Cynicy i cymbały

Miliony Polaków, którzy dali się ogłupić antykaczyzmem, nie dostrzegają, że
prezydent Rzeczypospolitej w ruskiej trumnie to nie tylko oburzający brak
decorum, ale również degradacja państwa, że raport MAK to nie tylko
potwierdzenie tego, co wiemy o Rosji, lecz klęska polskiego państwa, że Tusk
jeżdżący na nartach w Dolomitach w czasie ogłaszania raportu to nie tylko pokaz
małości człowieka, któremu się udało zdobyć władzę, lecz także cios w pozycję
Polski.

Dla ludzi, którzy mają elementarne rozeznanie w rzeczywistości, a w ich umysłach
antykaczyzm nie dokonał nieodwracalnych zniszczeń, treść raportu MAK, a także
forma jego zaprezentowania nie były zaskoczeniem. Mówiąc brutalnie, kiedy się
okazało, że to MAK będzie badał katastrofę, ufność w efekty jego pracy mogli
deklarować wyłącznie cynicy lub cymbały.
Również konferencja prasowa premiera Tuska, na którą wyskoczył do Warszawy z
Dolomitów, nikogo rozsądnego nie zszokowała, bo wiedzieliśmy, że ten polityk –
tak bezwzględny w walkach partyjnych i wewnątrzpartyjnych – jest w kontaktach
międzynarodowych miałki, słaby i tchórzliwy. Znaleźli się jednak tacy w Polsce,
a liczba ich niemała, którzy raportem byli zaskoczeni. Prezenterzy telewizyjni,
publicyści większości głównych mediów czy zawodowi mędrcy nie czuli już jednak
dostatecznej pewności siebie, by – jak to mieli wcześniej w zwyczaju –
przedstawić upokarzającą klęskę rządu jako kolejny sukces. Powstaje zatem
pytanie: Czy skala poniesionej przez rząd porażki wzbudzi wreszcie powszechne
podejrzenie, że być może z państwem polskim jest coś nie tak i że pora w końcu
przewartościować naszą ocenę III Rzeczypospolitej? Cynicy i cymbały zapewne
wątpliwości nadal mieć nie będą, lecz trzeba liczyć, że jakaś część chwalców
Polskiej Republiki Platformianej doznała otrzeźwiającego wstrząśnienia.

Polityka ugody i serwilizmu
Polska nie jest normalnym państwem, ponieważ nie spełniamy koniecznego warunku
państwowości. Takim warunkiem jest solidarne działanie wszystkich głównych sił
politycznych w interesie państwa i narodu. Platforma Obywatelska dokonała w tym
względzie rewolucji. Takiej rewolucji nie zrobili nawet postkomuniści – choć
zapewne mieli na to ochotę – gdyż powstrzymywała ich obawa przed społecznym
potępieniem. Podobnych obaw Platforma nie odczuwała. A rewolucja, jakiej
dokonała, polegała na graniu interesem narodowym dla celów wewnętrznej walki
partyjnej. Istniała wcześniej niepisana zasada, iż konfliktów między partiami
nie eksportujemy, bo nie wolno występować przeciw nadrzędnemu dobru, jakim jest
państwo polskie.
Platforma tę zasadę odrzuciła. Zaczęła atakować prezydenta Lecha Kaczyńskiego za
politykę wschodnią, mimo że dla wielu Polaków tego rodzaju polityka stanowiła od
dłuższego czasu naturalny schemat działania, za którym stały doświadczenie oraz
diagnozy licznych analityków politycznych w rodzaju ubóstwianego przez salon
Jerzego Giedroycia. A atakowano Kaczyńskiego nie dlatego, że miano lepszy
pomysł, lecz by utrudnić mu polityczne zabiegi, nawet kosztem polskiego
interesu.
Lista działań Polsce szkodzących jest zaiste długa: od likwidacji ważnych
placówek dyplomatycznych i odpuszczenia sprawy polskiej mniejszości w Niemczech
po europejską służbę zewnętrzną i sprawę Gazociągu Północnego oraz Świnoujścia.
Spektakularnym przykładem takiego działania rządu Tuska i samego premiera było
wdanie się w grę z Putinem przeciw prezydentowi Kaczyńskiemu w sprawie
uroczystości katyńskich. Fakt, że coś takiego zrobił premier Polski w
porozumieniu z premierem Rosji, którym jeszcze do niedawna straszono polskie
dzieci, i że uszło to Tuskowi bezkarnie, jest czymś niebywałym w życiu
politycznym. Nie znam analogicznego przypadku w żadnym z krajów, który uchodzi
za cywilizowany.
Ale najbardziej odrażającym przykładem politycznej demoralizacji było śledztwo
smoleńskie oddane Rosjanom już na samym początku. Ta decyzja stanowiła
zwieńczenie wszystkich niedobrych rzeczy, które robiono wcześniej. Oto państwo
polskie ogłosiło światu swoją niemoc. Przesłanie było wyraźne: w sprawie śmierci
prezydenta Kaczyńskiego i blisko stu innych osób, w tym szefów sił wojskowych,
państwo polskie nie będzie miało nic do powiedzenia. Zdajemy się na łaskę i
niełaskę Rosji. Coś tam ględzono o pojednaniu i poprawie stosunków, lecz nie
trzeba wielkiej przenikliwości, by wiedzieć, że dowodem na pojednanie i poprawę
stosunków byłaby wyraźnie uzgodniona samodzielność Polski w tej sprawie
śledztwa. Pojednanie, które oznaczało, że takiej samodzielności mieć nie możemy,
to farsa. Propaganda pojednania, wymyślona przez cyników, została stworzona dla
tej rzeszy cymbałów, którzy zapalali świeczki na grobach żołnierzy Armii
Czerwonej po to, żeby przypadkiem Polacy nie pokochali za bardzo Lecha
Kaczyńskiego. Kapitulanctwo rządu Platformy w sprawie smoleńskiej dowodziło
czegoś przeciwnego: polski rząd wcale nie pojednał się z Rosją, lecz po prostu
nie śmiał się jej przeciwstawić, a sama myśl, że można było coś takiego zrobić,
była dla premiera i jego współpracowników niewyobrażalna.

Po Tusku ruiny i zgliszcza
Decyzja o kapitulacji była symboliczna. Do tej pory PO dawała do zrozumienia, że
to ona prowadzi grę – wredną, paskudną, szkodzącą Polsce – lecz rozgrywaną
samodzielnie, a jej celem miało być wyeliminowanie kaczyzmu. Teraz ten rzekomy
makiawelizm pokazał swoją prawdziwą twarz. W końcu Tusk przyznał: nie możemy, bo
jesteśmy słabi, a jesteśmy słabi, bo sami się osłabiliśmy.
Tusk nie rozumiał albo nie chciał rozumieć – rozleniwiony przez długie
przebywanie na boisku, picie whisky i towarzystwo PR-owców – że nie można
bezkarnie łamać świętej zasady działania solidarnego w interesie narodowym.
Pozwalanie na klepanie po plecach przez zachodnich kolegów i dobre recenzje
niekompetentnych publicystów nie zafałszują rzeczywistości. Granie przeciw
opozycji w stosunkach międzynarodowych przynosi krótkotrwałe korzyści, lecz w
istocie nieodwracalnie kompromituje. Pokazuje bowiem słabość, której już nie da
się usunąć. Teraz Tusk może się głośno sierdzić (co jest mało prawdopodobne),
może grozić Rosji (co jest wątpliwe), może nawet występować publicznie z nożem w
zębach, ale to wszystko na nic. Wszyscy – to znaczy, wszyscy, którzy podejmują
decyzje polityczne w świecie – wiedzą, że Tusk i jego rząd to słabeusze. Kto
systematycznie okazuje się galaretą, galaretą pozostanie. Galareta, która nagle
udaje tygrysa, wywołuje tylko odruch politowania.
Piszę to wszystko z przykrością, nie tylko dlatego, że jako były bliski
współpracownik prezydenta Lecha Kaczyńskiego traktuję jako rzecz szczególnie
bolesną wszystko to, co się stało: od medialno-politycznej dintojry, jaka
poprzedziła tragedię smoleńską, do upokarzających sytuacji, które nastąpiły
potem. To, co zrobiła PO z Polską w ciągu ostatnich kilku lat, nie będzie się
dawało szybko naprawić. Zdegradować pozycję kraju jest łatwo, lecz naprawienie
szkód trwa bardzo długo. Gdy Platforma będzie oddawała władzę (co, mam nadzieję,
nastąpi szybko), zostawi po sobie ruinę. Nie tylko brak armii, brak dróg i
autostrad, zniszczoną edukację, gigantyczny dług, schamienie sfery publicznej i
wiele innych okropnych rzeczy, lecz także drastyczne osłabienie polskiej pozycji
w świecie.

Skończcie z konformizmem!
Na koniec dwie uwagi. Jedna dotyczy polskiego społeczeństwa, druga – członków i
zwolenników Platformy. Mam nadzieję, że rację miał wieszcz, pisząc o naszym
Narodzie jako o lawie posiadającej gorącą głębię, oraz że rację miał również
Stefan Żeromski, gdy pisał, że odebranie Polakom duszy nie może się udać. To
prawda, że kaci Narodu Polskiego, okupanci, zaborcy i najeźdźcy nie dali nam
rady. Byłoby zaiste paradoksem, gdyby większe sukcesy w tym niechlubnym dziele
miała partia małych cwaniaków.
Druga uwaga dotyczy członków i sympatyków Platformy Obywatelskiej. Znam kilku z
nich, o których mogę powiedzieć, że są ludźmi przyzwoitymi. Zastanawiam się,
kiedy wreszcie powiedzą "non possumus". Śledztwo smoleńskie i raport MAK są
dobrą po temu okazją. Demoralizacja tuskizmem w Polsce zaszła już tak daleko, że
poczucie przyzwoitości nakazywałoby okazanie dystansu. Można było udawać – bo
tak nakazywała dyscyplina partyjna – że prezydent Kaczyński nie rozumiał
dzisiejszego świata; można było twierdzić, że trzeba płynąć z głównym nurtem
dzisiejszej Europy, bo takie deklaracje niewiele kosztują; można było nawet
mówić, że przyjęcie (?!) konwencji chicagowskiej było decyzją racjonalną, choć
takie twierdzenie wymuszało unikania spojrzenia w lustro przez jakiś czas. Nie
można jednak tolerować takiego stopnia upokarzania Polski, do jakiego doszło w
ostatnim czasie. Ja oczywiście wiem, że jest taki typ ludzki, który "tak się
wdroży do długo i cierpliwie noszonej obroży, że w końcu gotów kąsać rękę, co ją
targa". Mimo to jednak wierzę, że ludzie, których uważam za przyzwoitych, są
istotnie przyzwoitymi i swoją przyzwoitość zamanifestują. Który pierwszy,
Panowie?

 

Prof. Ryszard Legutko
 

 

Autor jest profesorem filozofii, posłem do Parlamentu
Europejskiego; byłym senatorem i wicemarszałkiem Senatu VI kadencji, ministrem
edukacji narodowej i sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha
Kaczyńskiego.

 

drukuj