę pozycję przez dwa lata umacnia, że coraz mniej się z nami liczą w Europie i na świecie.
Różne były oczekiwania lub obawy Polaków, gdy Donald Tusk obejmował urząd premiera i powoływał swój rząd. Ale chyba zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tej ekipy nie spodziewali się, że będzie to tak bezbarwny i słaby rząd, który nie może się pochwalić w zasadzie żadnymi sukcesami. Gdzie nie spojrzymy
– wszędzie marazm. Tak hucznie zapowiadana reforma ochrony zdrowia nawet nie jest w powijakach. Reforma szkolnictwa stała się własną karykaturą, bo ograniczyła się do posłania sześciolatków do szkół i pewnych ruchów programowych, co jednak tylko pogłębia chaos w oświacie.
Ten rząd chwalił się na samym początku, że ma pomysły na usprawnienie gospodarki, ale na zapowiedziach się skończyło. Słynne „jedno okienko” dla przedsiębiorców działa tylko w teorii. Miały zostać uproszczone przepisy utrudniające życie firmom, a skończyło się tylko na ich kosmetyce.
Ten rząd nie miał i nie ma żadnego długofalowego planu kierowania krajem. Działa od przypadku do przypadku, reagując tylko na bieżące wydarzenia. Klasycznym już przykładem jest rzucone przez premiera hasło o kastracji chemicznej pedofilów. Nie był to przecież efekt jakiejś głębszej analizy problemu dokonanej przez Tuska, tylko odpowiedź na medialne informacje o obrzydliwych przestępstwach dokonywanych przez pedofilów i chęć przypodobania się społeczeństwu.
Jeszcze lepiej widać to na przykładzie ustawy hazardowej. Rząd jest wielkim wrogiem hazardu. Ale nie dlatego, że nagle premiera olśniło, jak szkodliwe dla człowieka i społeczeństwa są „jaskinie hazardu”. Premier chce uderzyć w hazard w odwecie za to, że o mało co nie doszło do wywrócenia rządowej łodzi, gdy okazało się, że to najbliżsi współpracownicy Tuska mogą pisać ustawę pod dyktando hazardowego lobby.
Z drugiej strony, może i dobrze, że w znacznym stopniu premier ogranicza się tylko do administrowania krajem, bo i wielu rzeczy nie udało się dzięki temu zepsuć. Tam gdzie rząd był aktywny, skutki jego działalności są opłakane. Jak zaczęto zmieniać naszą politykę zagraniczną, to zaraz spadliśmy do niższej ligi europejskiej i nasza pozycja międzynarodowa znacznie osłabła. Sukcesy w polityce zagranicznej mierzymy teraz liczbą pochwał, które spływają na nasz rząd ze strony niemieckiej czy amerykańskiej. A że nie ma to żadnego przełożenia na konkretne decyzje polityczne czy gospodarcze…
Jak ekipa Tuska zaczęła profesjonalizować naszą armię, to w ciągu kilku miesięcy staliśmy się bezbronni, bo nie mamy wojska ani z poboru, ani zawodowego. Ważniejsze jednak było propagandowe ogłoszenie końca przymusowego poboru do armii. Najwyraźniej władzom nie przeszkadza, że część jednostek istnieje tylko na papierze, bo nie mają obsady kadrowej. 20 lat po upadku komunizmu jesteśmy tak bezbronni, jak żaden porównywalnej wielkości kraj na świecie. Nawet te nieduże, ale najlepsze oddziały, jakie mamy, służą poza Polską.
Z kolei jak premier i minister skarbu zaczęli aktywnie zabiegać o inwestora dla stoczni, to skończyło się hucpą i chronicznym katarem, którego do dziś nie można wyleczyć. A gdy rząd zaczął „odpolityczniać” służby specjalne, to szybko odbudowały one swoją pozycję w państwie, jaką miały przed 2005 rokiem ze wszystkimi tego złymi konsekwencjami.
Dobrze więc, że ekipa Tuska nie próbowała walczyć z kryzysem gospodarczym, bo dzięki przedsiębiorczości i zaradności Polacy nie najgorzej sobie z nim radzą. Gdyby chciały nam w tym pomagać władze, skutek mógłby być opłakany. A co się dzieje, gdy rząd próbuje nas na siłę uszczęśliwić, mamy dowód sprzed kilku dni, gdy ministrowie pracy i finansów zaproponowali reformę reformy emerytalnej, która ma polegać na zabraniu większości naszych składek z funduszy emerytalnych i przekazaniu ich do ZUS. Co prawda mieliśmy prawo podejrzewać, że fundusze i tak nic lub niewiele dla nas zarobią, ale jak ta rządowa reforma wejdzie w życie, to już na pewno z tymi pieniędzmi możemy się definitywnie pożegnać. Gdy z kolei Tusk i jego ekipa chcą aktywnie reformować finanse publiczne, to pokazują tylko, jak wygląda kreatywna księgowość i zamiatanie długów państwa pod dywan. Za coś takiego w USA prezesów spółek giełdowych wsadzano do więzienia… A gdy rząd wziął się za reformę mediów publicznych, to doprowadził do takiej oto sytuacji, że stanęło przed nimi widmo szybkiego bankructwa.
Dlaczego więc mimo braku nawet niedużych sukcesów swojej ekipy premier i PO cieszą się wciąż dużym poparciem Polaków pokazywanym w sondażach? Pomijając metodologię tych badań, która często pozostawia wiele do życzenia, trzeba przyznać, że Donald Tusk ma w mediach oddane grono propagandzistów, którzy go bronią w każdej sytuacji, bez względu na okoliczności. Gdyby media były bardziej obiektywne w opisie rzeczywistości, szybko pokazałyby, że „król jest nagi”. Ale bronią PO i Tuska, bo to dla nich ostatnia nadzieja na uratowanie „Polski salonu”, Polski, która ma być pod kuratelą lewicowo-liberalnych elit.
– Takie sukcesy nie biorą się znikąd – powiedział marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, komentując wysokie notowania Platformy Obywatelskiej po dwóch latach rządów. Otóż, panie marszałku, te sukcesy właśnie wzięły się znikąd – i to jest największy paradoks naszych czasów. Taka „Kariera Nikodema Dyzmy”, ale do sześcianu.
Krzysztof Losz
