Dali delegacji prezydenta tylko dwóch ochroniarzy
Generał Marian Janicki, szef Biura Ochrony Rządu, nie widział pełnej
listy pasażerów prezydenckiego Tu-154M. Utrzymuje, że wizyta Lecha Kaczyńskiego
w Katyniu nie była oficjalna i dlatego nad bezpieczeństwem głowy państwa i
pozostałych gości czuwać miało na miejscu zaledwie dwóch funkcjonariuszy. Według
niego, to standard w tego typu przypadkach.
Generał Janicki zapewnił, że choć wizyta była nieoficjalna, to strona polska
„opracowała z Rosjanami taki standard przygotowań, wszystko było tak
dopracowane, jakby to była oficjalna wizyta państwowa”. W związku z tym na
lotnisku w Smoleńsku na prezydenta czekało dwóch oficerów BOR, którzy dotarli na
miejsce wcześniej. Funkcjonariusze mieli zająć się jedynie bezpiecznym
rozlokowaniem prezydenta i pozostałych pasażerów w samochodach, które miały ich
zawieźć na miejsce uroczystości. W pozostałych kwestiach ochrona prezydenta
Kaczyńskiego i całej delegacji podlegać już miała rosyjskim służbom. Jednak
będący na miejscu polscy dziennikarze zaznaczali, że ta również nie była
wystarczająca. Nie tylko prezydent nie miał odpowiedniej ochrony na czas lotu i
pobytu w Rosji. Zabrakło bowiem także żandarmerii, która w takich przypadkach
powinna – osobno – czuwać nad bezpieczeństwem generałów i dowódców wojsk.
Tymczasem jak powiedział gen. Janicki, żadna ochrona dowódców z nimi nie
leciała.
Generał Janicki przyznał wczoraj w rozmowie z Radiem Zet, że o tym,
kto dokładnie znajduje się na pokładzie Tu-154M, dowiedział się dopiero po
katastrofie. – Taka wiedza nie jest mi potrzebna, tym zajmują się moje służby
odpowiednie. Ja wiedziałem, że leci pan prezydent, że są ministrowie z
Kancelarii Prezydenta, że leci prezydent Kaczorowski, i przydzieliłem stosowną
ilość oficerów ochrony – powiedział. Zapewnił także, że gdyby wcześniej dostał
do ręki pełną listę pasażerów lotu do Smoleńska, to zaraz by zareagował. – (…)
uważam, że nie powinni latać wszyscy razem – powiedział.
MBZ
