Co dalej z oświatą?

Opór przeciwko kolejnym reformom oświaty i świadomość jej opłakanego stanu stały się ostatnio bardzo widoczne na forum publicznym. Fala protestów przeciwko likwidacji szkół, głodówki w obronie nauczania historii, bezrobocie młodzieży i brak perspektyw dla absolwentów umacniają w opinii publicznej pogląd, że zreformowana szkoła nastawiona jest de facto na produkcję taniej siły roboczej i przygotowanie młodych Polaków do emigracji. Takie efekty reformy ministra Mirosława Handkego i działań jego kolejnych następczyń z SLD i PO logicznie wpisują się w przyjęty przez III RP model państwa.

 

 

To, że szkodliwe zmiany w edukacji harmonizują z ogólnymi procesami gospodarczymi i z upadkiem kultury, pod wpływem mediów tworzy wśród ludzi wrażenie, że są one nieodwracalne. Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy poza protestami i narzekaniami na stan naszej szkoły nie powinniśmy już teraz szukać środków zaradczych? Reformy Katarzyny Hall były powszechnie krytykowane w środowisku nauczycielskim i wśród rodziców. Ale na ogół krytykowano je w przeświadczeniu, że to nic nie da, bo rząd i tak zrobi swoje, a opozycja, nawet gdyby doszła do władzy, robiłaby to samo. Rząd wzmacniał propagandowo te nastroje, każdą zmianę prezentując jako „konieczną”, bo wynikającą rzekomo z członkostwa Polski w UE i opartą na wynikach „badań naukowych”. Tymczasem w świetle prawa unijnego polityka oświatowa należy w całości do kompetencji poszczególnych państw członkowskich i Bruksela nie może w tych sprawach decydować za nas ani niczego nam narzucać. Zaś propagandowe podpieranie decyzji politycznych MEN ciągłym powoływaniem się na „badania” polegało na przypisywaniu własnej ideologii charakteru „naukowego”, na wzór PZPR, która też – co pamiętają starsi – wyznawała „socjalizm naukowy”. Pod wpływem tej propagandy większość Polaków uwierzyła jednak, że reforma oświaty to dziejowa konieczność, a wszelkie próby jej powstrzymania to, jak się wyraziła poprzednia minister, „zawracanie Wisły kijem”. Oczywiście jest to całkowita nieprawda. Reformę wprowadzono ustawą i rozporządzeniami – i tak samo można by ją odwołać. Jeśli Polacy w przyszłości wybraliby PiS, a PiS miało program ratunkowy dla oświaty, to by go wprowadziło, i ani UE, ani Bank Światowy, ani Fundacja Batorego nie miałyby tu nic do powiedzenia. Owszem, szumu i gadania byłoby przy tym wiele, bo na naprawie polskiej szkoły różne grupy w kraju i za granicą mogłyby sporo stracić. Tylko co nas to obchodzi? Demokratyczna polityka jest narzędziem do realizacji interesu narodowego – także w oświacie. Ale ten interes narodowy musi być najpierw zdefiniowany, ponieważ obecnie realizowane plany resortu edukacji w ogóle nie biorą go pod uwagę.

Szkoła jak bar szybkiej obsługi
PO traktuje szkolnictwo jako formę działalności biznesowej, część sektora usług. Mówi się głośno, że zadaniem szkoły jest świadczenie „usług edukacyjnych”. Jeśli szkoła jest zakładem usługowym podobnym do restauracji, to uczniowie są w niej traktowani jak klienci, a nauczyciele jak kelnerzy. Wiadomo: „klient nasz pan” – a więc nauczyciel zostaje wobec dziecka czy podrostka odarty z przysługującego mu autorytetu. Jeśli zaś swoimi wymaganiami czy ocenami narazi się uczniom i ich rodzicom, którzy idą na skargę do dyrektora, to dyrektor zawsze opowie się po stronie „klientów” składających zażalenie. Ale i uczeń w tym systemie ma tylko wartość rynkową, którą przypadkiem dobrze określa nazwa programu operacyjnego: „kapitał ludzki”. Absolwenta postrzega się tylko jako jednostkę ekonomiczną, której wycena, pod kątem przydatności dla pracodawców, ma się odbywać w systemie „krajowych ram kwalifikacji”. Nie wychowujemy człowieka – dostarczamy siłę roboczą na rynek.

Jakakolwiek polityka naprawy polskiej oświaty musi się zacząć od wyrugowania tego sklepikarskiego podejścia do szkoły i uniwersytetu. Szkoła i uniwersytet to nie są bary szybkiej obsługi, a wiedza i rozum nie są dobrami konsumpcyjnymi. Kiedy korzysta się z dóbr konsumpcyjnych, to się je zużywa. Natomiast kiedy korzysta się z wiedzy i rozumu, to ich nie ubywa, a wręcz przeciwnie. Dlatego naprawa oświaty musi się zacząć od wypędzenia przekupniów ze świątyni. Szkolnictwo nie obsługuje uczniów jak bary McDonald´s i nie produkuje „kapitału ludzkiego”. Szkoła w pierwszym rzędzie jest instytucją kulturalną i emanacją wspólnoty – narodowej, ogólnoludzkiej, lokalnej. Najpierw więc ma przekazywać młodzieży podstawy wiedzy naukowej i wychowywać do życia w społeczeństwie. Potem dopiero może – i powinna – uczyć umiejętności przydatnych na rynku. Jeśli jednak będziemy nadal pomijać podstawowe, poznawcze i wychowawcze cele szkoły, to za chwilę obudzimy się w społeczeństwie nowoczesnych niewolników, gotowych do instrumentalnego traktowania innych – i samych siebie. A może już w nim żyjemy?

Standardy edukacyjne
Prawdziwa naprawa systemu oświaty jest ściśle związana z naprawą państwa jako całości. W tym szczególnie z odejściem od PRL-owskiego modelu budżetu, w którym Ministerstwo Finansów najpierw liczy dochody państwa, a potem arbitralnie dzieli je między poszczególne resorty. W efekcie wszyscy dotychczasowi szefowie resortu edukacji byli tylko administratorami przyznanych im środków, a nie rzeczywistymi kreatorami polityki oświatowej. Tymczasem najpierw należałoby sformułować strategiczne cele państwa w dziedzinie oświaty, w postaci państwowych standardów edukacyjnych. Potem należałoby policzyć, ile realizacja takich standardów może kosztować w skali kraju, i zagwarantować te środki w odpowiednio skonstruowanym budżecie zadaniowym. Standardy edukacyjne powinny obejmować takie parametry, jak pożądana gęstość sieci szkół, minima programowe i wymagania egzaminacyjne, wyposażenie placówek oświatowych, liczebność klas, opieka medyczna nad uczniami itp. Ich opracowanie w powiązaniu z danymi demograficznymi i nową wizją polityki prorodzinnej powinny być zadaniem opozycji w okresie przygotowania programu, który byłby rzeczywistą alternatywą dla obecnych praktyk.Jednak jeszcze przed wprowadzeniem nowej metody konstruowania budżetu należałoby po prostu wycofać najbardziej kontrowersyjne decyzje obecnej koalicji. Ogłosić, że państwo wycofuje się z obowiązkowego obniżenia wieku szkolnego do 6 lat i zachowując 7 lat jako granicę wieku szkolnego, pozostawia rodzicom wybór, czy chcą posłać dziecko do szkoły o rok wcześniej. Oczywiście nowy rząd powinien też wycofać się z profilowania liceów i zagwarantować obligatoryjne, systematyczne nauczanie historii, w tym zwłaszcza historii Polski, dla wszystkich, aż do matury. Najpilniejsze działania powinny zmierzać do odbiurokratyzowania codziennej pracy nauczyciela. Nie może być on odrywany od pracy z uczniami i od samodoskonalenia zawodowego przez konieczność sporządzania zbędnych planów pracy, urzędowych sprawozdań i temu podobnej dokumentacji. Wiąże się z tym konieczność zmiany modelu nadzoru pedagogicznego z biurokratycznego, polegającego na mechanicznym sprawdzaniu dokumentacji szkolnej – na merytoryczny, polegający na wizytowaniu lekcji i doradztwie metodycznym dla nauczycieli w ramach poszczególnych przedmiotów. Przy zmianie w ten sposób profilu działalności kuratoriów oświaty konieczne jest także przywrócenie tym organom państwa uprawnień w zakresie oceny pracy nauczycieli, konkursów na stanowiska dyrektorów, decyzji o likwidacji szkół itp. W ogólności należy przygotować precyzyjny podział kompetencji pomiędzy samorządami jako organami prowadzącymi szkoły a administracją państwową. Obecnie samorządy są przeciążone zadaniami oświatowymi, na które nie otrzymują środków z budżetu. W przyszłości należałoby przyjąć zasadę, że samorząd odpowiada za utrzymanie bazy szkolnej (na co otrzymuje środki), a kwestie merytoryczne: programy nauczania i ośrodki doskonalenia nauczycieli, przechodzą z powrotem pod zarząd ministerialny.

Uzupełnić kanon
Zasada odpowiedzialności państwa za oświatę powinna zostać zachowana, przy czym cele państwowej polityki oświatowej muszą podlegać stałej konsultacji społecznej. Problemów oświaty nie rozwiążą szkoły prywatne ani bon oświatowy. W przewidywalnej przyszłości trzon polskiego szkolnictwa będą stanowić placówki publiczne – i przy pełnym poparciu dla szkół prywatnych, prowadzonych przez stowarzyszenia i Kościół – poziom nauczania będzie zależał od kondycji szkół publicznych. Nie możemy tu pozwolić na dalsze obniżanie wymagań. Nie możemy też godzić się na rozwarstwienie edukacyjne społeczeństwa, którego elita kształciłaby swoje dzieci w płatnych szkołach prywatnych i za granicą, a reszcie szkoły publiczne przekazywałyby tylko podstawowe umiejętności społeczne. Oznaczałoby to zgodę na oligarchiczny model społeczeństwa, zerwanie z zasadą solidarności i równości szans.

W podstawie programowej nauczania języka polskiego i historii trzeba poszerzyć kanon wiedzy wspólnej dla wszystkich, szkoła ma bowiem integrować społeczeństwo wokół dziedzictwa narodowego. Pilnej zmiany wymaga matura z języka polskiego. Podobno MEN pod wpływem krytyki chce się obecnie wycofać z osławionej „prezentacji” i zapowiada to na rok 2015. Oby, bo byłaby to zmiana ważna, a stosunkowo łatwa do przeprowadzenia. Kryzys widoczny jest też w nauczaniu przedmiotów ścisłych. Nie radzi sobie z tym ani Centralna Komisja Egzaminacyjna, ani prywatni wydawcy podręczników. Należałoby więc z jednej strony odchudzić bizantyński aparat egzaminów zewnętrznych (i całą rozdętą na różnych poziomach administrację oświatową), a z drugiej stworzyć podstawy prawne i narzędzia instytucjonalne do poprawy jakości programów i podręczników. Obecnie bowiem po pochopnej prywatyzacji Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych państwo po prostu nie ma takich narzędzi.

Odwaga myślenia
W dyskusjach nad stanem szkoły po reformie krzyżują się argumenty za i przeciw gimnazjum. Dominują głosy przeciw, a co ważniejsze, nikt nie potrafi wskazać konkretnych korzyści, jakie przyniosło wprowadzenie tego typu szkoły. Tak radykalna reforma strukturalna, jaką wprowadzono w 1999 roku, była niepotrzebna. Zniszczyła dawne liceum, które było najmocniejszym ogniwem starego systemu, doprowadziła do zdeprecjonowania szkolnictwa zawodowego. Zniesienie egzaminów wstępnych na studia i wprowadzenie systemu bolońskiego na uczelniach dopełnia obrazu dokonanej rewolucji. W takich sytuacjach na ogół nie ma prostego powrotu do starego systemu. Możliwe, zwłaszcza na krótką metę, są tylko częściowe korekty. Tak więc w szkolnictwie wyższym pożądane byłoby dziś równoległe prowadzenie 5-letnich studiów magisterskich (obok systemu 3 + 2). Możliwe jest też wycofanie się z programu Krajowych Ram Kwalifikacji, co byłoby spełnieniem marzeń wszystkich. Czy jednak zamiast profilowania 3-letniego liceum można myśleć o ponownym wydłużeniu tego etapu edukacyjnego do 4 lat kosztem poronionego gimnazjum? Jak utrzymać akademicki poziom studiów w warunkach niżu demograficznego, gdy uczelnie wprost biją się o studentów?

Nie zalecałbym działań pochopnych, ale i nie bałbym się odważnego myślenia. Państwo, któremu zależy na naprawie systemu szkolnictwa, może bowiem stworzyć takie warunki, w których nawet kolejne duże zmiany mogłyby być całkiem strawne dla nauczycieli, rodziców i uczniów. W pewnych wypadkach oznaczałyby wręcz ulgę. Na trwanie w obecnym kryzysie nie możemy się zgodzić. Powinniśmy więc już teraz prowadzić w środowisku nauczycielskim i samorządowym debatę publiczną o tym, co robić. Bowiem politykę przyszłego rządu przygotowuje się zawczasu, w opozycji. Wbrew pozorom publiczne dyskusje na spotkaniach i w mediach nie muszą być przelewaniem z pustego w próżne. Mogą bardzo pomóc PiS-owi w wypracowaniu koniecznych i akceptowalnych dla większości rozwiązań. Dziś najbardziej potrzebne jest zgłaszanie dobrych pomysłów i urabianie dla nich opinii publicznej. Potrzebne jest też budowanie więzi w środowisku zatroskanym o przyszłość polskiej oświaty i samoorganizacja obywatelska nauczycieli, pracowników naukowych, samorządowców. Pierwsze kroki w tym kierunku zostały już zrobione przy okazji protestów. Teraz trzeba wspólnie wypracować program pozytywny. Zapraszam do dyskusji.

Prof. Andrzej Waśko


Autor jest historykiem literatury, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie. W 2007 r. w rządzie PiS pełnił funkcję sekretarza stanu w MEN.

drukuj