Deficyt demokracji

W kontekście aktualnej sytuacji politycznej w naszym kraju rodzą się
pytania o to, czym właściwie jest dzisiaj demokracja, jakie są rzeczywiste
mechanizmy jej funkcjonowania oraz – przede wszystkim – na ile znaczenie pojęcia
"demokracja" odzwierciedla kryjącą się za nim treść? Innymi słowy: jaki zakres
decyzji pozostaje realnie w gestii "ludu", czyli nas wszystkich – obywateli
Rzeczypospolitej Polskiej.

Niski poziom dojrzałości?
Do dziś pamiętam niesmak, jakim napełniły mnie słowa wypowiedziane po porażce
Tadeusza Mazowieckiego w pierwszej rundzie wyborów prezydenckich w 1990 roku.
Opinia, że polskie społeczeństwo nie dorosło do demokracji, bo większą liczbą
głosów obdarzono Lecha Wałęsę i Stanisława Tymińskiego, wskazywała, moim
zdaniem, przede wszystkim na fakt, iż istnieją środowiska traktujące swoją wizję
polskiej sceny politycznej niemal jak prawdę objawioną, gotowe pogniewać się na
rzeczywistość, jeśli do tej wizji nie przystaje. Do dziś idea ta rozwijana jest
twórczo, zwłaszcza w kręgach tzw. salonu, choć nie tylko tam. Demokracja winna
jednak polegać na umożliwieniu swobodnej konfrontacji poglądów, a nie sprowadzać
się do pouczania maluczkich z pozycji środowiskowego "autorytetu". Powinna
wyrażać się poprzez walkę na racjonalne argumenty, a nie emocjonalne odmawianie
przeciwnikom politycznym prawa do prowadzenia własnej działalności publicznej i
napiętnowanie ich przez negatywne etykiety. Jeżeli tak ma wyglądać dojrzałość
społeczeństwa, a zwłaszcza jego liderów, do demokracji, to trzeba zadać pytanie,
czy wymarzona przez nich forma pluralizmu politycznego, będącego jednym z
podstawowych wyznaczników demokracji, polegać ma na konformistycznym
przyklaskiwaniu "jedynie słusznym" poglądom głoszonym przez arbitralnie
namaszczone "autorytety" i sprowadzeniu pluralizmu debaty publicznej do
akceptowalnego spektrum poglądów reprezentowanych z jednej strony przez Tomasza
Lisa, z drugiej zaś przez Jacka Żakowskiego? A może w postwyborczej
rzeczywistości paleta ta łaskawie zostanie "znacznie" poszerzona, obejmując
Janusza Palikota z lewej i Jarosława Gowina z prawej strony sceny politycznej,
co – przypomnijmy – nadal równać się będzie postawom mieszczącym się do niedawna
w łonie rządzącej partii?

Poziom zniechęcenia
Ciekawe, jak wielu uczestników "święta demokracji" zdaje sobie sprawę z tego,
ile właściwie waży ich głos, jak duży wpływ mają na podejmowane przez ich
"wybrańców" decyzje? Niestety, zapewnienia o triumfującej demokracji zaczynają
przypominać propagandowe slogany, za którymi kryje się niewiele prawdy. I nie
chodzi tu nawet o fakt, że w wyborach parlamentarnych frekwencja nie osiąga
nawet poziomu 50 procent, w związku z czym można zaryzykować stwierdzenie, iż
największym poparciem w naszym kraju cieszy się obojętność w kwestiach
politycznych, choć z drugiej strony należy dostrzec złożoność przyczyn absencji
w lokalach wyborczych w dniu głosowania. Warto jednak zauważyć, że w stosunku do
liczby osób uprawnionych do głosowania (niemal 31 mln Polaków) zwycięska PO
uzyskała jedynie niecałe 19 proc. głosów, zaś drugie w stawce PiS – niemal 14
procent. Ale to tylko wymiar ilościowy współczesnej polskiej demokracji. O wiele
istotniejsze jest pytanie o jej jakość. Nawet demokracja w swoim współczesnym,
ułomnym, z konieczności pośrednim charakterze, winna być przestrzenią formowania
wspólnoty odpowiedzialnych obywateli. Warunkiem niezbędnym dla realizacji tego
celu jest poszanowanie podmiotowości obywateli wskazujące na traktowanie ich
jako rzeczywistego suwerena. Nietrudno zauważyć, jak wygląda pod tym względem
sytuacja w dzisiejszej Polsce. Obywatel najczęściej traktowany jest jako zło
konieczne, chwilowa przeszkoda (w okresie wyborczym) w realizacji "jedynie
słusznej" polityki, wobec czego należy ograniczyć mu możliwość decydowania do
jak najwęższego kręgu zagadnień. Trzeba przyznać, że spora część obywateli RP
wydaje się nie rozumieć podstawowych zasad ustrojowych państwa i nie jest
zainteresowana udziałem w życiu polityczno-społecznym. Wymowne jednak, że
działania zmierzające do ograniczenia roli Narodu w życiu publicznym, choćby
poprzez pozbawienie go dostępu do istotnych informacji (przeforsowanie
ograniczenia dostępu do informacji publicznej, próba kontroli internetu) są
dziełem partii mającej w nazwie przymiotnik "obywatelska". Co to ma wspólnego z
demokracją? Innym, znacznie poważniejszym problemem dzisiejszej "władzy ludu"
jest fakt, że organy, na których obsadę ma wpływ przeciętny Kowalski, to
zaledwie niewielki segment instytucji decydujących o politycznym, ekonomicznym
czy społecznym życiu naszego kraju. W wersji popularnej znamy to z autopsji:
głosujemy podczas wyborów na konkretnego, mniej lub bardziej znanego nam
kandydata… i tu nasz wpływ się kończy. Dalej polityka toczy się według
własnych reguł – nasi "wybrańcy" głosują według wytycznych z centrali, zaczynają
mówić głosem szefa ugrupowania, czasem rozpoczynają peregrynację po różnych
partiach. Wpływ obywatela na dalsze postępowanie tych, którzy otrzymali jego
głos w wyborach, jest praktycznie żaden. Trudno bowiem uznać za taki możliwość
negatywnej weryfikacji w kolejnych wyborach. Organy wyłaniane w procesie wyborów
powszechnych mają jednak coraz mniejszy wpływ na kształtowanie rzeczywistości.
Owszem, parlament nadal stanowi prawo, a prezydent jest częścią władzy
wykonawczej. Coraz większy wpływ na ich prace, jak również bieżącą politykę
państwa, mają instytucje w praktyce niepoddawane kontroli społecznej, nie mówiąc
już o ich wyłanianiu w wyniku powszechnych wyborów: media, sądy, korporacje
(zarówno w sensie biznesowym, jak i zawodowym). Dodajmy do tego złowieszcze
wpływy służb specjalnych, które dysponują sięgającą czasów komunistycznych
siecią formalnych i nieformalnych kontaktów, dających realną możliwość wpływania
na kształt polskiego życia publicznego.

Emocje zamiast rozumu
Nie bez powodu przywołałem wcześniej działania PO mające na celu ograniczenie
obywatelom prawa dostępu do informacji publicznej. Informacja jest zasadniczym
elementem, w oparciu o który podejmuje się racjonalne decyzje. Zwróćmy uwagę na
fakt, że współczesna kampania wyborcza pozbawiona jest w zasadzie czynników
racjonalnych, zastępowanych przez odwoływanie się do emocji. Miejsce prezentacji
programu wyborczego zajęły narracje budujące atmosferę strachu i kreujące wroga,
wszechobecna jest propaganda sukcesu, w której jako osiągnięcie przedstawia się
działania mające być podjęte dopiero w przyszłości, a zamiast przekonać do
siebie lepszym merytorycznie programem – zniechęca się do głosowania na
konkurenta, detonując kolejne "bomby" przedwyborcze. Wszystkie te chwyty
mobilizują wprawdzie elektorat, ale mobilizacja ta nie ma nic wspólnego z
poparciem dla programu partii, którego niektóre elementy mogą być wręcz ukrywane
przed opinią publiczną. Szokujące, że taki sposób traktowania obywateli –
rzekomego "suwerena" w państwie demokratycznym, nie różni się w zasadzie od
praktyki państwa totalitarnego, które, przypomnę, również działało w interesie
szerokich "mas pracujących miast i wsi", czy też volku. Nie twierdzę, że
współczesna Polska jest państwem totalitarnym. Dostrzegam jednak ewidentne
analogie: permanentne odwoływanie się do woli ludu (obywateli), przy
jednoczesnym manipulowaniu tą wolą na wielką skalę, dla osiągnięcia zakładanego
z góry celu; mobilizowanie do poparcia poprzez odwołanie się do emocji, a nie
racjonalny dyskurs. Twierdzę, że zarówno we współczesnym państwie
demokratycznym, jak i w systemie totalitarnym obywatel poddawany jest
permanentnej manipulacji, mającej prowadzić do utrzymania bądź zdobycia władzy,
poparcia społecznego, eliminacji (choć w demokracji: nie eksterminacji)
przeciwników politycznych.

Organizujmy się
Aby przeciwstawić się opisanej wyżej sytuacji, niezbędne jest podjęcie
długofalowych działań, których realizacja powinna skutkować przywróceniem
pojęciu "demokracja" jego właściwego znaczenia. Przede wszystkim konieczna jest
edukacja obywatelska społeczeństwa, od małego dziecka po dorosłego wyborcę. Nie
da się jej prowadzić bez odwołania do podstawowych zasad, które powinny rządzić
życiem publicznym: szacunku do każdego człowieka, uczciwości w życiu osobistym i
publicznym, osobistej odpowiedzialności za skutki podejmowanych działań, a nade
wszystko prawdy, która zakłada rzetelną wiedzę o rzeczywistości. Po drugie,
należy budować społeczeństwo obywatelskie, przyciągając ludzi do inicjatyw na
poziomie lokalnym, czyli tam, gdzie rzeczywiście będzie widać efekty ich
działań. Chodzi o ukształtowanie przekonania, że możemy mieć realny wpływ na
rzeczywistość społeczno-polityczną, w której żyjemy, ale wpływ ten wiąże się z
solidarnym ofiarowaniem swojego czasu i umiejętności wspólnocie lokalnej. Jak
największy zakres kompetencji powinien przysługiwać władzom lokalnym, tym, na
których działanie obywatele mają największy wpływ. Należy dążyć do zmiany
chorego modelu, w którym państwo traktuje obywatela jako nieodpowiedzialnego
lekkoducha, który nie wie, co dla niego dobre i którego należy prowadzić za
rękę. Przeciwnie, jeśli chcemy zweryfikować prawdziwość zapewnień o
podmiotowości społeczeństwa, domagajmy się oddania spraw w ręce wspólnot
lokalnych, co, w moim przekonaniu, zapewni realny wpływ obywateli na politykę
państwa, a jednocześnie przyczyni się do racjonalnego gospodarowania jego
finansami.

 

Dr Jarosław Rabiński
historyk, Katolicki Uniwersytet Lubelski
 


Autor jest stypendystą Polonia Aid Foundation Trust, napisał monografię
"Konstanty Turowski 1907-1983. Życie, działalność, myśl społeczno-polityczna"
(2008) nominowaną do Nagrody im. prof. T. Strzembosza.

 

drukuj