Déjá vu
Wielokrotnie mogliśmy przekonać się, obserwując rzeczywistość polityczną
III RP, że aktualnie mamy do czynienia ze swego rodzaju powtórką z pierwszych
lat tzw. transformacji. Początek lat dziewięćdziesiątych to przecież nie tylko
zmonopolizowanie medialnego przekazu "głównego nurtu" przez nachalnych
akwizytorów "partii ludzi rozsądnych", ale tocząca się w tle agresywna kampania
wymierzona w Kościół. Zgodnie ze sztuką propagandy, utrzymywano wówczas, że
celem ataku jest Kościół hierarchiczny, i to nie cały, tylko ci księża biskupi,
którzy swoimi wypowiedziami udowodnili, że "Kościół boi się demokracji" i "jej
nie rozumie".
W ostatnich tygodniach mogliśmy przekonać się, że tak jak dwadzieścia lat
temu w tej roli obsadzany był ks. bp Józef Michalik (wówczas ordynariusz
gorzowski), tak i obecnie rola ta została mu przez liberalny "mainstream" na
nowo przydzielona. W 1991 r. inkryminowano polskiego księdza biskupa za to, że
zalecił, by katolik głosował na katolika, a Żyd na Żyda. W 2012 r.
przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski ma przepraszać za dostrzeżenie
zorganizowanego ataku na Kościół.
Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku mieliśmy do czynienia z różnymi
odcieniami antykatolickiej propagandy. Od wulgarnej ("Nie" J. Urbana) po
szukającą innej frazeologii troskę o to, by "Kościół Syllabusa, Kościół
zamknięty" nie wziął góry nad "Kościołem otwartym, Kościołem aggiornamento". I
dziś jest podobnie. Od ruchu poparcia byłego wiceprzewodniczącego Platformy
Obywatelskiej po tych, którzy widzą w Polsce dwa Kościoły ("łagiewnicki" i
"toruński") – mamy do czynienia z różnymi odcieniami tego samego projektu:
uczynienia Polski na nowo poprzez odgórnie narzuconą laicyzację. Zresztą po
niedawnych enuncjacjach jednego z czołowych reprezentantów tego kierunku należy
wnosić, że w pojęciu "Polak katolik" nie tylko chodzi o zanegowanie tożsamości
duchowej Polaków, ale i o usiłowanie wykorzenienia tożsamości narodowej.
Role podzielono. Tutaj także nic się nie zmieniło w porównaniu z okresem o
dwadzieścia lat wcześniejszym. Jak pokazuje przykład Seweryna Blumsztajna z
"Gazety Wyborczej" dzierżącego na "manifie" transparent z wulgarnym napisem,
pewne atawizmy są silniejsze.
Kontestowanie wartości
Charakterystyczne jest również to, jak niektórzy politycy zgrabnie powrócili do
swoich wcześniejszych postaw wobec obecności Kościoła czy szerzej – wartości
chrześcijańskich w sferze publicznej. Warto w tym kontekście przypomnieć sobie
słowa i czyny czołowych polityków Kongresu Liberalno-Demokratycznego z początku
lat dziewięćdziesiątych, tych, którzy po kilkunastu latach stanęli na czele
Platformy Obywatelskiej, a od 2007 r. sprawują rządy w RP.
Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to radykalna rozbieżność między słowami
a czynami polityków KL-D. W kwietniu 1991 r. w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej"
Janusz Lewandowski, odnosząc się do swojego środowiska politycznego, stwierdzał:
"My cenimy wartości stabilizujące, chrześcijańskie. Wielką zmianę ustrojową
chcielibyśmy przeprowadzić metodami nieco konserwatywnymi. Dobrze znamy walor
ciągłości (…). To jest dla nas bardzo ważne – zachowanie fundamentów naszej
moralności opartych na zasadach europejskiej tradycji kulturowej, u podstaw
której leży chrześcijaństwo" ("GW", 13-14 IV 1991, nr 87).
W rozmowie z Adamem Michnikiem w październiku 1991 r. ówczesny premier Jan
Krzysztof Bielecki deklarował: "Liberał to nie musi być człowiek, który na
przykład odrzuca wartości chrześcijańskie" ("GW", 19-20 X 1991, nr 245).
Przypomnijmy, że cytowane słowa padały w roku wyborczym. Po wyborach w 1991 r.
nagle sposób widzenia wartości chrześcijańskich przez KL-D radykalnie się
zmienił. W deklaracji programowej tej partii przyjętej w następnym roku znalazł
się postulat "światopoglądowej neutralności" państwa oraz sprzeciw wobec
projektów ograniczenia w Polsce plagi aborcji.
Zaraz jednak zapewniano opinię publiczną: "Nic się nie stało, Polacy, nic się
nie stało". W październiku 1992 r. Donald Tusk, ówczesny przewodniczący KL-D,
przedstawiał stanowisko swojej partii w wymienionych wyżej kwestiach jako
umiarkowane i wyważone. Na łamach "Gazety Wyborczej" zapewniał bowiem, że
"każdy, kto instrumentalnie traktuje Kościół, robi wielki błąd, tak samo jak
ten, kto uważa, że Kościół jest zagrożeniem. Liberałowie nie chcą walczyć z
Kościołem. Uważamy tylko, że prawo i ustrój Polski trzeba zbudować w sposób
świecki" ("GW", 29 X 1992, nr 255).
W tym samym czasie przewodniczący KL-D dawał do zrozumienia, że – używając tu
frazeologii Donalda Tuska – "przed księżmi klękać nie będzie". W listopadzie
1992 r. we "Wprost" tonem heroicznym niemal zapewniał, że "jeżeli ceną
niezależności ma być nieprzychylność jakiegokolwiek autorytetu w Polsce, to my
tą cenę jesteśmy gotowi zapłacić" i dalej: "każdy, kto z niezależności opinii
robi antykościelną kampanię, wystawia sobie fatalne świadectwo" ("Wprost", 15 XI
1992, nr 46).
Świadectwo czynów w postaci istotnych głosowań polityków KL-D dezawuowało ich
zapewnienia o afirmowaniu "stabilizujących wartości chrześcijańskich". W 1993 r.
podczas głosowań nad ustawą o ograniczeniu zabijania nienarodzonych oraz nad
ustawą o mediach publicznych, wprowadzającej zapis o konieczności respektowania
przez publicznych nadawców wartości chrześcijańskich, Kongres
Liberalno-Demokratyczny na czele ze swoim przewodniczącym był przeciw obu tym
aktom prawnym. Za propagandową fasadą, utrzymującą, że liberałowie są niejako
"ponad" ani nie wysługują się Kościołem, ani nie traktują go jako zagrożenie,
stała twarda rzeczywistość polegająca na opowiedzeniu się czołówki KL-D (w tym
Donalda Tuska) za aborcją na życzenie i sprzeciw wobec zapisu chroniącego
wartości chrześcijańskie w mediach publicznych.
Dzisiaj premier RP zapewnia in foro publico, że kierowany przez niego rząd "nie
ma zamiaru toczyć krucjaty przeciw Kościołowi". A jakie są czyny? Dyskryminacja
Telewizji Trwam, sprawa kapelanów w wojsku, ostatnia kwestia związana z
Funduszem Kościelnym – przekonują, że także tutaj mamy do czynienia z powrotem
do przeszłości, czyli z rozejściem się słów i czynów. Za fasadą uspokajającej
propagandy tkwi inna polityka.
Pozory konserwatyzmu
Spojrzenie na początki krótkiej historii Kongresu Liberalno-Demokratycznego (w
1994 r. rozpłynął się w Unii Demokratycznej, tworząc nową formację: Unię
Wolności) jest pożyteczne również pod innym względem. W KL-D bowiem istniało
tzw. skrzydło konserwatywne. Na początku lat dziewięćdziesiątych najważniejszą
postacią tego nurtu był Lech Mażewski. W 1993 r., gdy większość jego partyjnych
kolegów żeglowała w stronę "świeckiego państwa", mówił o potrzebie
"konserwatywnej ścieżki modernizacji Polski", podkreślał, że "konsekwentnie
należy zwalczać tą postać sekularyzacji, która dąży do wszechwładzy państwa
(…). Rygorystyczne postrzeganie separacji Kościoła i państwa musi spowodować
ogołocenie życia publicznego z symboli religijnych" ("GW", 6-7 III 1993, nr 55).
Bardzo szybko okazało się, że takie poglądy w KL-D były całkowicie
zmarginalizowane, a nadzieje na "ukonserwatywnienie" tej partii od wewnątrz –
płonne. Dwadzieścia lat później również możemy usłyszeć o bycie pod tytułem
"skrzydło konserwatywne w PO", o konserwatystach w partii domagającej się in
vitro, związków partnerskich i ratowania budżetu państwa z kościelnej tacy.
Prof. Grzegorz Kucharczyk historyk
