Do Ameryki jeszcze nie dotarło

Z prof. por. Zbigniewem Dybczakiem, na stałe mieszkającym w
Montgomery w stanie Alabama w USA, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Opinia publiczna w Stanach Zjednoczonych dostrzegła w jakiś sposób
ekspertyzę IES?

– Niestety, informacji o tym, że generała Błasika nie było w kokpicie samolotu,
który się rozbił w Smoleńsku, nie widziałem w żadnej amerykańskiej prasie czy
telewizji. Nie było na ten temat ani słowa. Bardzo dziwi mnie, że taka cisza
panuje tutaj na ten temat. Żadna ze stacji telewizyjnych, jak chociażby CNN czy
FOX, nie mówiąc o pozostałych, nie wspomniała nawet, że były jeszcze jakieś
dalsze ustalenia czy że jakieś nieznane fakty wychodzą na jaw. Nie wiem,
dlaczego istnieje taki brak informacji, nawet nie mówi się tu o raporcie
Millera. Niestety, w świat poszedł tak naprawdę tylko kłamliwy raport MAK. Tak
jakby nikt w Stanach nie śledził bieżących informacji.

Członkowie komisji Millera twierdzą, że informacja o absencji generała
Błasika w kokpicie nic nie zmienia w ich ustaleniach.

– Oczywiście, że ta informacja jest niezmiernie istotna i właśnie zmienia
ustalenia komisji Millera. Przecież na obecności gen. Błasika w kokpicie Tu-154M
oparto raporty MAK i Millera. Dowodzono, że obecność dowódcy Sił Powietrznych
wywierała presję na pilotów, żeby ci za wszelką cenę lądowali w Smoleńsku, mimo
złych warunków atmosferycznych. Ta teza naciskowa upadła. O czym to świadczy? O
tym, że powinno się szczególną uwagę poświęcić dziś rozmowom kontrolerów z
Siewiernego z Moskwą. Te rozmowy powinny być dokładnie zbadane. Nie tylko
powinno się o nich dyskutować w Polsce, ale także należałoby je podać do
międzynarodowej prasy, która dziś za dużo uwagi poświęca tematom chociażby
wyborów w USA.

Amerykanie uwierzyli bezkrytycznie w tezy strony rosyjskiej?
– Wydaje mi się, że w siłach NATO-wskich wiedzą już na temat najnowszych ustaleń
dotyczących gen. Błasika dostatecznie dużo i na pewno są one skrzętnie
zanotowane. Zresztą oficerowie NATO od początku nie wierzyli w to, co Rosjanie
mówili na temat gen. Błasika, bo był on bardzo szanowany w NATO, jak w ogóle
całe polskie lotnictwo. Cały czas dobrze wypowiadają się również na temat
szkolenia polskich pilotów. Wydaje mi się, iż argumentowanie przez komisję
Millera, że w polskich Siłach Powietrznych były braki szkolenia i pochopne
rozwiązanie specpułku wiele nie pomogły nam w budowaniu obrazu naszego lotnictwa
na świecie, lecz dużo napsuły. Bardzo niedobrze dzieje się dziś w Siłach
Powietrznych, do cywila odchodzi tak wielu wspaniałych pilotów. A w Dowództwie
Sił Powietrznych trochę za bardzo wraca się do dawnej, "betonowej atmosfery",
jaka była za Układu Warszawskiego. W ten sposób traci się dorobek Andrzeja, to
wszystko, co wniósł do polskich Sił Powietrznych, dostosowując je do procedur
NATO-wskich. Zawsze rozmawiałem z polskimi oficerami, którzy przebywali u nas, w
Stanach, na temat dowódców i nie było nigdy problemu, by wyrażali o nich własne
zdanie. Teraz ich wypowiedzi są skrępowane, oględne. Za gen. Błasika inne,
lepsze relacje panowały między przełożonymi i podwładnymi.

Gdy rozmawialiśmy w ubiegłym roku, podkreślał Pan, że nie da się dociec
prawdy bez powołania międzynarodowej komisji. Dziś podtrzymuje Pan swoją tezę?

– Oczywiście. Powiem więcej – to pan Tusk i pan Miller powinni dołączyć do tych
głosów, że jednak komisja międzynarodowa powinna zbadać tę katastrofę. Dziwi
mnie to, że ci panowie nic na ten temat nie mówią, a raczej starają się przejść
nad tym do porządku dziennego. Jeśli uważają, że informacje, które podała
prokuratura, nic nie zmieniają w ich raporcie, to znaczy, że sami zaprzeczają
wnioskom ekspertów z Instytutu Sehna. Według mnie, po takiej ekspertyzie polska
komisja powinna zwrócić się chociażby do krajów NATO, swoich partnerów, żeby
pomogli w poznaniu prawdy o tym, co się stało 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku.
Nie wiem, niestety, na ile można liczyć w tej sprawie na prezydenta Obamę, czy
on się tym w ogóle interesuje, bo znany jest – jak nasi rządzący w Polsce – z
naiwnej wiary w to, co mówią Rosjanie.

Amerykanów interesują wyniki badań profesora Biniendy, są one w jakiś
sposób komentowane?

– Niestety, w prasie pojawiła się jedynie wzmianka o tych badaniach. Szczerze
mówiąc, gdybym w internecie nie śledził prasy polskiej, niewiele bym wiedział na
temat tych badań. A są one bardzo ważne, bo potwierdzają jedynie to, o czym
wielu już mówiło wcześniej, że samolot, gdyby się nawet zderzył z brzozą, to nie
straciłby skrzydła i nie uległby tak strasznej destrukcji. Sądzę, że analiza
profesora Biniendy jest trafna. I dowodzi, że premier Tusk i minister Miller
powinni teraz tym bardziej zwrócić się do NATO z prośbą o ustanowienie
międzynarodowej komisji w związku z nowymi badaniami i faktami.

Żaden z tych panów takiej potrzeby nie widzi.
– I to jest bardzo niepokojące. Wracając jeszcze chociażby do tzw. ekspertów
lotniczych, którzy rzucali kalumnie na gen. Błasika – dziś powinni mieć na tyle
honoru i uczciwości, żeby publicznie przyznać się do tego, iż nie znali faktów,
i przeprosić rodzinę gen. Andrzeja Błasika.

Ale Edmund Klich mówi dziś, że to nie jego wina, bo takie stanowisko
przekazali mu Rosjanie.

– Jak mówiłem, popełnić błąd nie jest wstydem ani grzechem, ale trwać w nim, bez
względu na fakty czy nowe ustalenia, jest hańbą. Jako Polak i weteran
mieszkający na stałe w Stanach Zjednoczonych boleję nad tym, co dzieje się w
Polsce wokół sprawy wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Ekspertyza IES nie przypisała żadnej z osób głosu gen. Andrzeja Błasika.
Jest Pan zaskoczony?

– Tę informację odebrałem chyba podobnie jak każdy przeciętny Polak. Cieszyłem
się, bo – tak jak panu mówiłem – od początku nie wierzyłem w obecność Andrzeja w
kabinie pilotów. Po pierwsze, ci, którzy za łatwo ulegli fantazjom na temat gen.
Błasika, różnym bezpodstawnym, kłamliwym hasłom i nagłówkom gazet, widzą teraz,
że to był błąd. Niektórzy niepotrzebnie tak szybko ulegali tym domysłom na temat
rzekomej roli gen. Błasika w kokpicie podczas manewru lądowania. Edmund Klich
nie powinien w ogóle wypowiadać się wcześniej na temat domniemanej obecności
dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie tupolewa. Powinien raczej dbać o fakty, bo
wszystko trzeba na nich opierać.

Ale to Klich był pierwszą osobą kolportującą tezę o obecności dowódcy
Sił Powietrznych w kokpicie, przyczyniając się do wygenerowania tezy naciskowej.

– Tak, i zaczęto też oczerniać pilotów. Z ekspertyzy Instytutu Sehna wynika, że
piloci Tu-154M doskonale sobie radzili w powietrzu. Taką ekspertyzę trzeba było
zrobić na samym początku, a nie dopiero po dwóch latach. Wtedy zupełnie inny
obraz załogi poszedłby w świat. Nikt nie dawałby również wiary kłamliwym tezom
MAK o pijanym generale i jego naciskach na pilotów. Strona polska na samym
początku powinna wymóc na stronie rosyjskiej, by wszystkie oryginalne taśmy z
nagraniami z kokpitu oddać nam do sprawdzenia. Dziś łatwo przeprowadzić analizę
tembru głosu, całe spektrum jego częstotliwości osób, które znajdowały się w
kokpicie. Zrobił to dobrze Instytut Sehna. Szkoda tylko, że tak późno, bo tego
dowodu nie można podrobić.

Ale można za to uznaniowo – co uczyniła komisja Millera – przypisać
niektóre słowa dowolnej osobie, bazując jedynie na kontekście sytuacyjnym. Dziś
wiemy, że słowa przypisywane gen. Błasikowi wypowiadał drugi pilot.

– Tu leży właściwie największy błąd tych ludzi, którzy tak łatwo przyjęli
podstawiane jako pewnik przez Rosjan nieprawdziwe informacje. Pani Anodina tylko
czekała na to, by tak się stało. Zresztą znana jest z tego, że nawet swoim,
rosyjskim pilotom zawsze z góry zarzuca błędy. Zarówno pan minister Miller, jak
i pan premier Tusk powinni mieć na tyle sprawiedliwości czy honoru, by uznać, iż
popełnili błąd przy zrzucaniu winy na gen. Błasika i załogę za katastrofę.
Niestety, jak widać, nie chcą przyznać się do tych błędów, a tkwienie w nich
nieładnie świadczy o tych panach i ich dyskwalifikuje.

Część dziennikarzy i członkowie komisji grają teraz kartą: nie ma
dowodów, że gen. Błasika w kokpicie nie było.

– Czytałem, że w sektorze nr 1, który przypisano kokpitowi, znaleziono aż 13
ciał. Jak widać, dla członków komisji Millera rzeczy oczywiste takimi nie są.
Wystarczy popatrzeć na inne katastrofy lotnicze, które od czasu do czasu się
zdarzają. Chodzi o to, iż przy wysuwaniu podobnych tez – że ponieważ ciało gen.
Błasika znaleziono obok ciała nawigatora, więc musiał być w kokpicie – trzeba
być bardzo ostrożnym. Nie można twierdzić ze stuprocentową pewnością, że tak
było, skoro nie ma na to dowodów, tym bardziej że drzwi do kokpitu mogły być
otwarte, więc ciała osób, które w nim nie były, podczas katastrofy zostały
przemieszczone do przodu.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj