Ćwiczyliśmy na symulatorze symulatora
Z Piotrem Steczkiewiczem*, żołnierzem rozformowanego 36. Specjalnego
Pułku Lotnictwa Transportowego, rozmawia Anna Ambroziak
Czytał Pan komunikat na stronie internetowej Dowództwa Sił
Powietrznych dotyczący artykułu "Naszego Dziennika" o pułkowniku Mirosławie
Jemielniaku?
– Czytałem. A co do artykułu – zostało w nim powiedziane to, co wszyscy w
byłym już specpułku wiedzą. Jeżeli mówi się, że ktoś powinien ubiegać się o
wygraną w plebiscycie tylko dlatego, że wymienił kadrę dowódczą i poprawił
stronę internetową specpułku, to chyba lekka przesada. A taki właśnie wpis
figurował przy zdjęciu płk. Jemielniaka na stronie plebiscytu. Pan pułkownik
musiał wyrazić zgodę, by startować w plebiscycie. Moim zdaniem, nie powinien był
tego robić. Mimo że wytypowali go internauci. Ë propos – ciekaw jestem, co to za
internauci.
Dowództwo twierdzi, że płk Jemielniak nie został wskazany jako
odpowiedzialny za błędy popełnione w nadzorze nad funkcjonowaniem systemu
szkolenia w 13. Eskadrze Lotnictwa Transportowego w Krakowie. W tym także za
brak właściwego nadzoru nad zawartością merytoryczną i programową treści
szkolenia – mówi DSP.
– Nie jest mi znana rola płk. Jemielniaka w Krakowie przed katastrofą
samolotu CASA. Ale skoro informacje o jego roli w tym zdarzeniu pojawiały się
wielokrotnie, w tym również w "Naszym Dzienniku", to dlaczego nie było reakcji
po publikacjach? Dlatego jeszcze raz podkreślam: płk Jemielniak nie powinien
godzić się na wystartowanie w plebiscycie. Ten człowiek nie jest żadnym
zasłużonym dowódcą dla naszego pułku. Nieprawdą jest też to, co sugeruje
Dowództwo Sił Powietrznych, że zostały zapewnione etaty dla wszystkich pilotów
36. SPLT z uwzględnieniem sugestii personelu latającego. Ale do tego szeroko
odniósł się już mój przedmówca w wywiadzie dla "Naszego Dziennika".
Dowództwo Sił Powietrznych jest innego zdania. Podczas uroczystości
pożegnania sztandaru 36. SPLT generał Lech Majewski podkreślał też wkład płk.
Jemielniaka w wypracowanie nowych struktur organizacyjnych i nowych zasad
szkolenia w specpułku.
– Dla nas było to zaskoczeniem. Zrobiono z niego bohatera, chociaż wcale nim
nie jest. Nie zasłużył na to, by tak go nazywać. Rzeczywiście, były naciski na
poprawę w szkoleniu, ale były też buble. Mam na myśli ćwiczenia na symulatorach
Jaka-40 w Moskwie, którego wyposażenie nie odpowiadało w ogóle kabinie samolotu
używanego przez specpułk. Chodziło o rozmieszczenie konkretnych urządzeń i
przełączników, były zupełnie w innym miejscu niż w prawdziwym samolocie, a
obsługa kabiny wymagała od personelu wykonywania nienaturalnych ruchów
(przełączniki były przestawiane w sposób odwrotny). Efekt był taki, że załogi
nie miały czasu na przygotowanie się pod względem manualnym do wykonywania
ćwiczeń na "innym sprzęcie". Dużo to szkolenie faktycznie nie dało. To była
jedna wielka porażka. Taką samą kabinę, a nawet nowocześniejszą niż ta w
Moskwie, mieliśmy na Okęciu. Została ściągnięta prawdopodobnie w latach 80.
ubiegłego wieku. Przestała być używana od końca lat 90. przez załogi zapewne z
powodu braku funduszy na konserwację i części zamienne. Podobno przekazano ją do
muzeum.
Pułkownik Jemielniak został szefem Oddziału Bezpieczeństwa Lotów w
Dowództwie Sił Powietrznych.
– Moim zdaniem, raczej na to nie zasłużył. Wśród pilotów miał dość niskie
notowania. I to nie tylko w Warszawie, ale też w innych jednostkach. Mogę
powiedzieć tyle, że pewne rzeczy do niego nie docierały. A wielokrotnie było
zgłaszane to, że loty odbywają się "na siłę". Był przykaz w jednostce, by latać
i jeszcze raz latać. Koledzy wylatywali grafiki, a mimo to dokooptowywano im
kolejne godziny. Po to tylko, by słupki były jak najwyższe, by zadowolić DSP i
opinię publiczną. Cały czas miało się coś dziać. Koledzy pracowali po 12 godzin
dziennie.
Chodziło o stworzenie pozorów, że wszystko jest OK?
– Podejrzewam, że tak. Przez wszystkie te lata pułk miał bardzo duży nalot
operacyjny. Kilka razy większy niż nalot treningowy. Po katastrofie zamówienia
na loty z kancelarii premiera dramatycznie zmalały. Trzeba było jednak podnosić
słupki, bo specpułk zaczął bardzo niekorzystnie wypadać na tle innych jednostek
lotniczych. Kończyło się na tym, że było wymuszenie wychodzenia na loty szkolne.
Okęcie jest jednak o tyle specyficznym lotniskiem, że ze względu na procedury
antyhałasowe lądowanie po godz. 23.00 jest już praktycznie niedozwolone. Jeśli
to były loty inne niż operacyjne (szkolne, treningowe) – służby operacyjne
lotniska Okęcie krzywo na to patrzyły. Dlatego jeśli już do takiego lotu
dochodziło, załogi musiały zostawać na innych lotniskach i wracały do Warszawy
dopiero następnego dnia.
Szefem Oddziału Bezpieczeństwa Lotów miał pierwotnie zostać ppłk
Krzysztof Cur, specjalnie ściągnięto go do Warszawy w tym celu. Teraz został "na
lodzie".
– Tak, ppłk Cur miał zastąpić płk. Kowalczyka. Dlaczego jednak tak się stało,
że zastąpił go Jemielniak, nie wiem. Ale koledzy mówili mi, że powodem jest to,
że płk Jemielniak nie był pilotem śmigłowcowym, więc nie mógł zostać dowódcą I
Bazy, gdzie miały być tylko śmigłowce. No i trzeba było zrobić gdzieś miejsce
dla niego.
Pułkownik Jemielniak zastąpił płk. Ryszarda Raczyńskiego. To była
zmiana na lepsze?
– To były dwa różne charaktery. Pułkownik Raczyński był człowiekiem otwartym
na ludzi. Można było z nim zawsze porozmawiać. Co innego nasz ostatni dowódca.
Nigdy nie odnieśliśmy nawet najmniejszego wrażenia, by chciał kiedykolwiek
wysłuchiwać bolączek kadry pułku. A jeśli już do tego dochodziło, to nie widać
było, by bardzo brał sobie do serca to, o czym mówiliśmy.
Ale Dowództwo twierdzi, że płk Jemielniak już w kwietniu 2011 r.
dokonał wielu zmian w jednostce: usprawnił funkcjonowanie struktury
organizacyjnej pułku i doprowadził do optymalizacji zadań lotniczych na rzecz
najważniejszych osób w państwie, zintensyfikował obowiązkowe szkolenie na
symulatorach oraz że jako dowódca wykonał te zadania z jednostką na bardzo
wysokim poziomie, a przede wszystkim bezpiecznie.
– Nie jestem przekonany, czy akurat bezpieczeństwo zależało od płk.
Jemielniaka. Raczej od załóg, które wykonywały loty, i personelu technicznego,
który przygotowywał statki powietrzne. To jest zasługa tych ludzi, którzy
pracowali na pana pułkownika Jemielniaka, a którzy na pewno nie chcieli na niego
głosować w plebiscycie na "Człowieka Roku". A co do bardzo wysokiego poziomu –
on był zawsze wysoki. Jest jeszcze sprawa struktury organizacyjnej pułku. Były
zmiany, ale czy na lepsze? Powstały jakieś dziwne twory, które kompletnie
dezorganizowały pracę 36. SPLT. Chodzi o obieg informacji.
Mógłby Pan to wyjaśnić?
– Powstały pewne komórki, które wydłużyły tzw. łańcuch dowodzenia. Powstało
coś takiego jak dowództwo grupy działań lotniczych, które było nad eskadrą, ale
niżej od dowódcy i zastępcy dowódcy pułku. Powstała eskadra wsparcia, która
miała za zadanie wspierać eskadrę wykonywania lotów. Dążono do tego, by pilot,
szykując się do lotu, otrzymywał pełną dokumentację: informację o lotniskach, w
tym zapasowych, przebiegi trasy lotu, zgody dyplomatyczne, dotyczące
zabezpieczenia samolotu na lotniskach itp. Wszystko miało być zaplanowane
odgórnie, a zadaniem załogi miała być dodatkowo analiza warunków
meteorologiczmych.
Czyli wstępna analiza wykonania zadania?
– Właśnie tak. Pilot przychodził, analizował warunki atmosferyczne,
zapoznawał się z dokumentacją NOTAM, AIP itp. – i podejmował decyzję, czy można
lecieć, czy też nie.
Tak było w planach?
– Które jednak odbiegły od rzeczywistości. Powstanie nowych komórek, tych
łączników między dowódcą pułku, do którego spływały zamówienia, a eskadrami,
które były odpowiedzialne bezpośrednio za wykonywanie zadań, spowodowało, że
przepływ tych informacji był mocno opóźniony i zakłócony. W pewnym momencie
doszło do paradoksu. Po katastrofie smoleńskiej, kiedy wszystko powinno było być
już usystematyzowane, kiedy wszystkie zamówienia zgodnie z instrukcją HEAD
powinny były przychodzić z dużym wyprzedzeniem, okazywało się, że najpierw
dzwoniono, pytano, czy jest dostępny statek powietrzny, a zamówienie
przychodziło po godzinach pracy, kiedy już załoga praktycznie stała przy
samolocie. Totalny chaos. Zamiast ułatwić warunki pracy, utrudniono je. Był też
zakłócony czas odpoczynku załóg. Piloci przychodzili do pracy na godzinę 7.30 i
o godzinie 15.00 mieli informację, że muszą gdzieś lecieć. A przecież przez te
ileś godzin też pracowali. Nasi dowódcy uznawali, że mimo to są wypoczęci i mogą
latać.
Jak kończyły się takie sytuacje?
– Piloci po prostu odmawiali wykonywania zadań. Byli zmęczeni.
Jaka była rekcja dowódcy pułku?
– Na ogół nie reagował. Starał się nie wtrącać. Chociaż pamiętam, że na
początku, jak tylko przyszedł do 36. SPLT, naciskał na to, by wykonywać jak
największą liczbę lotów.
Mieliście Panowie jakieś sygnały, że będzie decyzja o likwidacji
pułku?
– O rozformowaniu dowiedziałem się z mediów. Było to w momencie, kiedy
koledzy przygotowywali się do wylotów. To było dla nas ogromne zaskoczenie –
zobaczyliśmy raptem dwóch panów na zielonej trawce, którzy mówią, że podejmują
decyzję o rozformowaniu pułku. Byliśmy bardzo zapracowani – mówiłem o tym już
wcześniej – a tu wychodzi dwóch panów i mówi nam, że jesteśmy niepotrzebni.
Jaka była Panów reakcja?
– Najpierw ogromne zaskoczenie, potem złość i na koniec – zniechęcenie.
Specpułk formalnie istniał do 31 grudnia 2011 roku. A już dzień
wcześniej nie funkcjonowała strona internetowa.
– Podobno z przyczyn organizacyjnych. Efekt był taki, że nie mieliśmy skąd
dowiedzieć się o przygotowywanym oficjalnym pożegnaniu naszego sztandaru.
Dowiadywaliśmy się o tym pocztą pantoflową. Nie rozumiem, dlaczego w tej kwestii
nie było żadnego odniesienia na stronie Sił Powietrznych. Tego samego dnia
zmieniono też napis na tablicy 36. SPLT na I Bazę Lotnictwa Transportowego.
Jakby nie można było z tym poczekać do 8 stycznia.
Co Pan czuł, żegnając się ze sztandarem 36. SPLT?
– Zrobiło mi się bardzo przykro, że z taką łatwością likwiduje się ponad
sześćdziesiąt lat historii i tradycji tej jednostki. Widziałem twarze ludzi, na
których wymalowany był smutek, a z niejednego oka popłynęły łzy. Dodatkową
potwarzą jest fakt, że wieloletnia służba rządzącym politykom nie spowodowała,
żeby ci pofatygowali się, aby podziękować chociażby żołnierzom, którzy dla
Ojczyzny oddali kilkadziesiąt lat życia.
*Imię i nazwisko rozmówcy zostały zmienione.
Dziękuję za rozmowę.
