Drugie podejście
Posłowie PiS przygotowali projekt ustawy
o upadłości konsumenckiej. Wracają więc do pomysłu, jaki był przedmiotem
debaty w parlamencie rok temu.
Wtedy jednak sejmowa większość odrzuciła projekt, a w zasadzie skierowała
go do komisji, w których trwały niekończące się dyskusje. Czy drugie podejście
okaże się bardziej szczęśliwe? Wiele przemawia za tym, że tak się może stać,
bo nawet bankowcy nie wytaczają już przeciwko ustawie tak ciężkich dział
jak
wcześniej.
Politycy PiS twierdzą, że nowy projekt będzie o wiele lepszy od poprzedniego
i uwzględni część słusznych postulatów podnoszonych przez banki. Może jeszcze
w maju posłowie zakończą debatę w sprawie ustawy. Mogłaby więc ona zostać
szybko uchwalona, a dla wielu dłużników banków czas jest bardzo ważny.
Inni tak robią
Na czym polega upadłość konsumencka? Jest podobna w swej istocie do upadłości
firmy. Ogłaszana byłaby wtedy, gdyby dłużnik nie mógł regulować swoich
zobowiązań wobec banku lub innej instytucji finansowej, a wartość jego
długu byłaby wyższa od majątku. Wtedy dłużnik mógłby porozumieć się z wierzycielem
w sprawie redukcji długów lub rozłożenia ich spłaty na dogodne dla niego
raty. I co ważne, przestałyby też być naliczane karne odsetki za przeterminowane
należności.
Ustawa o upadłości konsumenckiej nie jest czymś nadzwyczajnym, bo podobne
przepisy istnieją w krajach o tak ugruntowanej gospodarce liberalnej jak
USA i Wielka Brytania. Okazuje się, że na Wyspach upadłość ogłasza kilkadziesiąt
tysięcy osób rocznie. W USA jest ich już półtora miliona!
Niewątpliwie sprawę konsumenckiej upadłości trzeba załatwić teraz, gdy skala
problemu nie jest jeszcze duża. W porównaniu z mieszkańcami innych państw
Polacy są raczej sumienni w spłacaniu pożyczek bankowych. Jednak nasze zadłużenie
systematycznie rośnie, więc za kilka lat problemy z długami mogą mieć dziesiątki
tysięcy rodzin.
Wystarczy tylko podać dwie cyfry. Według danych Narodowego Banku Polskiego
w styczniu 1997 roku osoby prywatne były zadłużone w bankach na prawie 11,7
miliarda złotych. Przez dziewięć lat nasze długi wzrosły do 108,5 miliarda
złotych! I dalej mają tendencję wzrostową. Wystarczy zresztą przyjrzeć się
kampaniom promocyjnym banków. Obiecują gotówkę w kilka minut, bez zbędnych
formalności.
– Teraz nawet osoba otrzymująca pensję minimalną lub emeryt z niskim świadczeniem
może pożyczyć w banku pieniądze, a kiedyś był to klient o zerowej zdolności
kredytowej i odprawialiśmy go z kwitkiem – mówi jeden z pracowników wydziału
kredytów w dużym banku w Lublinie.
Potwierdza to Hieronim Wyczałkowski, sprzedawca w sklepie z artykułami AGD
i RTV w Warszawie. – Kredyt stał się naprawdę łatwo dostępny, ale nikt nawet
nie wie, ile osób ma już problemy ze spłatą należności – mówi.
– Banki nie są entuzjastami ustawy, bo na razie nie odczuwają kłopotów z
niespłaconymi długami. Tak zwanych złych kredytów jest niedużo, więc straty
z tego tytułu łatwo niweluje się zyskami z innych pożyczek. Poza tym jest
jeszcze instytucja egzekucji bankowej, a na karnych odsetkach można więcej
zarobić – tak niechęć banków do wprowadzenia upadłości bankowej tłumaczy
kierownik działu w zagranicznym banku w Warszawie.
Kto niewypłacalny?
W swoim projekcie PiS chce zapisać, że z ustawy mógłby skorzystać każdy kredytobiorca,
który nie spłaca bieżących rat, a jego majątek jest niższy niż kwota zobowiązań.
Banki wolałyby, aby zapisać, że spłata kredytu została wstrzymana z powodów
losowych. Nawet niektórzy bankowcy przyznają jednak, że to bardzo niejasny
przepis, bo nie wiadomo, co traktować za wypadek losowy. Czy jest nim też
utrata pracy? Przecież może się zdarzyć, że bank taki argument odrzuci,
twierdząc, że w firmie klienta były przeprowadzane redukcje, więc powinien
się spodziewać, że i jego to dotknie. A czy przypadkiem losowym będzie
też zamknięcie przedsiębiorstwa, które zbankrutowało?
W ustawie pojawi się również zapis, że z chwilą ogłoszenia upadłości konsumenckiej
majątek dłużnika stanie się masą upadłościową. Żeby jednak nie pozbawiać
ludzi wszystkiego, w projekcie zapisano, że w skład masy upadłościowej nie
wchodzi mieszkanie. Gdyby tego zastrzeżenia nie było, w zasadzie ustawa byłaby
niepotrzebna. Przecież każdy bank mógłby po prostu kierować sprawy do sądu,
odbierać ludziom mieszkania i odzyskiwać pieniądze.
Ma być też zastrzeżenie, że upadłość konsumencką można ogłaszać raz na jakiś
czas (banki chciałyby raz na dziesięć lat), aby uniknąć sytuacji, gdy różnej
maści kombinatorzy zadłużaliby się na wysokie kwoty, a potem po prostu rozkładali
ręce, że nie stać ich na spłatę zobowiązań. Choć z drugiej strony trzeba
mieć świadomość, że upadłość to życiowa tragedia, która za często się nie
zdarza.
Kto będzie orzekał o upadłości konsumenckiej? Ma zostać powołane specjalne
kolegium, ale jego orzeczenia zarówno bank, jak i kredytobiorca będą mogli
zaskarżyć do sądu.
Obawa przed komornikiem
Ustawa o upadłości konsumenckiej jest potrzebna, bo nie brakuje przykładów,
gdy zadłużeni ludzie wpadają w tarapaty, a wraz z nimi także ich rodziny.
Kłopoty z bankami ma pan Stanisław, który kilka lat temu zaciągnął poważny
kredyt na gruntowny remont domu. Wcześniej pożyczał od swojego banku pieniądze
na różne potrzeby i zwracał je bez problemu, nie miał więc trudności z podpisaniem
umowy na ponad 50 tys. zł na cele mieszkaniowe. Wszystko było dobrze, dopóki
pan Stanisław i jego żona mieli pracę. Oboje byli zatrudnieni w jednej firmie,
nieźle zarabiali, więc i wysokie raty kredytowe nie były problemem. Ale po
sprzedaży przedsiębiorstwa nowy nabywca zwolnił część załogi. Dotknęło to
także oboje małżonków. I wtedy zaczęły się kłopoty.
Pan Stanisław natychmiast oddał bankowi niewielką część pieniędzy z kredytu,
których jeszcze nie wykorzystał, traktując to jako częściową spłatę pożyczki.
Ale i tak do spłacenia było ponad 25 tysięcy złotych. Nie mieli samochodu,
a więc i majątku, który można szybko spieniężyć. Zawisło nad nimi widmo wizyty
komornika, który zajmie dom, działkę i sprzeda ich dorobek życia. Na razie
pan Stanisław jako dobry, stały klient dostał z banku prolongatę spłaty kredytu.
Odroczenie kończy się w maju. I co będzie dalej? Mężczyzna przyznaje, że
idealnym wyjściem dla niego byłaby ustawa o upadłości konsumenckiej.
– Nie wpadłem w tarapaty z własnej winy, po prostu zwolniono mnie z firmy,
a jako osoba w wieku blisko 50 lat nie jestem atrakcyjny dla pracodawców.
Choć szukam ustawicznie pracy, robię różne kursy, to nikt mnie nie chce przyjąć
– tłumaczy nasz rozmówca. – Może więc parlament zdąży jeszcze uchwalić to
prawo, abym mógł z niego skorzystać – dodaje.
Inny kłopot ma pani Edyta, urzędniczka samorządowa, matka trojga dzieci.
Żyje w separacji z mężem alkoholikiem, który w dodatku odsiaduje wyrok za
ciężkie pobicie kompana podczas libacji alkoholowej. Ale zanim mąż trafił
za kratki, zdążył podpisać bez jej wiedzy kilka umów na zakup sprzętu na
raty. Problem w tym, że ani lodówki, ani telewizora, ani kuchenki mikrofalowej
pani Edyta nie widziała na oczy. Bo mąż od razu sprzedawał towar za wódkę.
Ale efekt jest taki, że ponieważ mieli wtedy wspólnotę majątkową, banki żądają
od pani Edyty spłaty rat.
– Miesięcznie jest tego ponad 600 złotych. Ale jak mam spłacać raty, jeśli
moja pensja to raptem 1450 złotych, z czego prawie 500 zł kosztuje mnie utrzymanie
mieszkania – relacjonuje kobieta.
Dla pani Edyty upadłość konsumencka byłaby dobrym rozwiązaniem, bo pozwoliłaby
na częściowe zmniejszenie długu i rozłożenie reszty na dogodne raty. Kobieta
nie kryje, że ma żal do sprzedawców i banków. – Dlaczego mój mąż bez mojej
wiedzy mógł zaciągnąć kilkutysięczny kredyt, skoro zarabiał ledwie 800 złotych?
– zastanawia się. – A teraz ja i dzieci musimy za to płacić. Podejrzewam,
że sprzedawca w sklepie chciał po prostu opchnąć towar, bank – zarobić pieniądze,
i tyle – dodaje.
Przy okazji sprawa pani Edyty może znaleźć się w sądzie. Prawniczka z urzędu,
gdzie kobieta pracuje, poradziła jej, by skontaktowała się z rzecznikiem
praw konsumenta. Być może uda się udowodnić, iż bank nie powinien udzielać
tak wysokiej pożyczki osobie, która nie miała zdolności kredytowej. Tylko
czy sąd uwzględni racje kobiety? Jeśli nie, sytuacja pani Edyty będzie rzeczywiście
nie do pozazdroszczenia.
– Komornik wejdzie na pensję i będzie co miesiąc zabierać część poborów.
Na pewno nie 600 złotych, jak jest zapisane w umowie kredytowej, ale być
może połowę tej sumy. To będzie oznaczało, że przez kilka lat pani Edyta
nie wyjdzie z kłopotów – ocenia Adrianna Sołtysik, urzędniczka bankowa.
Wtedy tej rodzinie może zacząć zwyczajnie brakować pieniędzy na życie. Gdyby
więc pani Edyta mogła ogłosić upadłość jako konsument, uniknęłaby tych problemów.
Jeszcze inny przykład podają sami bankowcy. Kilka lata temu młode małżeństwo
zaciągnęło kilka pożyczek konsumpcyjnych i na zakupy na raty. Byli dobrze
sytuowani, mieli perspektywiczną, ciekawą pracę, wysokie dochody – dotyczyło
to zwłaszcza męża. Słowem, klient idealny, taki, którego banki wręcz kochają,
bo pożycza sporo, ale i na czas zwraca pieniądze. Wszystko było dobrze do
czasu, gdy mężczyzna nie zachorował. Wykryto u niego nowotwór złośliwy. Po
kilkumiesięcznej kuracji zaczął wracać do zdrowia. Wrócił też do pracy, ale
szybko pod jakimś pretekstem go zwolniono. Niedługo potem nastąpił nawrót
choroby. Żeby ratować męża, żona sprzedała samochód i wartościowe przedmioty
(mieszkanie wynajmowali). Ale nie było już pieniędzy na spłacanie kredytów.
– Mąż zmarł, a teraz ta biedna kobieta została z ogromnym bagażem pożyczek.
Raty przesunęliśmy na jak najdłuższy możliwy termin, ale powinna je już zacząć
spłacać. Myślę, że właśnie dla takich osób powinno się uchwalić ustawę o
upadłości. Przecież ona nigdy nie odda bankowi pieniędzy, będą tylko rosły
karne odsetki. Dla nas też ustawa byłaby w tym przypadku korzystna, bo można
spisać kredyt na straty i tyle. Bank nie zbiednieje, a człowiek może wyjść
z kłopotów – opowiada bankowiec, który zajmuje się tą sprawą. Tłumaczy, że
teraz bank ma związane ręce, bo nawet gdyby chciał, nie może komuś darować
zobowiązań. Takie układy są możliwe tylko z firmami, ale te mogą ogłaszać
upadłość albo postępowanie naprawcze.
Wydaje się, że klimat społeczny zmienił się na tyle, że ustawa o upadłości
konsumenckiej jest potrzebna. Nawet bankowcy już nie protestują przeciwko
niej jak kiedyś. Bo na tym rozwiązaniu mogą skorzystać wszyscy: unikniemy
nie tylko wielu tragedii życiowych, ale i banki wyjdą na plus. Przecież wielu
kredytów i tak by nigdy nie odzyskały.
Maciej Winnicki
