Czekając na katastrofę
Trzy katastrofy lotnicze w czasie lotów szkolnych i sześć ofiar
śmiertelnych. Bilans minionego tygodnia jest tragiczny. Czy to jednak tylko
wynik nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, czy też efekt bezmyślnej i
niekontrolowanej komercjalizacji?
Lotnisko Warszawa-Babice nie spełnia wymogów do prowadzenia szkoleń –
wskazują piloci, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik". Jak podkreślają, tragiczne
wydarzenie z ostatnich dni, jakie miało miejsce na tym obiekcie, tylko to
potwierdza. – Głównym elementem szkolenia lotniczego jest start, lot po kręgu i
lądowanie. W czasie szkolenia lotniczego trzeba wykonać te czynności
kilkadziesiąt razy. Taki lot ma odbywać się po prostokącie, ale na lotnisku
Warszawa-Babice nie jest to wykonalne z uwagi na otaczające zabudowania. Krąg
jest nietypowy i niesymetryczny – tłumaczy Ignacy Goliński, były członek
Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych oraz b. dyrektor Aeroklubu Ziemi
Piotrkowskiej. Także wylot do stref, w których pilot uczeń może zapoznawać się z
pilotażem, wykonać figury podstawowe, jak wiraże, spirale, wiąże się z przelotem
ponad miastem. A to nie jest dobre rozwiązanie. W ocenie naszych rozmówców, już
same te fakty powodują, że lotnisko nie powinno być wykorzystywane do szkoleń.
Ale to nie koniec listy zastrzeżeń, bo Babice nie dysponują odpowiednim miejscem
do wykonania awaryjnego lądowania.
– W instrukcji wykonywania lotów istnieje zapis, że jeżeli samolot wystartuje
i po starcie w granicach do wysokości 100 metrów w działaniu silnika wystąpi
przerwa, to pilot powinien mieć na wprost siebie pola do lądowania i nie mogą
być one odchylone od linii startu więcej niż 15 stopni – wskazuje Goliński.
Prawdopodobnie właśnie ów brak mógł przyczynić się do tragicznego finału lotu z
1 maja. Doświadczony pilot instruktor zgłosił problemy z silnikiem tuż po
stracie, na wysokości 30-40 m, i nie mając przed sobą miejsca na awaryjne
lądowanie, próbował wrócić na pas startowy. Samolot runął na ziemię.
Kontrowersje wokół wykorzystania Babic nie przeszkadzają zarządcy w
staraniach, by obiekt obecnie figurujący w rejestrze lotnisk lotnictwa służb
porządku publicznego znalazł się w rejestrze cywilnym. Takie rozwiązanie ma
służyć zabezpieczeniu przez obiekt m.in. właśnie lotów szkolnych. Obecnie takie
loty się tam odbywają, ale zarządzający lotniskiem otrzymuje od użytkownika
tylko informacje o zapotrzebowaniu na start czy lądowanie, a kwestie, jaki
charakter ma ów lot, pozostają pomiędzy ULC a przewoźnikiem.
– Lotnisko to nie jest lotniskiem cywilnym. Procedura związana z wpisaniem go
do rejestru lotnisk trwa – potwierdziła Katarzyna Krasnodębska, rzecznik prasowy
Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Warto jednak pamiętać, że w przeszłości ULC
wskazywał, że lotniskowa straż pożarna nie spełnia wymagań rozporządzenia w
sprawie przygotowania lotnisk do sytuacji zagrożenia oraz lotniskowych służb
ratowniczo-gaśniczych. Nie ma też na miejscu służb medycznych. Jeśli jednak
obiekt miałby znaleźć się w rejestrze cywilnym, to do rozwiązania pozostanie
kwestia, kto pokryje koszty związane z realizacją wymogów, skoro obiekt należy
do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W ocenie naszych rozmówców, w obecnej
sytuacji należałoby raczej przyjąć, że na Babicach nie powinny odbywać się loty
szkolne. Warunki do tego typu działalności spełnia oddalone o 45 km od Warszawy
lotnisko Chrcynno należące do Aeroklubu Warszawskiego, które zresztą w okresie
letnim jest wykorzystywane przez aeroklub do tego celu.
Łatwe licencje
W ocenie pilotów, szkolenie na Babicach to nie jedyny problem. Szkopuł w tym,
że w Polsce w ogóle zbyt łatwo można zdobyć turystyczną licencję pilota.
Wystarczą do tego pieniądze i fantazja. Coraz częściej za to brakuje rozwagi i
fachowego podejścia do całości procesu szkolenia, bo liczy się tylko zysk.
-Grono osób, które zapragnęły być pilotem, powiększa się, ale wiele z nich
nie zdaje sobie sprawy z tego, czym to grozi. Każdemu wydaje się, że w wieku,
powiedzmy, 40 lat można zostać superpilotem. Niestety, tak nie jest. Zawód
pilota sprowadzany jest "do poziomu" – ocenia pilot z dużym doświadczeniem
lotniczym na wojskowych i cywilnych statkach powietrznych. Jego zdaniem, Polska
nie jest gotowa do masowego latania, przede wszystkim nie ma ku temu warunków
atmosferycznych. – Pogoda jest zmienna, a dni bezchmurnych nie ma zbyt wiele. A
to mamy chmury burzowe, a to deszczowe, a to znów oblodzenie, a jak nie, to
turbulencje itd. Taki mamy klimat. Niestety, Polska nie leży na południu Europy
i warunki do latania są gorsze. A programy szkoleń są takie same jak na południu
Europy. Może należałoby więc zweryfikować to szkolenie? – zauważa lotnik. Według
niego, jeżeli chcemy latać bezpiecznie, musimy wrócić do rozwiązań, w których
ośrodki szkolenia lotniczego spełniać będą wysokie, bardziej rygorystyczne
kryteria. – Obecnie mamy w Polsce ok. 70 ośrodków, które szkolą pilotów do
licencji turystycznej, na Zachodzie w danym kraju jest ich kilkanaście. U nas
każdy aeroklub, a w zasadzie kto tylko chce, otwiera szkołę lotniczą i szkoli.
Jaka idzie za tym jakość? – pyta nasz rozmówca. Czy w takiej sytuacji można
utrzymać właściwy poziom szkolenia? Nie. Liczba szkół znacznie utrudnia
kontrolę, po wtóre – z racji liczby potrzebnych instruktorów za szkolenie biorą
się coraz mniej doświadczeni piloci. Ponadto wiele do życzenia pozostawia
sprzęt. Często wiekowy, sprowadzany z Zachodu. Stąd też naturalną konsekwencją
powiększającej się popularności lotnictwa turystycznego, zwiększenia liczby
szkół będzie większa liczba wypadków. – W moim przekonaniu, ULC powinien
zaostrzyć kryteria. Mimo postępującej liberalizacji rynku aerokluby powinny
zająć się szkoleniem tylko swoich członków, a nie ścigać się z komercyjnymi
ośrodkami. Z kolei jeśli ktoś chce komercyjnie szkolić pilotów, niech to czyni,
ale niech taki podmiot dysponuje odpowiednią infrastrukturą, bazą szkoleniową.
Nie może być tak, że priorytetem jest tylko pieniądz – dodaje.
Podobnie sprawę ocenia Ignacy Goliński. – Szkolenie zawodzi i widzę tu pole
do działania dla Urzędu Lotnictwa Cywilnego – zauważył w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem". Jak dodał, ULC w ostatnim czasie jakby skupił się na kontroli
sprzętu, ale i tak organizowane akcje nie przełożyły się w oczekiwany sposób na
jakość. Jak przyznał, nie można zaprzeczyć, że problem w tym zakresie istnieje,
bo na polskim rynku pojawiają się w sporej ilości używane samoloty sprowadzane z
Zachodu, które remontowane są na niecertyfikowanych częściach, a następnie
sprzedawane po atrakcyjnych cenach. Jednak kwestią pilną jest jakość szkolenia
pilotów. – Narobiło nam się instruktorów i pseudoinstruktorów, którzy zdobyli
uprawnienia i "szkolą". Ale to wszystko nie odbywa się na odpowiednim poziomie.
Jestem przekonany, że wielu z tych instruktorów nie byłoby w stanie mi
odpowiedzieć na kilka prostych pytań z bezpieczeństwa, przepisów czy budowy
sprzętu – dodał.
Tragiczny bilans
Tylko w ostatnim tygodniu doszło do trzech wypadków awionetek. Zginęło sześć
osób. W każdym przypadku były to loty szkoleniowe. W niedzielę, 29 kwietnia, na
Górze Kamieńsk w wypadku awionetki zginęli 71-letni instruktor i 36-latek, który
uczył się pilotażu. Samolot rozbił się tuż po starcie. Maszyna runęła na ziemię
w odległości ok. 500-600 metrów od pasa startowego. Do wypadku doszło podczas
manewru skrętu w prawo. Samolot wpadł w korkociąg i pikował. Kolejny tragiczny
wypadek miał miejsce 1 maja na lotnisku Warszawa-Babice. 33-letni instruktor i
37-letni uczeń ćwiczyli na ultralekkim samolocie Liberty lądowanie i odejście.
Podczas jednego z kolejnych startów pilot zgłosił kłopoty z silnikiem. Próbował
zawrócić na pas, by wylądować, ale samolot leciał zbyt wolno, a silnik
szwankował. W efekcie maszyna uderzyła w ziemię. Obaj mężczyźni zginęli na
miejscu.
Trzecia tragedia wydarzyła się 3 maja w okolicach lotniska w Pile. Rozbił się
samolot typu Zodiak. Maszyna spadła w lesie około 100 metrów od lotniska
Aeroklubu Ziemi Pilskiej. Samolot należał do czeskiej szkoły latania, która ma
swoją filię w Pile. Ponownie ofiarami wypadku byli instruktor i uczeń. I tu do
tragedii doszło tuż po starcie maszyny z lotniska. Przypadek? Sprawy na razie
szerzej nie komentuje ULC. – Urząd Lotnictwa Cywilnego musi poczekać na raport
Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, która ustali przyczyny ostatnich
zdarzeń. Dopiero wówczas będziemy wiedzieli, co zawiodło, czy przyczynami były
awarie techniczne, czy błąd ludzki wynikający np. ze szkolenia lotniczego –
poinformowała nas Katarzyna Krasnodębska. Jak przyznała, rzeczywiście
niepokojący wydaje się aspekt związany ze szkoleniem. – Z pewnością eksperci,
którzy w Urzędzie odpowiadają za bezpieczeństwo lotów, oraz eksperci
odpowiadający za certyfikację i nadzór nad ośrodkami szkolenia lotniczego będą
podejmowali czynności sprawdzające. W jakim zakresie, to będzie zależało od
wspomnianego raportu PKBWL – dodała.
Marcin Austyn
