Dlaczego konflikt interesów w UE?
Z posłem do Parlamentu Europejskiego Markiem Gróbarczykiem, byłym Ministrem Gospodarki Morskiej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Dawid Nahajowski
.
Podczas posiedzeń plenarnych Parlamentu Europejskiego w Strasburgu deputowani często ostro krytykują sposoby działania dwóch unijnych instytucji – Komisji Europejskiej oraz Rady Europejskiej. Proszę powiedzieć, skąd bierze się ten „konflikt interesów”?
Po wejściu w życie Traktatu z Lizbony wydatnie wzrosło znaczenie Parlamentu Europejskiego. Dotychczas bardzo wiele się mówiło o tzw. deficycie demokracji, który polegał – i wciąż niestety polega – na tym, że instytucje unijne w swoich pracach nie uwzględniały w sposób dostateczny głosu poszczególnych obywateli lub też ich reprezentantów. W zamian za to cała struktura administracyjna jest kierowana przez dwa lub trzy największe państwa członkowskie. Wejście w życie Traktatu z Lizbony spowodowało jednak, że Parlament Europejski zyskał znaczącą pozycję w tworzeniu unijnego prawa.
Z pewnego „klubu dyskusyjnego” stał się ważnym współdecydentem, z którego zdaniem rządy poszczególnych państw członkowskich już muszą się liczyć. Jest to związane z poszerzeniem stosowania procedury współdecydowania, która ma miejsce w sprawach legislacyjnych. Otóż, aby przykładowo Komisja Europejska lub Rada Europejska mogła wydać jakiś akt prawny, który będzie obowiązywał bezpośrednio na terenie wszystkich państw członkowskich, to na taką decyzję – co do zasady – wyrazić już musi zgodę Parlament Europejski, a więc demokratyczny przedstawiciel obywateli poszczególnych państw członkowskich. Znaczenie Parlamentu Europejskiego i konieczność liczenia się z jego zdaniem jest zaś powodem częstego konfliktu z Komisją Europejską oraz Radą Europejską. Obydwie te instytucje, a w szczególności druga ze wspomnianych, są silnie zdominowane przez Niemcy i Francję, które próbują nie dopuścić do głosu mniejszych, ale przecież jednakowo ważnych państw członkowskich. Nie może zatem dziwić fakt, że niejednokrotnie w trakcie sesji Parlamentu dochodzi do ostrej wymiany zdań. Trudno bowiem posłom zaakceptować propozycje lub decyzje francusko – niemieckiego dyrektoriatu. Grudniowe posiedzenie Rady Europejskiej poświęcone spłacie długów krajów strefy euro wydatnie pokazało podjętą przez Merkozy (skrót pochodzący od nazwisk głównych przywódców europejskich, Merkel-Sarkozy ) – jak się okazuje – skuteczną próbę narzucenia własnego stanowiska, któremu zdecydowanie sprzeciwiła się jedynie Wielka Brytania. W Parlamencie Europejskim głosów sprzeciwu było już znacznie więcej, zaś posłowie do Parlamentu Europejskiego zasiadający w grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należą parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości, tak realizowanej polityce zawsze się sprzeciwiali i takie niezadowolenie w trakcie sesji Parlamentu zostało wyartykułowane.
Wiele słów krytyki pada zwłaszcza z ust Anglików. Jak Pan myśli, dlaczego Wielka Brytania nie chce (w przeciwieństwie do przedstawicieli innych krajów UE) słuchać propozycji unijnych liderów?
W polityce unijnej dają się zidentyfikować dwa punkty widzenia, uzasadniające istnienie tej organizacji międzynarodowej. Dla jednych Unia Europejska jest celem samym w sobie – potężną biurokratyczną maszyną służącą do załatwiania interesów gospodarczych i politycznych największych państw członkowskich. Dla tej grupy nie liczą się poszczególne państwa, potrzeby obywateli, a jedynie pewne egoizmy i chęć zawłaszczenia unijnej przestrzeni dla realizacji własnych interesów. Dla drugiego punktu widzenia charakterystyczne jest postrzeganie Unii Europejskiej, jako organizacji międzynarodowej opartej o zasady demokratyzmu oraz solidarności, dla której nie są obce chrześcijańskie wartości, poszanowanie tradycji poszczególnych narodów, czyli w skrócie – jest to Europa Ojczyzn. Tę drugą optykę akceptuje i stara się ukazywać, jako właściwe rozwiązanie dla Unii Europejskiej, grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Należą do niej, oprócz przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, również parlamentarzyści z Wielkiej Brytanii. Wspólnie z nami manifestują niezadowolenie z decyzji szczytu Unii Europejskiej, podczas którego rządy państw członkowskich, poza Wielką Brytanią właśnie, zgodziły się na spłatę z własnych zasobów budżetowych długów, które zostały zaciągnięte przez państwa strefy euro, w tym przez socjalistyczne rządy Grecji i Hiszpanii. Zdecydowany sprzeciw Davida Camerona – premiera Wielkiej Brytanii – był słyszalny w całej Europie. Szkoda tylko, że premier Donald Tusk uległ duetowi Angela Merkel – Nicolas Sarkozy i zgodził się, aby z naszego budżetu wpłacić do unijnej kasy sporo miliardów euro. Pieniądze te pójdą zaś na spłatę długów państw eurostrefy – tych, które przez wiele lat lekkomyślnie trwoniły swoje fundusze . Nie jest przy tym zrozumiałe, dlaczego polski premier, z pieniędzy polskich przedsiębiorców, czy też emerytów, chce zapewnić stabilizację finansową upadających europejskich gospodarek, nieudolnie rządzonych przez socjalistów, ale dla każdego Anglika jest oczywistym, dlaczego Wielka Brytania tak stanowczo wyraziła swój sprzeciw.
Bardzo wielu Europejczyków może po prostu uznać, że Zjednoczonemu Królestwu nie zależy na ratowaniu eurostrefy, prawda?
Utarł się taki zwyczaj mówienia o strefie euro, jak o jedynym sposobie zapewnienia europejskiej gospodarce rozwoju i długookresowego stanu prosperity. Proszę zauważyć, że zarówno waluta, jak i sama strefa euro, zostały wymyślone jako realna konkurencja dla amerykańskiego dolara, której celem było osiągnięcie pozycji światowego lidera w dziedzinie gospodarki i finansów. U początków UE leżała współpraca gospodarcza i wspólny rynek, oparte na zdrowej konkurencji. Tymczasem w momencie przyjęcia euro przez poszczególne kraje rozpoczęła się kreatywna księgowość i „wolna amerykanka”, przede wszystkim w obszarze funduszów publicznych, łamiąc wszelkie zasady i przyjęte traktaty, również przez Niemcy i Francję. Nadejście kryzysu obnażyło fatalnie funkcjonujące gospodarki niektórych krajów strefy euro, nie pozostawiając złudzeń co do ich przyszłości. Tymczasem jedyną proponowaną receptą jest pompowanie strumienia pieniędzy, na potrzeby kolejnych dłużników, kosztem najbiedniejszych krajów UE, w tym Polski. Historia pamięta za wszelką cenę prowadzoną obronę rubla transferowego, a my pamiętamy tego skutki. To ślepy zaułek w jaki zabrnęła strefa euro, a w którą nie chce zabrnąć Anglia. Jeszcze raz należy powrócić do zdrowo funkcjonujących gospodarek i wspólnego rynku, a to m.in. proponuje Wielka Brytania.
Pana zdaniem na jakie efekty można w związku z tym liczyć w perspektywie długoterminowej?Jeżeli przyjmiemy, że Unia Europejska jest organizacją narodów, a nie socjalistycznym konglomeratem interesów, z których jedne są uwzględniane, bo zostały przedstawione przez przedstawicieli Niemiec lub Francji, a drugie marginalizowane, tylko dlatego, że zostały zaprezentowane przez inne państwa członkowskie, to stanowisko Wielkiej Brytanii trzeba zaakceptować. Pamiętajmy, że Unia to nie unosząca się w próżni machina biurokratyczna, a organizacja powołana z woli poszczególnych państw i ich obywateli, których dobru ma służyć. Nie będzie to jednak możliwe w sytuacji, gdy mamy do czynienia ze swoistym dyktatem dwóch państw: Niemiec i Francji. Podobnie jest ze strefą euro, która służy wzmocnieniu i stabilności gospodarek tych dwóch krajów. Anglicy to doskonale rozumieją i nie godzą się na niekorzystne dla nich decyzje. Stanowisko, które zaprezentował na grudniowym szczycie w Brukseli premier David Cameron zostało zaakceptowane przez jego rodaków, czego wydatnym przykładem jest to, że notowania rządu tego premiera zwiększyły się, praktycznie z dnia na dzień, o 20 %. To jest memento i przestroga dla naszego rządu. Proszę zwrócić uwagę, że Donald Tusk w ramach „solidarności unijnej” zlikwidował polskie stocznie na rzecz niemieckiej konkurencji. David Cameron podjął zgoła inną decyzję w partycypowaniu w kosztach oddłużania unijnych państw, które znajdowały się dotychczas pod neoliberalnymi rządami. Czas pokaże kto miał rację.
Jakie zagrożenia może przynieść rozpad strefy euro obywatelom krajów spoza eurolandu?
Nie możemy się w takiej sytuacji obawiać prawdy – moim zdaniem, ale również zdaniem wielu ekspertów, rozpad strefy euro nie przyniósłby żadnych zagrożeń dla państw spoza eurolandu. Przypomnę, że waluta euro sprzyja największym gospodarkom państw Unii Europejskiej. Te mniejsze nie czerpią już takich korzyści z faktu posługiwania się wspólnym pieniądzem. Jak się przy tym okazuje, Polska, która nie zdecydowała się przystąpić do unii walutowej, w wymiarze wprowadzenia wspólnej waluty, w dobie kryzysu, wychodzi na tym świetnie. Dzięki temu, że mamy własny system monetarny, zarządzany przez Narodowy Bank Polski, nasi przedsiębiorcy wciąż jeszcze dają sobie doskonale radę w procesach gospodarczych. Takiej pozytywnej prognozy nie można już przedstawić w odniesieniu do Słowacji, która przyjęła wspólną walutę i obecnie wielu jej obywateli z utęsknieniem wyczekiwałoby powrotu do dawnego narodowego pieniądza. Tak naprawdę rozpad strefy euro potężnie zaszkodziłby gospodarce Niemiec. Kraj ten musiałby powrócić do swojej narodowej waluty, która to natychmiast stałaby się najdroższą walutą na świecie, przynosząc katastrofę dla niemieckiego eksportu. Największym beneficjentem słabego euro jest właśnie gospodarka niemiecka, dodatkowo sprawując kuratelę nad gospodarkami pozostałych krajów strefy euro. Warto zaznaczyć, że obecnie cały pozostały majątek narodowy Grecji jest pospiesznie wyprzedawany bez udziału rządu, a pod czujnym okiem Komisji Europejskiej. Czy taki fakt byłby możliwy gdyby Grecja posiadała swoją walutę? Jestem pewien, że nie! Tym czasem na naszych oczach ten kraj traci niepodległość, przede wszystkim na rzecz banków niemieckich jako swoich wierzycieli.
Proszę sobie wyobrazić sytuację polityczno – gospodarczą w UE, gdzie przez jakiś czas na kluczowe decyzje w Unii Europejskiej nie ma wpływu tzw. francusko – niemiecki dyrektoriat. Jak według Pana kształtowałyby się wówczas unijne relacje?
Przy tej okazji warto powrócić do korzeni i odpowiedzieć sobie na pytanie o przyczyny – fundamenty, na których ufundowana została Wspólnota Europejska, a obecnie Unia Europejska. Przeszło pięćdziesiąt lat temu politycy Europy Zachodniej doszli do przekonania, że kontynent europejski, naznaczony tak wielką liczbą wojen, będzie mógł się rozwijać tylko wtedy, gdy położone na nim państwa, które mają wspólne wartości i korzenie, zjednoczą się w swej różnorodności i w duchu jej poszanowania. Ustalono, że będzie się przestrzegało zasad demokracji i wolnego rynku oraz chrześcijańskiego ducha, a współpraca pomiędzy poszczególnymi państwami członkowskimi odbywać się będzie przy zachowaniu ich tożsamości. Dzisiejsza Unia Europejska tym wartościom nie czyni – niestety – zadość. Dzieje się to zaś za przyczyną dwóch państw, które uzyskały hegemonie we wszystkich instytucjach wspólnotowych – mowa tu oczywiście o Francji i Niemczech. Rządy tego dyrektoriatu nie przyniosą Unii żadnych korzyści, a bezwzględnie uzależnią nas od siebie(historycznie Polska z fatalnym skutkiem przeżywała takie okresy). Warto zatem, aby polski rząd na forum wszystkich instytucji unijnych w sposób odważny i zdecydowany potrafił być liderem Europy Wschodniej. Poklepywanie się po plecach lub słanie uśmiechów, od czego specjalistą jest premier Donald Tusk, nie jest instrumentem budowania należnej naszemu państwu i naszym obywatelom pozycji. Prezentowanie naszego stanowiska w sposób konsekwentny, z zarezerwowaniem sobie stanowiska odrzucenia danej propozycji (jeżeli nie będzie ona korzystna dla Polski) musi być domeną polskiej polityki zagranicznej. Tym bardziej najwyższe zdziwienie i dezaprobatę musi budzić wystąpienie polskiego Ministra Spraw Zagranicznych Radosława Sikorskiego, który pod koniec listopada zeszłego roku w Berlinie, zaproponował rozszerzenie dominacji Niemiec w Europie. Projekt ten zakłada praktyczne oddanie zarządzania całą Unią Europejską, a w konsekwencji poszczególnymi państwami członkowskimi, w ręce Niemiec. Wystąpienie ministra Sikorskiego oceniam zatem jako skandaliczne i naruszające podstawowe interesy państwa polskiego.
Dziękuję za rozmowę.
