Dla załogi Tu-154M lot do Smoleńska nie był żadnym lotem „ekstra”
Z gen. bryg. pil. Tomaszem Drewniakiem, dowódcą 4. Skrzydła Lotnictwa Szkolnego w Dęblinie, rozmawia Anna Ambroziak
Jak
Pan ocenia reprezentowany przez media sposób narracji dotyczącej
katastrofy na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj – stały osąd pilotów i
dywagacje na temat nacisków prezydenta na załogę…?
– Nie będę
komentował tego rodzaju plotek. Uważam, że wszystko, co wiąże się z
katastrofą smoleńską, można będzie ocenić dopiero po zakończeniu prac
komisji i przedstawieniu przez nią konkretnych wniosków. Jeżeli nie ma
podstaw ku takiej ocenie, należy ją wtedy określić jako nierzetelną.
Uważam, że nie wolno takich rzeczy robić. Powtarzam: dopiero komisja
oraz prokuratura mogą postawić jakieś wnioski w tej sprawie. Wtedy też
można będzie ocenić działania pilotów – kiedy będziemy mieć cały
materiał dotyczący tej sprawy. Tylko w sytuacji kiedy będzie on
dostępny, będzie można dokonać jakichś ocen. Na podstawie kilku
oderwanych od siebie faktów nie można zbudować prawidłowej teorii na
temat tego, co stało się na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku. Wszystko
inne to tylko spekulacje mniej lub bardziej zbliżone do prawdy.
Stałym
leitmotivem są zarzuty o słabym wyszkoleniu pilotów czy brawurze.
Ostatnio „Gazeta Wyborcza” napisała, że piloci „zgłupieli we mgle”.
–
Jeszcze raz powtarzam: ciężko się do tego odnieść, ponieważ są to tylko
spekulacje. Trudno dziś powiedzieć, co działo się na pokładzie Tu-154M.
Dopiero kiedy będziemy mieć do wglądu pełne rejestratory parametrów
technicznych tego lotu, będzie można powiedzieć coś o wypadku. Jak dotąd
mamy urywkowy stenogram z tego, co działo się w kabinie pilotów, i to
jak na razie z dużymi lukami. Ciężko więc powiedzieć, co się tam tak
naprawdę zdarzyło. A nie znając w stu procentach wszystkich faktów i nie
wiedząc o wszystkim, co stało się na pokładzie samolotu, ferowanie
jakichkolwiek wyroków wobec załogi jest nieuczciwe, również w stosunku
do pozostałych ofiar. Nikt chyba jednak nie przypuszcza, że ta załoga
chciała popełnić samobójstwo. Oni robili wszystko, by jak najlepiej
wykonać swoje zadanie. Oczywiście nie wykluczam tego, że mogli popełnić
błąd. Ale jeżeli coś takiego się zarzuca, to trzeba to udowodnić. To nie
może być żadna spekulacja. Za dużo ludzi w tej katastrofie zginęło i
waga tej sprawy jest zbyt wielka, by zarzuty opierać na spekulacji. Jest
to nieuczciwe w stosunku do załogi i tych wszystkich, którzy zginęli.
Mam tu też na myśli zarzuty wobec dowódcy sił powietrznych gen. Andrzeja
Błasika, któremu zarzuca się, że wywierał jakieś naciski. Dopóki się
tej sprawy jednoznacznie nie wyjaśni, nie będzie można wyciągnąć
prawidłowych wniosków.
Powtarza Pan, że konieczne jest
dysponowanie wszystkimi materiałami, by dokonać rzetelnej oceny
katastrofy, tymczasem polska prokuratura jak dotąd dysponuje tylko
niewielką ich ilością…
– W tej sprawie mam niewiele do
powiedzenia, ponieważ nie jestem członkiem komisji i nie mam dostępu do
tych materiałów, którymi dysponuje prokuratura. Mogę powiedzieć tylko
tyle, że jeśli te wszystkie doniesienia medialne o pracy prokuratury
mają podobną wagę jak doniesienia różnych „specjalistów” o tym, co
działo się na pokładzie Tu-154, to ja w nie nie wierzę. Uważam, że
jeżeli strona polska nie ma jeszcze pełnych materiałów, to powinna dążyć
do tego, by je zgromadzić, bo jest to jedyny sposób, aby tę sprawę
wyjaśnić. Szerszy obraz dadzą na pewno odczytanie dalszych części rozmów
z kabiny pilotów, zaznajomienie się z parametrami z rejestratorów i
nałożone na to na tej samej osi czasu sytuacja i w kabinie, i na ziemi.
Samolot to nie jest jeden atom w powietrzu – on współpracuje z
urządzeniami i kontrolą naziemną. I dopiero wtedy, analizując ten lot
sekunda po sekundzie, można będzie wyciągnąć jakieś prawidłowe wnioski.
Badanie
katastrofy czy wypadku lotniczego polega na tym, że pozyskuje się
wiedzę, gdzie zostały popełnione błędy, byśmy w następnych sytuacjach
już ich nie popełniali. Po to powoływane są komisje ds. wypadków
lotniczych. Ich zadanie polega na tym, by sprawdzić wszystkie procedury
oraz to, czy wszystkie czynności, jakie zostały podjęte w tym locie,
były wykonane prawidłowo. Bo być może jest jakiś błąd systemowy, jakiś
błąd w szkoleniu. Komisja ma to wykazać.
Ale śledztwo w
sprawie katastrofy prowadzi strona rosyjska – to ona decyduje o tym, co
nam przekazać. Dotąd nie ma najważniejszych dokumentów, jak dokumentacja
lotniska Siewiernyj, protokoły oględzin z miejsca zdarzenia, oględzin
wraku…
– Do tej sprawy nie mogę się odnieść. Wiem tylko, że
nie można budować oceny na wyrywkowych fragmentach, ponieważ w takim
wypadku będzie ona niesprawiedliwa i nieadekwatna do sytuacji.
Wracając
do kwestii szkolenia pilotów, Pana zdaniem załoga tupolewa mogła być
niedostatecznie przygotowana do pełnienia tak odpowiedzialnych zadań?
–
Biorąc pod uwagę system szkolenia polskich lotników, w który jestem
osobiście zaangażowany – odpowiadam za niego w Dęblinie – odpowiem
następująco: ci ludzie byli dobrze wyszkoleni. Lądowali tym samolotem w
różnych sytuacjach dziesiątki, a nawet setki razy. To nie jest tak, że
załogę tego typu dobiera się z ulicy, ci ludzie tym właśnie samolotem
lądowali na różnych lotniskach. Byli i w Polsce, i za granicą, latali
razem z prezydentem, premierem i marszałkiem Sejmu. Ten lot do Smoleńska
to nie był dla nich żaden lot ekstra – to był dla nich lot, który
wynikał z ich normalnej pracy. Piloci taką właśnie mieli pracę – latanie
z najważniejszymi osobami w państwie. Dzisiaj przeliczanie tego na
godziny czy na jakieś inne parametry – oczywiście można to robić – jest
nie w porządku. Podam prosty przykład: na swoim koncie mam dzisiaj
prawie 2 tys. godzin. Ktoś z pilotów latających w liniach lotniczych
powie, że to niewiele. Ale czy 4 tys. lądowań to jest niewiele, czy też
więcej? – bo ja akurat tyle mam. Nasze loty są inne, są specyficzne. Nie
istnieją więc takie proste paralele, zgodnie z którymi jeśli ktoś ma 4
tys. godzin, to jest lepszy od tego, który ma 2 tysiące. Liczą się
bowiem sytuacje, w jakich się znalazł, doświadczenie, jakie nabył,
liczba lądowań w różnych warunkach, nie tylko lądowań automatycznych.
Jeszcze raz powtarzam – nie chcę tu nikogo kategoryzować – tu nie chodzi
o to, czy ktoś jest lepszy, a ktoś inny gorszy. Całkiem inaczej wygląda
lądowanie w systemie ręcznym, podejście do lądowania na lotnisku
niewyposażonym w nowoczesne systemy radionawigacyjne, a czymś innym jest
lądowanie na lotnisku w pełni wyposażonym, gdzie to autopilot wykonuje
większą część podejścia. To są dwie różne rzeczy. Dlatego trzeba by było
policzyć, ile załoga Tu-154M miała takich właśnie lądowań, w różnych
warunkach. To dopiero dałoby obraz jej wyszkolenia. Odnoszenie się
wyłącznie do liczby wylatanych godzin nie oddaje całej sytuacji.
Panie Generale, znał Pan osobiście mjr. Arkadiusza Protasiuka, ppłk. Roberta Grzywnę i kpt. Artura Ziętka?
–
Mieliśmy okazję spotkać się z nimi parę razy, a nawet odbyć kiedyś
wspólny lot. Uważam ich za wysokiej klasy profesjonalistów; tu nie może
być co do tego żadnych wątpliwości, podobnie zresztą gdy chodzi o ich
zaangażowanie w wykonywaną pracę.
Posiadali wszystkie cechy charakterologiczne, które predysponowały ich do wykonywania właśnie tego, a nie innego zawodu?
–
Jeżeli ktoś skończy Wyższą Szkołę Oficerską Sił Powietrznych w
Dęblinie, jeżeli ktoś przelatał 12, 15 lat w różnych jednostkach, to nie
ma takiej możliwości, żeby tych cech nie posiadał. Taka osoba
przechodzi wielokrotną selekcję, lata na różnych typach samolotów,
następnie idzie do jednostki bojowej jako podporucznik i tam także musi
się szkolić. Cały czas podlega selekcji, na każdym kroku. Zdobycie
każdej klasy specjalności: I, II, III – to potężne egzaminy, i
praktyczne, i teoretyczne. Lotnictwo jest takim mechanizmem, mówiąc
nieco kolokwialnie – samooczyszczającym. Jeżeli wsiadam do samolotu z
kimś, kto nie umie latać lub źle lata, czy też ma cechy osobowościowe,
które nie pozwalają mu latać, będę pierwszym, który mu to powie.
Poinformuję o tym też przełożonych, że z tym kolegą są jakieś problemy.
Lotnicy są zwykłymi ludźmi, którzy też miewają swoje problemy, np.
rodzinne; jeżeli to zaważa na wykonywanych obowiązkach, wtedy proponuje
mu się np. obóz kondycyjny. Jesteśmy wszyscy kolegami, nikt z nas nie
obarczy zadaniem innego, jeżeli wie, że ten nie będzie mu mógł sprostać.
To jest mechanizm dobrze rozumianego koleżeństwa.
Dziękuję za rozmowę.
