„Deus caritas est” i manowce ludzkiej myśli

Kiedy
myślę o reakcjach różnych środowisk na pierwszą encyklikę Benedykta XVI,
przychodzą mi na myśl słowa Pana Jezusa zapowiadającego upadek wiary i moralności
w czasach końca historii: "Wówczas wielu zachwieje się w wierze; będą się
wzajemnie wydawać i jedno drugich nienawidzić. Powstanie wielu fałszywych proroków
i wielu w błąd wprowadzą; 'a ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość
wielu’".
(Mt 24, 9-12)

Rozmaite "pro i contra"
Zdaje się, że właśnie żyjemy w tych czasach, których charakterystykę ukazał
Chrystus. Do tej refleksji pobudza mnie fakt bardzo dziwnych reakcji na papieską
encyklikę o miłości, a w pewnym sensie – o Bogu, który jest Miłością. Dokument
jest szczególną syntezą powołania Kościoła i zarazem obrazu świata widzianego
w świetle Boskiej Miłości, która obdarza istnieniem i wprowadza swoje stworzenie
w uczestnictwo w naturze Boga. Jeden z komentatorów stwierdza, że "Świeckie
pisma chcą wierzyć, że jedynymi sprawami, którymi interesują się wierni,
są: aborcja, homoseksualizm, antykoncepcja, rozwody, sprawy, które różnią
katolików" ("The Providence Visitor"). Interesujące reakcje
autorów "lewego skrzydła" zbiera John L. Allen ("Reporter",
10.02.2006). Na przykład Paul Collins (który porzucił kapłaństwo w 2001 r.)
chwali encyklikę jako zapowiedź zmian w stylu nauczania kościelnego. Andrew
Sullivan, który krytykował Watykan za dokument o homoseksualizmie, uważa
encyklikę za "pięknie napisany dokument" i również widzi w tym
znak, że Kościół skupi się na tym, co istotne, "uwalniając się od peryferyjnych
obsesji". Publicysta "New York Timesa" Peter Steinfels szuka
punktu do zaatakowania i znajduje go w metafizycznym podłożu encykliki. Christian
Weisner, przedstawiciel liberalnej grupy "We are Church", twierdzi,
że encyklika jest znakiem nadziei i że Papież chce pokazać "ludzką twarz
chrześcijaństwa". Austriacka gazeta "Der Standard" pisze,
że "wielu tych, którzy uważali Józefa Ratzingera za narzędzie 'Świętej
Inkwizycji’, mogą być dziś zaskoczeni". "Le Monde" ogłasza,
że encyklika "nie przypomina normatywnych dokumentów poprzednich papieży,
Pawła VI i Jana Pawła II na temat seksualności i moralności małżeńskiej i
choć nie mamy tu do czynienia z rewolucją, język nauczania się zmienił". "Sueddeutsche
Zeitung" powściągliwie zgadza się, że "encyklika jest godna uwagi,
a nawet w niektórych fragmentach wybitna". Scott Appleby z "Newsday" wyraża
rozczarowanie, że encyklika odbiega od ducha Soboru Watykańskiego II, charakteryzującego
się profetycznym podejściem do problemów społecznych. Niektórzy w podobny
sposób pytają, "czy to już wszystko, co Papież chce powiedzieć?" A
niemiecki "Tagesspiegel" imputuje Benedyktowi XVI chęć "pokazania
siebie jako autorytetu w sprawach miłości", chociaż "o miłości
wie bardzo mało i nie wie, jak się ją przeżywa". Hiszpański "El
Pais" uważa, że Papież chce potwierdzić podstawy katolickiej wiary,
ponieważ martwi się głębokim kryzysem w Europie. Dziwi się tylko, dlaczego
wobec poważnych problemów, jakie przeżywa świat, Ojciec Święty "skupia
swoją energię na wykazaniu różnicy między pornografią i seksem a 'czystą
miłością’".
Wiele osób ujawnia aprioryczne uprzedzenia lub bardzo powierzchowne podejście.
Na przykład "Karen" pisze: "Jeszcze nie czytałem (-łam) encykliki,
ale nawet bez czytania mogę wyrazić moją opinię opartą na przysłowiu: czyny
mówią głośniej niż słowa. (…) Zobaczmy czyny papieża, nie same słowa. Mowa,
nawet święta, jest tania". ("Sacred Ordinary", 30.01.2006).
Ktoś inny przyznaje szczerze: "Nie czytałem jeszcze encykliki, ale słyszę
od innych, że jest dobra. Jeżeli Hansowi Küngowi się podoba, to to mówi dużo" (Steve
Bogner, tamże, 28.01.2006.) Tak zwane "Pismo niezależne", pod nazwą "Bibuła" w
artykule zatytułowanym "Dysydencki teolog Hans Küng chwali nową encyklikę
Papieża" (26.02.2006) czytamy: "Pierwsza encyklika papieża Benedykta
XVI 'Deus caritas est’ wywołała różne reakcje na świecie: od głównie pozytywnego
przyjęcia, przez pewne uczucie niespełnienia, aż po negatywne uwagi. (…)
Hans Küng chwali encyklikę jako mającą 'solidne teologiczne podstawy’ oraz
jako 'nie będącą manifestem sprzeciwiającym się kulturalnemu permisywizmowi
czy restrykcyjnej moralności w sferze seksualnej’. Ksiądz Küng zaapelował do
Papieża – używając jego prawdziwego nazwiska – by następna encyklika pokazała
taką samą miłość w odniesieniu do środków antykoncepcyjnych, rozwodów oraz
wobec innych chrześcijan. Küng wezwał również, aby Papież był bardziej wyrozumiały
dla krytyków Kościoła i dla protestantów…".

"Pozytywne zaskoczenie"
Redakcja CWN (Catholic World News) podkreśla cel encykliki, którym jest odbudowanie
właściwego rozumienia miłości, podkreślając, że ludzka miłość ma swoje źródło
w Bogu. Encyklika nie wchodzi w aktualne kontrowersje, lecz zwraca myśl czytelnika
ku fundamentalnym aspektom wiary chrześcijańskiej ("Understanding the
Encyclical"). Bardzo pozytywne naświetlenie dał w "Asia News" Bernardo
Cervellera w artykule "Boski eros i agape – lekarstwo dla świata" (Deus
caritas est: God’s eros und agape, medicine for the world). Wykład Papieża
jest wolny od jednostronności, jakiejkolwiek tendencyjności, ma na uwadze
jedynie ukazanie prawdy miłości (Miłości). Autor akcentuje aspekt "lekarstwa" dla
świata, podkreślając potrzebę ożywienia tej mocy duchowej, której tak mocne
świadectwo dawała Matka Teresa. Autor twierdzi, że nawet w środowiskach pozachrześcijańskich
przykład chrześcijan jest głęboko inspirujący.
Niemal we wszystkich komentarzach specjalne zainteresowanie wzbudza integrująca
interpretacja "erosa" w ukazanym obrazie miłości (w encyklice). Nie
jest wolny od tego także oficjalny komentarz Zenitu (25.01.2006). Typowo dziennikarskie,
ale pozytywne podejście do encykliki zawiera wypowiedź Ruth Gledhill ("Times" 26.01.2006,
artykuł "Passionate prose is a real revelation"). Autorka czaruje
czytelnika przyznaniem się do pozorowanego zaskoczenia encykliką, po której
spodziewała się potępienia naszego materialistycznego, zachodniego społeczeństwa,
sformułowań wykazujących "wewnętrzne zło" antykoncepcji, zdrady celibatu,
homoseksualizmu itd. Stwierdza jednak, że "miłym zaskoczeniem jest stwierdzić,
ze byłam w błędzie". Autorka pisze, że pierwsza część encykliki była dla
niej "prawdziwą rewelacją" porównywalną z najpiękniejszą prozą świata
poświęconą temu tematowi. Spostrzegła również, że słowo 'intrinsic’ było tu
związane nie ze zjawiskiem zła, lecz z więzią istniejącą między miłością Boską
i ludzką. Podziwiając niezwykłą inteligencję Benedykta XVI, stwierdza również
lojalnie, że "każde zdanie, kropka, a nawet przecinek mówi o ortodoksji".
Dodaje, że "Encyklika nie jest dziełem 'inkwizytora’, jest dziełem kogoś,
kto kocha Boga" – tak kończy artykuł Ruth Gledhill.

Niezadowoleni
Daniel Williams chłodniej i z dystansu ocenia encyklikę jako skoncentrowaną
na sprawach istotnych ("In Style and Substance, Pope Displays a Return
to Essentials" – "Washington Post" 26.01.2006). Autor przytacza
opinie pewnych ludzi, którzy poczuli się zawiedzeni tym, że Papież nie proponuje
jakiegoś wielkiego programu błyszczącego nowością idei. Więcej krytycznych
uwag znalazło się oczywiście w gejowskim biuletynie "Dignity USA".
Do tekstu encykliki przykładają swoją interpretację, wybitnie rozszerzającą,
a zarazem zawężającą sens "miłości". Debbi Weill sugeruje mianowicie,
że encyklika zawiera wezwanie do całego Kościoła, aby objął swą miłością
także "gejów, lesbijki, osoby biseksualne i transseksualne". Jakkolwiek
Papież wprost o tym nie mówi, to zwolennicy tych "orientacji seksualnych" tak
odczytują tekst encykliki, że Kościół chce teraz objąć swoją miłością tych
także, którzy dotąd tej miłości nie doznawali, czyli że Kościół zatwierdzi
różne formy relacji "seksualnych". Powinien to uczynić także w
imię zasady, że "wiara nie musi pozostawać w konflikcie z wiedzą naukową".
Podobnie krytyczne uwagi i śmiałe postulaty sumuje Christopher w biuletynie "Against
the Grain" (2.02.2006). Przytacza poglądy takich autorów, jak Stephen
Crittenden, Charles Curran, Rocco Palmo, których nazywa "lewicowymi".
Critterden uważa encyklikę Benedykta XVI za "pastoralną", to znaczy
(według niego) wolną od rygorów naukowych i normatywnych. Encyklika nie zajmuje
się "seksem" ani nie zawiera potępień. Nie wspomina o prokreacji
ani o antykoncepcji, ani o "Humanae vitae", ani o Jana Pawła II 'teologii
ciała’. Podobnie jak Critterden, również Curran uważa, że encyklika nie stoi
na straży "prawdy", co jest "ulgą" dla wielu. Obaj odczuwają
dziwny resentyment wobec Jana Pawła II, wobec "konserwatywnych katolików",
wobec "represywnej doktryny moralnej" Kościoła. Rocco Palmo, nazywający
kard. Ratzingera "pancernym kardynałem", jest zaskoczony łagodnością
stylu encykliki. Wspomniany już wcześniej Hans Küng wyraża nadzieję, że Benedykt
XVI zmieni swoje nastawienie wobec problemów doktryny moralnej w Kościele.
Podobnych głosów jest więcej (w: "Against the Grain").
Jeśli chodzi o autorów sytuujących się "na lewicy" lub zupełnie poza
wspólnotą Kościoła, nie dziwimy się, że pragną oni przyjęcia takiej rozszerzonej
i rozluźnionej interpretacji miłości, która byłaby zdolna usankcjonować wszystko,
co tylko człowiek wymyśli i co da się objąć tym parawanem.
Nieco bardziej dziwne jest, że nawet biskup Kościoła katolickiego znalazł się
wśród zwolenników "złagodzenia" kościelnej wykładni dotyczącej etycznej
prawdy miłości. Prasa doniosła ("LifeSiteNews" 17.02.2006), że biskup
Francis Deniau (w Nevers, we wschodniej Francji) zwrócił się do Watykanu z
petycją złagodzenia moralnych zakazów dotyczących "metod kontroli urodzin".
Biskup przyłączył się mianowicie do grupy tak zwanych intelektualistów chrześcijańskich
walczących o zaakceptowanie przez Kościół metod "kontroli urodzin".
Rzekomo właśnie encyklika zachęciła "intelektualistów" do tej inicjatywy
i obudziła nadzieję na "możliwość takiej zmiany" – twierdzi biskup.
Mimo że encyklika nie zostawia miejsca dla liberalnej interpretacji, niektórzy "dostrzegli
w niej wskazówkę złagodzenia restrykcji przeciw antykoncepcji".
Stara to prawda, że każdy człowiek odbiera ten sam przekaz przez filtr swojej
subiektywności. Dlatego także autor nazwiskiem Bouldin dostrzega w encyklice
pewne elementy relatywizmu, ukryte choćby w wieloznaczności słowa "miłość" ("The
Daily Gotham" 3.02.2006). Inny autor (Michale Liccione, "Sacramentum" 27.01.2006)
zarzuca encyklice, że jest raczej podobna do długiej homilii, a więc zachęcająca
głównie do medytacji, ale dlatego jest zbyt ogólna, niedająca szczegółowych
rozstrzygnięć. Autor pisze: "Jestem rozczarowany, że encyklika nie jest
bardziej szczegółowa i tym samym bardziej uderzająca (offensive). Wiele tu
mowy o erosie, ale nie mówi się wprost o seksualnej moralności. Mówi się wiele
o społecznym wymiarze miłości, lecz brak nazwania konkretnych spraw – pozytywnych
czy negatywnych. Tu wszystko jest prawdziwe, ale zbyt ogólne". Autora
boli to, że "wielu katolików w krajach rozwiniętych żyje de facto w stanie
wewnętrznej schizmy. Stałe nauczanie Kościoła jest przyjmowane jedynie wybiórczo;
w przedmiocie antykoncepcji jest przeważnie ignorowane. (…) Mówię o ludziach,
którzy nigdy nie słyszeli głosu Chrystusa przemawiającego przez Piotra i dlatego
nawet nie uważają się za grzeszników w konkretnych dziedzinach życia. Jeśli
katolicyzm ma pozostać odróżniającym się głosem w świecie, tych ludzi należy
zmusić do dokonania wyboru między rzeczywistością a wygodną namiastką katolicyzmu,
którą teraz wyznają". Ale czy można kogoś zmusić? Może trzeba zacząć od
siebie?

Opoka wiary i "kamień obrazy"
Interesujące są komentarze usiłujące rozwijać pewne wewnętrzne aspekty dokumentu.
Ktoś z ogromną satysfakcją stwierdza, że "Miłość jest ortodoksją",
że "jest początkiem i celem całego nauczania Kościoła. I ponieważ Chrystus
nas kocha, poleca nam, byśmy nie niszczyli małżeństwa przez antykoncepcję.
I właśnie, ponieważ miłujemy Chrystusa, kształtujemy nasze życie małżeńskie
zgodnie z nauczaniem Kościoła" (Becky, "Orthodoxy", 26.01.2006).
Sympatycznie podchodzi do tematu miłości francuska strona "Questions
essentielles", podkreślając potrzebę pozytywnego widzenia rzeczywistości
ciała nacechowanego seksualnością.
W sposób prowokacyjnie dowcipny podchodzi do problematyki encykliki "The
Anchoress" (18.01.2006), sugerując, że przeciętny odbiorca zareaguje na
encyklikę automatycznie pytaniem: "O rety, znowu coś o seksie?",
przytaczając taką hipotetyczną sentencję: "Znowu o seksie? Czemu Kościół
nie przestanie w końcu mówić każdemu, że seks jest rzeczą złą? Seks jest dobry,
ale to nie jest wielki problem i sprawa załatwiona". Autor podchwytuje
to hipotetyczne pytanie i prostuje pogląd, stwierdzając (w duchu encykliki),
że "Kościół nie uczy, iż seks jest zły. Przeciwnie, seks jest czymś dobrym;
lecz w rzeczywistości jest to poważna sprawa (wielka sprawa), ponieważ seks
jest święty". Autor sięga do początku, do stworzenia, do obecności Boga
przenikającej całą rzeczywistość stworzoną. Wraca do historii "Humanae
vitae", podkreślając profetyczny charakter encykliki Pawła VI. Wskazuje
na, wpisaną w misterium Chrystusa i Kościoła, tajemnicę małżeństwa, ożywionego
Eucharystią.
Różnorodność reakcji świadczy o tym, jak głębokiego tematu dotknął Benedykt
XVI, a zarazem jak płytkie, rozbieżne i nieuformowane wiarą jest myślenie wielu
ludzi, nawet katolików. Powiedzmy, nawet teologów, którzy próbują pouczać i
upominać Papieża, a nawet myślenie niektórych biskupów, oszukanych przez wiodących
w ich środowisku "intelektualistów". Mam na myśli tego biskupa francuskiego,
który proponował Ojcu Świętemu "przemyślenie na nowo" stosunku do
antykoncepcji. Zdumiewająca jest logika niektórych myślicieli, którzy w głęboko
mistycznej encyklice, która miłość ludzką pragnie podnieść na poziom uczestnictwa
w Bogu (bo takie jest chrześcijaństwo), dopatrują się zapowiedzi rozluźnienia
moralnej dyscypliny Kościoła w zakresie życia małżeńskiego. Zupełnie niedawno
(4 kwietnia) Benedykt XVI, przemawiając do biskupów Wybrzeża Kości Słoniowej,
przypomniał, że powołaniem małżeństwa jest świętość (Zenit 4.04.2006). Przypominał
również wiele razy, że podstawą moralności jest prawda: jest ona także podstawą
miłości. Stąd oczekiwania tych, którzy kierują się w życiu kryteriami subiektywnymi
i w ogóle relatywizmem, że Benedykt XVI, potwierdzając zasadę fundamentalną,
rozluźni dzięki temu normy szczegółowe. Jest to przypuszczenie zupełnie absurdalne
i zawierające w sobie fałszywe założenia na temat istoty Urzędu Nauczycielskiego.
Sytuacja pod tym względem niewiele się zmieniła od czasu dramatycznego sprzeciwu
niektórych grup teologów i biskupów (głównie w krajach kultury atlantyckiej)
wobec treści encykliki "Humanae vitae". Zamieszanie, które wtedy
powstało w umysłach wiernych, nie zostało do końca usunięte, pomimo wieloletniego
nauczania Jana Pawła II, który zasady etyki małżeńskiej wyjaśnił gruntownie
i obszernie, jak nikt przed nim w historii. Benedykt XVI w swej encyklice podał
we własnym ujęciu genialną syntezę tej samej nauki, którą głosił jego wielki
Poprzednik. Benedykt jest więc chyba ostatnim człowiekiem, po którym można
byłoby się spodziewać, że od tej nauki odstąpi i pozwoli na antykoncepcję lub
inne zafałszowania miłości, która kształtuje w człowieku podobieństwo do Boga.
W czasie publicznej audiencji 5 kwietnia br. Papież podkreślił nierozdzielność
prawdy i miłości w misji Kościoła. Powiedział m.in.: "Kościół miłości
jest także Kościołem prawdy, pojętej jako wierność Ewangelii powierzonej przez
Pana Jezusa swojemu Kościołowi". Nie może więc ktoś pozostawać w komunii
z Kościołem, jeśli oddala się od jego zbawczej nauki. Dzieje Kościoła dowodzą,
że niestety od początku były podziały i "nie powinno nas dziwić, że istnieją
również dzisiaj" (Zenit, 5 kwietnia). Sformułowania w streszczeniu podanym
przez CWN są nawet bardziej radykalne (5 kwietnia). Wiadomość w CWN zatytułowana "Kościół
musi bronić prawdy przeciwko niewierzącym" wywołała lawinę komentarzy
internautów, ujawniających, jak bardzo w dzisiejszym zamieszaniu jest potrzebne
jasne i autorytatywne odróżnienie prawdy od tego, co prawdą nie jest.
W tym świetle widzimy, jak pozbawione sensu są wymagania, aby Papież zmienił
naukę moralną w dziedzinie życia małżeńskiego. Ci ludzie, którzy już odrzucili
naukę Kościoła, a więc postawili się poza komunią wiary i miłości, wymagają,
aby Kościół dostosował się do nich, czyli żeby zdradził samego siebie. Potrzebują
Kościoła, którego się wyrzekli, ale potrzebują go po to tylko, aby udowodnić,
że jego nauką można dowolnie manipulować. Z jednej strony przypisują Kościołowi
swoistą wszechmoc, zakładając, że może on ustanawiać i znosić prawa moralne,
a zarazem usiłują mu dyktować, co powinien czynić, czyli sami czynią się instancją
wyższą od Kościoła, a poniekąd od Pana Boga, gdyż to o Jego prawo chodzi.
W tych dziwnych roszczeniach, aby zalegalizować grzechy przeciw małżeństwu
i tym samym automatycznie uczynić je wyrazem miłości i składnikiem zbawczego
Przymierza, tkwi głęboka sprzeczność, której oni jednak nie zauważają. Można
to zilustrować przykładem z dziedziny medycyny: przychodzi do lekarza pacjent
przeżarty do końca chorobą AIDS i mówi: "Panie doktorze, zrób pan coś
z tym, bo źle się z tym czuję". A lekarz, pełen współczucia i tolerancji,
mówi: "Bądź pan spokojny, to nie choroba, to szczyt zdrowia"… Czy
taki pacjent może odzyskać wiarę w swoje zdrowie po takim zastrzyku kłamstwa?
Kościół nie jest wszechmocny, nie może zamienić fałszu w prawdę ani grzechu
w świętość. Kusiciel, który usiłował zawładnąć Chrystusem na pustyni, był w
pewnym sensie bardziej dyplomatyczny i nawet bardziej kulturalny: sugerował
tylko, żeby "kamień stał się chlebem". Dzisiejszy kusiciel, ubrany
w togi, a nawet ornaty, posuwa się do granic bezczelności: wymaga od Kościoła,
aby moralny gnój dzisiejszej cywilizacji ubrał w aureolę i postawił na ołtarzu.
Do czego to doszedł świat?

ks. prof. Jerzy Bajda

drukuj