Domy zalane po dachy

W Bieruniu Nowym na Śląsku kolejny dzień trwa walka ze skutkami
potężnej powodzi. Mieszkańcy gminy nie pamiętają takiej wody. Klęska z 1997
roku, która dotknęła miasto, nie miała aż tak poważnych następstw.

Bieruń Nowy leży w dorzeczu rzek Wisły i Przemszy. Cztery kilometry dalej
przepływa niewielka Gostynka. Zagrożenia powodziowego upatrywano zawsze od
strony Wisły, wały są tutaj zatem mocniejsze i solidniejsze. Nikt się jednak nie
spodziewał, że wylać może Gostynka. To właśnie ona zalała obszar równy jednej
piątej gminy, a więc 8 kilometrów kwadratowych. Tamtejsze słabe, nieremontowane
od lat wały nie wytrzymały.
– Wały od strony Wisły są podniesione i z tej
strony nic się nie stało. Uderzenie wody przyszło z lewego dopływu Wisły, z
Gostynki. Te wały już 10 lat temu miały być remontowane – mówi burmistrz
Bierunia Ludwik Jagoda. Twierdzi, że na wiele spraw nie ma wpływu, bo wały czy
cieki wodne mają swoich właścicieli. W tym wypadku właścicielem wałów na
Gostynce, w których utworzyła się 50-metrowa wyrwa, zalewając okoliczne tereny,
jest Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego w
Katowicach. – Gmina robi co może, ale nieszczęście zawsze przychodzi z tej
strony, gdzie gospodarzem jest kto inny – zauważa burmistrz. Wyraźnie
rozgoryczony dodaje, że sytuacja na Śląsku wygląda tak, że duże rzeki zostały
niejako opanowane, wały przy nich wzmocnione, lecz nikt nie zadbał o mniejsze
rzeki, jak Gostynka, których wody mogą przecież spowodować wielkie
spustoszenie.
Mieszkańcy Bierunia nie ukrywają żalu i mają pretensje do
rządzących w państwie, wypominając im zaniedbania. – Szkoda słów, to nie jest
tutaj pierwsza powódź. Tyle się mówi o tych powodziach, a władze niczego się nie
nauczyły! Nikt się nie zajmuje umocnieniami wałów – wyrzuca pani Halina.
W
Bieruniu zostało zalanych ponad 100 domów. Do miejscowych szkół ewakuowano
prawie 200 osób. Jednak część mieszkańców kategorycznie odmówiła opuszczenia
domostw. – W 1997 roku wystąpiły tylko podtopienia, bywało, że mieliśmy metr
wody w piwnicy. Teraz zalało nam cały parter, wody mamy po pas. Boimy się
zostawiać dobytek, nie wiemy, co by się z nim stało – mówi pani Grażyna, stojąc
w otwartym oknie pierwszego piętra.
Jednak im bliżej Gostynki i gminy
Bojszowy, która graniczy z Bieruniem, sytuacja wygląda coraz groźniej. Jak
poinformował nas Piotr Czarnynoga, starosta powiatu bieruńsko-lędzińskiego, domy
były zalane po dachy. W najgłębszym miejscu, jak się szacuje, woda sięgała ponad
8 metrów, a przeciętnie 3-4 metry.
– Wszystko zależy od ukształtowania
terenu, a ten jest tutaj bardzo nierówny. W jednym miejscu tego sztucznego
jeziora dom pozostał niezalany, a nieco dalej inny uległ całkowitemu zatopieniu
– podkreśla Piotr Szojda, dowódca jednostki ratowniczo-gaśniczej w Tychach
dowodzący strażakami, których obecnie jest około 50. – Mamy tutaj 10 strażaków z
Czech, blisko 20 z komendy w Tychach, 6 z Dąbrowy Górniczej, 6 z Rybnika, 20
żołnierzy i jednostki OSP z Bierunia Starego, Bierunia Nowego i Czarnuchowic.
Pomagają nam również osoby cywilne. Na razie miastu nic nie zagraża. Oczywiście
wiele budynków jest jeszcze podtopionych, ale trzeba czekać, by woda opadła –
dodaje Szojda. Poziom wody maleje dzięki specjalnej pompie, którą przywieźli ze
sobą strażacy z Czech. Ten sprzęt jest bardzo wydajny, bo wypompowuje wodę z
terenów zalanych za wały Wisły z szybkością średnio 200 litrów na sekundę. Jak
zapewnił nas podporucznik Ivo Śmid z jednostki czeskiej w Hlucinach, współpraca
z polskimi strażakami układa się im bardzo dobrze, a zostaną tutaj tak długo,
jak tylko będzie to konieczne.
By przyspieszyć obniżanie się wody w sztucznym
zalewisku, sztab powodziowy podjął decyzję o wykopaniu w jednym miejscu małego
rowu w poprzek wałów wiślanych. Wczoraj przez tę wyrwę woda powoli zaczęła
spływać do głównego koryta. Władze miasta zakładają, że poziom terenu zalanego
szybko zrówna się z poziomem Wisły, co pomoże w szybszym osuszaniu terenu.

Dramatyzm sytuacji polega na tym, że w naturalny sposób te 20 milionów metrów
sześciennych wody nie spłynie z zalanego terenu. Musieliśmy się zdecydować na
ryzykowny krok zagrażający stabilności wałów wiślanych. Na razie woda spływa
przez jaz, ale gdyby coś się działo, w każdej chwili możemy go zamknąć – dodaje
starosta.
O stabilizacji na swoim terenie mówi też Henryk Utrata, wójt gminy
Bojszowy. – Gmina ma problem z czterema rzekami: Korzeńcem, Pszczynką, Wisłą,
która stwarza zawsze największe zagrożenie, i Gostynką. Z tą ostatnią
walczyliśmy w tym tygodniu. Stabilizowaliśmy wał ziemią, piaskiem – niestety,
puścił. Obecnie zalanie nie grozi kolejnym terenom – dodaje.
Stopniowo
prowadzone są działania mające na celu wypompowywanie wody z tych budynków,
których stan na to pozwala, tak aby nie wywołać katastrofy budowlanej. Trudno
jednak powiedzieć, kiedy woda opadnie i co po powrocie do domów zastaną
mieszkańcy…

Piotr Czartoryski-Sziler
Zdjęcia Marek
Borawski,
Bieruń Nowy

drukuj