Dwanaście lat terroru

W zamachu terrorystycznym na podmoskiewskim lotnisku Domodiedowo jest wiele
tragicznej symboliki. Prawie dwanaście lat temu wysadzone zostały domy
mieszkalne w Wołgodońsku i Moskwie oraz odbyły się "manewry" w Riazaniu, w
czasie których funkcjonariusze FSB podłożyli ładunek wybuchowy pod kolejny dom.
To właśnie wtedy Rosja ujrzała człowieka, którego dzisiaj nazywa się wodzem
narodu. Mało kto dokładnie pamięta wypowiedziane wtedy przez niego słowa, a
właśnie dzisiaj warto je przytoczyć: "Terrorystów będziemy ścigać wszędzie.
Jeśli na lotnisku – to na lotnisku. Jeśli, przepraszam za wyrażenie, w toalecie
złapiemy, to w kiblu ich załatwimy. Koniec, sprawa jest ostatecznie zamknięta".
Pomylił się Władimir Putin. Wtedy, w 1999 roku, sprawa się dopiero zaczynała, a
po dwunastu latach stabilizacji i wstawania z kolan terroryści dobrali się w
końcu do lotnisk.

Cechą charakterystyczną wielu zamachów w Rosji, także tego ostatniego, jest ich
anonimowy charakter. Nikt się nie przyznał do jego dokonania. Podobnie było w
marcu zeszłego roku, gdy doszło do wybuchu bomb w moskiewskim metrze. Na ogół
celem większości organizacji terrorystycznych jest zastraszenie społeczeństwa
lub władz państwowych dla zrealizowania konkretnych celów, czego warunkiem jest
demonstracyjne przyznanie się do autorstwa zamachu. W przypadku eksplozji na
lotnisku mamy do czynienia z odmienną sytuacją. Ich sprawcy najwyraźniej nie
dążą do osiągnięcia jakichś konkretnych celów, zależy im na wzbudzeniu strachu w
obliczu nieokreślonego i niezidentyfikowanego zagrożenia. Jeszcze dziesięć lat
temu wywodzący się z Rosji amerykański kulturoznawca Michaił Epstein nazwał
podobną sytuację "stanem horroru" – kiedy nikt niczego nie wie, na nic nie ma
wpływu i każdy może zginąć w wyniku konfliktów tajemniczych "złych ludzi".
Głównym rezultatem anonimowych zamachów jest całkowita niewiedza na temat tego,
kto ich dokonał. Każda z publicznie rozważanych wersji jest równie
prawdopodobna, jak i równie trudna do utrzymania. Służby specjalne od razu
wskazały trop kaukaski. Rzeczywiście, w większości kaukaskich republik sytuacja
jest napięta, a dotyczy to w znacznie większym stopniu Dagestanu, Inguszetii lub
Kabardyno-Bałkarii niż Czeczenii. Bezrobocie, bieda i korupcja spowodowały, że
miejscowa ludność walczy z lokalną milicją i federalnymi służbami specjalnymi.
Jednakże władze rosyjskie nie mogą swobodnie wskazywać na Kaukaz jako główne
źródło zagrożenia terrorystycznego, gdyż samodzielność szefów tamtejszych klanów
systematycznie rośnie w obliczu zbliżających się wyborów prezydenckich w Rosji.
Dlatego w ostatnich komunikatach mówi się o bojowcach Nogajskiego Dżamaatu z
Kraju Stawropolskiego, jako o najbardziej prawdopodobnych organizatorach
zamachu. Na ich czele miał stać Rosjanin i wahabita, niejaki Razdobud´ko.
Również o organizację zamachu na "Newski Ekspres" podejrzewano rosyjskiego
islamistę. Wersje te są oczywiście bardzo prawdopodobne, a jednocześnie
politycznie poprawne, gdyż wskazują na islamski ekstremizm, nie godząc
jednocześnie w uczucia żadnego z narodów zamieszkujących Kaukaz.

Polityczny kontekst zamachu
W mediach intensywnie jest omawiany kontekst polityczny zamachu, czyli
przyszłoroczne wybory prezydenckie. Putin może ponownie ubiegać się o
prezydenturę – tylko po co miałby po raz drugi wchodzić do tej samej rzeki,
skoro zwycięstwo ma i tak zapewnione, jeśli oczywiście wcześniej zakulisowo
wyeliminuje z rywalizacji obecnego prezydenta. Ten sposób interpretowania
zamachu całkowicie usuwa z pola widzenia społeczeństwo i ogranicza się do
tajemnej wymiany sygnałów w obrębie grupy rządzącej. Z drugiej zaś strony,
badania sondażowe pokazują rosnące zmęczenie Rosjan rządzącym tandemem
Miedwiediew – Putin. Deklarowana chęć głosowania na Putina spadła od czerwca
zeszłego roku (dane Centrum Lewady) z 37 proc. do 23 proc., a gotowość
głosowania na Miedwiediewa nieznacznie wzrosła z 17 proc. do 19 procent.
Socjologowie spodziewają się, że po zamachach popularność Putina może wzrosnąć.
A więc okazuje się, że wersja o politycznym kontekście zamachu nie jest
całkowicie pozbawiona sensu.

Podłoże ekonomiczne
Zupełnie na serio rozważana jest też wersja, z pozoru fantastyczna, o czysto
ekonomicznym podłożu ostatniego zamachu. Prezydent Dmitrij Miedwiediew
publicznie obciążył odpowiedzialnością za bałagan panujący na lotnisku
Domodiedowo menedżerów prywatnej firmy zarządzającej tym obiektem. Jak to często
w Rosji bywa, struktura własnościowa lotniska jest dość zagmatwana, a "spory
podmiotów gospodarczych" często rozwiązywane były przy użyciu przemocy.
Faktycznym właścicielem lotniska jest spółka offshore (czyli zarejestrowana w
raju podatkowym), a główną rolę w zarządzaniu lotniskiem grają nie menedżerowie,
ale najwięksi akcjonariusze. Przerzucanie się odpowiedzialnością za
bezpieczeństwo pasażerów między milicją a dyrekcją lotniska może więc świadczyć
na korzyść tej wersji. Tylko że jest to zaledwie jeden z możliwych kierunków
śledztwa, o którym nie można w tej chwili powiedzieć niczego więcej niż to, że
jest publicznie rozważany.

Wszyscy podejrzewają wszystkich
Anonimowość zamachu powoduje, że wielu ludzi podejrzewa o złe intencje służby
specjalne, które obarczają odpowiedzialnością za panujący w kraju totalny
bałagan. W mediach pojawiła się informacja, że służby z tygodniowym
wyprzedzeniem wiedziały o możliwych wybuchach na Domodiedowie. Być może jest to
prawda. Tylko jaką ma przyszłość kraj, w którym nikt nikomu nie wierzy, a
wszyscy podejrzewają wszystkich o jak najgorsze rzeczy? Efektem każdego
kolejnego zamachu jest totalna negacja nieudolnego państwa. Jeśli zamachy
terrorystyczne we wrześniu 1999 roku spowodowały szok, wokół którego można było
mobilizować poparcie polityczne dla Putina, to teraz nie ma żadnego szoku. Jest
tylko rosnąca apatia i zniechęcenie. Dlatego też wszyscy w Rosji potępiają
zamach, ale brak jest publicznych demonstracji solidarności w obliczu terroru.
Cztery lata temu na ulice Madrytu wyszły setki tysięcy ludzi, aby zademonstrować
swoją solidarność w obliczu zamachów na stołecznym lotnisku. Na czele pochodu,
zorganizowanego wspólnie przez partie polityczne i związki zawodowe, szli znani
politycy, naukowcy i ludzie kultury. W Moskwie taka demonstracja jest czymś
niewyobrażalnym nie tylko dlatego, że nie ma w Rosji partii i organizacji
społecznych, które mogą na znak solidarności wyprowadzić na ulice miast setki
tysięcy obywateli, ale także dlatego, że nie ma tam polityków, naukowców i ludzi
kultury, którzy są w stanie porwać za sobą tłumy.
Główny rosyjski problem polega dziś na tym, że terror ludzi nie łączy, lecz
dzieli. Każdy zamach – zauważa Ilja Milstein – rodzi w Rosji nienawiść, a nie
solidarność. Nienawiść do Kaukazu, skąd przyjeżdżają do Moskwy szahidzi.
Nienawiść do państwa, które nie umie chronić swoich obywateli. Nienawiść do
armii, która okryła się hańbą w Czeczenii. Nienawiść do demokratów, którzy
rozwalili "wspaniałe państwo". Nienawiść do nacjonalistów, których ksenofobia
może doprowadzić do ostatecznego upadku Rosji. Nienawiść do bogaczy, którzy
rozgrabili imperium, a teraz ukrywają się w swoich mieszkaniach w Londynie i w
willach na Lazurowym Wybrzeżu. Przypomina to – zdaniem rosyjskiego publicysty –
stan podskórnej wojny domowej, która tylko dzięki zobojętnieniu
"przypominającemu stan narkozy" od czasu do czasu ujawnia się na powierzchni
życia społecznego paroksyzmami terroru, pogromami lub bandyckimi ekscesami.

 

Prof. Włodzimierz Marciniak
 

 

Autor jest politologiem, pracownikiem naukowym Instytutu
Studiów Politycznych PAN, Wyższej Szkoły Biznesu – National Louis University w
Nowym Sączu oraz Szkoły Głównej Handlowej. Zajmuje się problematyką współczesnej
Rosji.

drukuj