Czas powiedzieć „sprawdzam”
Z dr. Zbigniewem Kuźmiukiem, ekonomistą, posłem do Parlamentu
Europejskiego w latach 2004-2009, rozmawia Anna Ambroziak
Jak ocenia Pan obecną sytuację naszych finansów publicznych?
– Sytuacja finansów publicznych jest bardzo zła. Według Eurostatu, dług Polski
już na koniec roku 2009 przekroczył pierwszy próg ostrożnościowy z ustawy o
finansach publicznych i wyniósł 51 proc. PKB, czyli blisko 685 mld złotych.
Minister finansów Jacek Rostowski jednak twierdzi, że to było tylko 49,9 proc.
PKB, manipulując danymi. Mimo tego optymizmu rządzących nie da się ukryć
znaczącego przyrostu deficytu finansów publicznych (w roku 2011 w dalszym ciągu
będzie on wynosił około 6 proc. PKB) i ciągle gwałtownego przyrostu długu
publicznego.
Sytuacja finansów pogarsza się z miesiąca na miesiąc, a za cały okres rządów
Donalda Tuska dług wzrośnie o ponad 300 mld zł przy wyprzedaży majątku za
przynajmniej 50 mld zł i drenażu dywidend z państwowych firm na kolejne
20 mld złotych. Rząd przyjął projekt budżetu na 2011 rok i życzliwi mu
ekonomiści i jeszcze bardziej życzliwe media ocenili, że jest to budżet ambitny,
bo deficyt budżetowy będzie aż o 12 mld zł mniejszy od tego, jaki zaplanowano w
roku 2010. Rzeczywiście rząd zaplanował stosunkowo wysoki wzrost gospodarczy,
wynoszący 3,5 proc. PKB, niską inflację 2,3 proc. i wyraźny spadek stopy
bezrobocia do 9,9 proc. przy przewidywanym na koniec tego roku przekraczającym
12 procent. Konsekwencją tego optymizmu jest ograniczenie deficytu do 40,2 mld
zł, podczas gdy ten planowany na koniec bieżącego roku miał wynieść 52 mld zł
(prawdopodobnie będzie mniejszy m.in. w związku z wysoką, wynoszącą aż 4 mld zł
wpłatą z zysku Narodowego Banku Polskiego).
Te założenia są realne?
– Założenia te są mało realistyczne, bo według wielu ekonomistów, czeka nas w
2011 roku druga fala kryzysu w Ameryce, a więc i w Europie. Rzeczywiście deficyt
będzie mniejszy, ale dług wyniesie ponad 800 mld złotych. Już najwyższy czas, by
zapytać premiera Donalda Tuska o prawdziwe efekty jego rządzenia. Cały czas
bowiem rozwijamy się gospodarczo, oszczędzamy (ministrowie w świetle kamer już
drugi rok z rzędu deklarują premierowi miliardowe oszczędności), a dług
publiczny rośnie w zastraszającym tempie. Kiedy ekipa Tuska przejmowała władzę,
wynosił on 520 mld zł, kiedy będzie kończyła swoją kadencję, dług ten będzie
wynosił już ponad 820 mld zł, a więc wzrośnie o 300 mld zł, co po obecnym kursie
oznacza ponad 90 mld USD. Oto prawdziwe rezultaty tych rządów.
Jednak w porównaniu z pierwotnym planem rząd o 5 mld zł skorygował w dół
poziom deficytu. Oszczędności budżetowe ma przynieść m.in. 10-procentowa
redukcja administracji, utworzenie wspólnego konta dla wszystkich ministerstw,
urzędów centralnych i rządowych agencji.
– Nawet jeśli tak będzie, to co z tego, że deficyt mniejszy, jak deficyt
finansów publicznych wyniesie około 6 proc. PKB, a więc ok. 90 mld zł, a dług –
powtarzam raz jeszcze – wzrośnie prawdopodobnie do kwoty ponad 800 mld złotych?
Ten gwałtowny przyrost długu odbywa się mimo masowej wyprzedaży majątku
narodowego, nazywanej przez rząd prywatyzacją, choć z prywatyzacją ma to
niewiele wspólnego. W roku ubiegłym była to kwota 12 mld zł, w roku bieżącym ma
to być aż 25 mld zł, a w przyszłym – 15 mld zł i prawdopodobnie to oznacza, że w
następnych latach nie będzie już co sprzedawać.
Rząd liczy na to, że 3,5-procentowy wzrost zagwarantuje wyższe wpływy z PIT i
CIT. Dochody budżetowe mają też poprawić dodatkowe wpływy z podwyżki VAT oraz
dochody z dywidend od spółek Skarbu Państwa. Niektórzy z ekspertów są zgodni, że
ulży to przyszłorocznemu budżetowi.
– Z tymi dochodami podatkowymi może być różnie: już w tym roku założenia
budżetowe opierały się na wzroście PKB 1,2 proc. PKB, w ciągu dwóch kwartałów
wzrost wynosi 3 proc. PKB, a wpływy z podatków dochodowych są niższe od
założonych. Jeżeli chodzi o wpływy z dywidend czy prywatyzacji, to mogą być
osiągnięte, tylko będzie to drenaż przedsiębiorstw i chaotyczna wyprzedaż
majątku, czasami za bezcen. Ponieważ trudno spodziewać się jakiegoś gwałtownego
przyrostu inwestycji, a także eksportu ze względu na wzmacnianie złotego także
poprzez działania samego ministra finansów, więc 3,5-procentowy wzrost PKB
wydaje się jednak założeniem zbyt optymistycznym. Poza tym coraz częściej
ekonomiści zakładają wystąpienie drugiej fali kryzysu finansowego w gospodarce
światowej (ekonomiści amerykańscy twierdzą, że prawdopodobieństwo wystąpienia
tego zjawiska w ich gospodarce wynosi aż 60 proc.), co oczywiście oznaczałoby
przeniesienie go do gospodarki europejskiej, a więc i polskiej.
Ekonomiści podkreślają, także wypowiadając się na łamach "Naszego Dziennika",
że podatki w Polsce są źle skonstruowane. VAT obciążający konsumpcję jest za
wysoki, co najsilniej odczuwają osoby o niskich dochodach, zaś podatek dochodowy
jest zbyt spłaszczony i preferuje najzamożniejszych podatników.
– To akurat prawda i będzie jeszcze gorzej, bo wszystko wskazuje na to, że
doczekamy się podstawowej stawki VAT na poziomie 25 procent. Polska już teraz
należy do krajów o wysokim poziomie VAT, wyższe stawki mają tylko kraje
skandynawskie i – po ostatniej podwyżce – Węgry oraz Grecja.
Jak stan naszych finansów publicznych wypada w porównaniu z innymi krajami
UE? I co będzie, jeśli nie osiągniemy planowanego wzrostu?
– Jeśli chodzi o porównanie z sytuacją innych krajów UE, mamy wynik nie
najgorszy. Ale gospodarki krajów zachodnich, nawet jeżeli dług tych państw jest
wyższy w relacji do PKB niż w Polsce, są bardziej wydajne i w związku z tym mają
większą zdolność jego spłaty. Co do kwestii drugiej: gdy dług przekroczy nie
tylko poziom 55 proc. PKB, ale także konstytucyjny próg 60 proc. PKB, wtedy będą
kłopoty z jego obsługą (wzrośnie gwałtownie rentowność polskich obligacji).
Wariant węgierski, a kto wie, czy i nie grecki, czai się już za węgłem.
Dziękuję za rozmowę.
