Co BOR dopisało po katastrofie
Z ppłk. Tomaszem Grudzińskim, zastępcą szefa Biura Ochrony Rządu
odpowiedzialnym za działania ochronne w latach 2006-2007, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Poruszyła Pana rozmowa z funkcjonariuszem BOR, który na łamach
"Naszego Dziennika" mówił o wielu patologiach trapiących tę służbę.
– Tak. Cała ta sprawa jest dla mnie bardzo niepokojąca, trzeba się dobrze
przyjrzeć temu, co dzieje się obecnie w Biurze i – jeśli jest taka potrzeba –
zacząć naprawiać. Zgadzam się z Andrzejem Pawlikowskim, że należy obniżyć o
połowę stan etatowy w BOR, aby stało się służbą z prawdziwego zdarzenia. Wtedy
znajdą się pieniądze na wszystko, co pomoże chronić ważne osoby. Trudno jest mi
odnieść się do konkretnych kwestii, które ten funkcjonariusz w służbie czynnej
poruszył, bo od kilku lat jestem już poza Biurem. Przypomniał m.in. sprawę
zamachu w Bagdadzie, w którym zginął nasz funkcjonariusz. Dla mnie osobiście
śmierć Bartosza, który odpierał atak terrorystyczny, była traumą. Jeżeli byłoby
prawdą, że BOR kupiło rzucające się w oczy samochody, które w dodatku stoją
niesprawne, to jest to – delikatnie mówiąc – nieroztropność ze strony tych,
którzy je zakupili. Oby to źle się nie skończyło. Nasze zakupy nie są takie
proste. Nie tylko dlatego, że mamy kupić najlepszy sprzęt. My musimy kupić także
sprzęt, który również nie zwraca uwagi, wtapia się w tło. Trzeba trochę myśleć
przy przygotowaniu przetargów, tu idzie o życie ludzi. Jeśli chodzi o przepustki
do stref ISAF-owskich, one powinny być już dawno załatwione. I jeżeli sprawa
rozbija się jedynie o kwestie finansowe, to nie ma wątpliwości, że powinny
znaleźć się na nie pieniądze, bo bezpieczeństwo funkcjonariuszy BOR powinno być
priorytetem.
Pamięta Pan, jak ta sprawa była regulowana, kiedy był Pan zastępcą
szefa BOR?
– Rozpoczęliśmy rozmowy dwustronne z różnymi podmiotami współpracującymi z
BOR, m.in. z MON czy MSZ. Rozpoczęliśmy również rozmowy na temat przemieszczania
VIP-ów drogą powietrzną, mam na myśli loty samolotów o statusie HEAD. Gdy szefem
BOR został płk Andrzej Pawlikowski, konsekwentnie kontynuowaliśmy te rozmowy.
Zaczęliśmy porządkować dokumentacje dotyczące działań ochronnych prowadzonych
wobec osób ochranianych, tak by BOR funkcjonowało sprawnie, jak analogiczne
formacje na zachodzie Europy. Chcieliśmy doprowadzić także do tego, aby BOR
funkcjonowało niezależnie od innych służb, a jednocześnie ściśle współpracowało
z nimi, żebyśmy mieli jeszcze bardziej profesjonalnie działającą formację.
Myślę, że nie ustrzegliśmy się błędów, jak każdy. Część naszych założeń i planów
sfinalizowaliśmy. Rządziliśmy krótko i wielu spraw nie mogliśmy doprowadzić do
końca. Mam wrażenie, że tylko ktoś, kto nie zna dokładnie specyfiki działań
Biura, może wykorzystywać ludzi, którzy wyjechali na placówki zagraniczne, do
przygotowywania części wizyt VIP-ów. Na przygotowania należy wysyłać ludzi,
którzy mają wiedzę i doświadczenie. Nie rozumiem tego, że w Smoleńsku ludzie z
placówki brali udział w operacji ochronnej.
BOR tłumaczy, że wizytę prezydenta zabezpieczali ci sami
funkcjonariusze, którzy pracowali w Smoleńsku przed przyjazdem premiera.
– Człowiek, który jest oddelegowany do pracy w innej instytucji, powinien
zająć się tym, do czego został zobligowany. Działania ochronne mają prowadzić
osoby kompetentne, które wyznaczono do tych zadań i posiadają wiedzę na temat
przygotowań do tego typu operacji, m.in. o czym rozmawiać z miejscowymi
służbami, co, gdzie i dlaczego należy przygotować, jakich rzeczy należy
szczególnie dopilnować, przy czym się upierać, a co można scedować na służby
zagraniczne, jak przygotować odpowiednią dokumentację i jakie informacje wysłać
do instytucji odpowiedzialnych za konkretne rzeczy oraz wiele, wiele innych.
Chciałbym zobaczyć dokumenty Biura Ochrony Rządu z przygotowań wizyty prezydenta
w Smoleńsku w 2010 roku i skonfrontować je z dokumentami, które my
przygotowywaliśmy. Jeżeli jest tak, że śp. płk Jarosław Florczak przygotowywał
wizytę, to znaczy, że wyjechali tam nasi ludzie z Warszawy, że wszystko powinno
być przygotowane zgodnie z wytycznymi. Jak tam było na miejscu, tego nie wiem. Z
informacji, które jednak do mnie docierają, wiem, że na Siewiernym nie było
nawet kolumny samochodowej, co dla mnie jest niedopuszczalne. Przecież minimum
godzinę przed lądowaniem samolotu z VIP-ami taka kolumna musi być sprawdzona
pirotechnicznie i już odpowiednio ustawiona. Nie wierzę też w to, żeby Iłem-76
leciały samochody z kolumny. Zbyt krótki byłby czas na to, aby wyprowadzić
pojazdy z samolotu, sprawdzić je i przemieścić w przeznaczone dla nich miejsce.
Ręce mi opadają, gdy słyszę, że w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku tak naprawdę
nic nie było przygotowane, nie było na lotnisku funkcjonariuszy BOR. Powiem
wprost – coś tu nie gra. Chyba że część informacji jest zatajanych i celowo
czegoś się nie mówi. Być może tak jest, tego nie wiem. Powiem szczerze, zastępca
szefa BOR gen. Paweł Bielawny jest człowiekiem, który zna się na swojej pracy i
ma naprawdę dużą wiedzę. To on odpowiada za część Biura zajmującą się sferą
przygotowań wizyt VIP-ów. Trudno mi uwierzyć, by Bielawny zezwolił na
jakiekolwiek odstępstwa od czynności nakazanych przez przepisy prawa. Jest
fachowcem, dlatego nie wierzę w odpowiedzialność jedynie funkcjonariuszy
średniego szczebla.
Może tak jest wygodniej?
– Nie rozumiem całej tajemniczej otoczki wokół przygotowania tej tragicznej
wizyty. Przecież jeżeli ktoś czegoś nie może wykonać, coś nie zadziałało, to
informuje o tym wyższy szczebel decyzyjny. Można byłoby założyć, że
funkcjonariusze, którzy byli tam na miejscu, tak bardzo bali się swoich
przełożonych, że ich nie informowali o niezabezpieczeniu lotniska czy braku
kolumny samochodowej, w co nie wierzę. Można też gdybać, że wkradła się rutyna:
poszło tyle razy dobrze, to teraz też się uda, w co również wątpię. Ktoś musiał
mieć jakąś wiedzę na temat tego przygotowania. Nie rozumiem, jak na lotnisku
mogło nie być ani jednego funkcjonariusza BOR. Tam przecież powinna być
chociażby jedna, kompetentna osoba, która wiedziałaby, co robić w razie jakiegoś
zdarzenia, jak ewakuować ludzi czy wskazać kierunek przejazdu. Ale czy był tam
taki funkcjonariusz, można jedynie stwierdzić, mając przed sobą dokumenty
sporządzone dla potrzeb operacji. Ważne, by sprawdzić też, kiedy ta dokumentacja
powstała. Każda dokumentacja musi mieć swoje podsumowanie, które robi się po jej
zakończeniu. To taki rodzaj streszczenia, w którym informuje się, czy wystąpiły
jakieś zagrożenia, problemy, czy stosowano dodatkowe środki ochronne, jak
przebiegała współpraca ze służbami miejscowymi, czy były zmiany w programie
wizyty itp. Dziś dochodzą mnie słuchy, że pewne rzeczy w BOR były niedopełnione
i po katastrofie smoleńskiej coś było dopisywane. Wydaje mi się, że nie
chodziłoby tu o wspomniane streszczenia z operacji. Powiem szczerze, że
chciałbym się mylić w tej sprawie.
Ale podobno w 2007 r. podczas wizyty prezydenta w Smoleńsku
funkcjonariuszy BOR również nie wpuszczono na płytę lotniska
– Nie pamiętam ani jednej operacji, gdzie by nie wykonano ustalonych
czynności dotyczących funkcjonariuszy BOR, takich jak ich obecność na lotnisku
czy podstawienie kolumny samochodowej dla VIP-ów. Mimo że problemy występowały,
lotnisko było zabezpieczone. Jeszcze raz powtórzę: nie wyobrażam sobie, żeby do
takiej sytuacji w ogóle doszło.
Gdy ktoś na wysokim stanowisku, jak generał Marian Janicki, zaczyna
porównywać wizyty z lat ubiegłych, zamiast odnosić się do przepisów
obowiązującego prawa, to – przepraszam bardzo – przestaje być wiarygodny. Jeżeli
coś było źle przygotowane, to należy to nazwać, dojść do sedna: co się stało,
dlaczego tak się stało i to poprawić, złożyć obszerny raport. Nie wiem, jaki
raport leży u ministra po katastrofie w Smoleńsku, nie wiem, jakie raporty
podwładnych są w ręku szefa BOR, ale wydaje mi się, że to wszystko powinno być
obszernie opisane i już decydentom znane. Pełna wiedza na ten temat, dlaczego
się nie udało, kto był odpowiedzialny za przygotowania, powinna być znana już
dawno, chyba że ktoś napisał nieprawdę. Jeżeli którykolwiek z szefów BOR dostał
informację, że coś nie gra, czyli że są jakieś odstępstwa od planu, to jakie
były w takim razie plany? Bo jeżeli – załóżmy – plan był taki, że naszych miało
nie być na lotnisku lub że miał tam być tylko jeden człowiek, to nie było to
odstępstwo od planu, więc nie było o czym informować przełożonego. Jeżeli jednak
było tak, że nasi mieli być na lotnisku, tylko nie zostali wpuszczeni, i jeżeli
nie było przygotowanej kolumny samochodowej, to kierownictwo Biura powinno o tym
zostać poinformowane. Mówi się o tym, że BOR nie dokonało sprawdzeń urządzeń na
lotnisku, że nie kontrolowało "wieży". Nie wiem, jakie były ustalenia strony
polskiej i rosyjskiej, BOR faktycznie nie sprawdza wszystkich urządzeń na
lotniskach. Ale o tym powinien zadecydować pirotechnik obecny na miejscu. Jeżeli
stwierdziłby, że jest potrzeba dokonania odpowiednich czynności, to z dużą dozą
prawdopodobieństwa byłoby to wykonane. Natomiast, gdyby odpowiedzialny za
miejsce pobytu VIP-a funkcjonariusz był na lotnisku, to musiałby poinformować o
braku kolumny samochodowej. O tak dużym odstępstwie, do jakiego doszło 10
kwietnia 2010 roku, powinien ktoś w BOR wiedzieć.
Kto, oficer operacyjny?
– Tak sądzę. Albo bezpośrednio generał Bielawny, odpowiedzialny jako zastępca
szefa BOR za tego rodzaju działania. Jeżeli oficer operacyjny wiedział o
odstępstwach, to nie ma na to siły, żeby nie przekazał tej informacji wyżej.
Natychmiast powinien zadzwonić do szefa Biura albo innej osoby, która była jego
bezpośrednim przełożonym. Być może takie informacje były przekazywane. Specyfika
pracy naszej formacji jest taka, że nie robi się szumu wokół jej działań, a co
za tym idzie, przekaz informacji w takich przypadkach, szczególnie dla prasy,
będzie zawsze znikomy.
Generał Janicki powiedział jednak od razu, że nie ma sobie nic do
zarzucenia w kwestii Smoleńska.
– Ponieważ broni siebie, to naturalne. Jednak tylko w jednym przypadku
mógłbym zgodzić się z tym, że ma prawo tak powiedzieć: gdyby był tak zajęty, że
przekazałby wszelkie uprawnienia niżej, czyli swojemu zastępcy, generałowi
Bielawnemu. Czy tak było? Nie wiem. Janicki, z tego, co wiem, ponoć
przygotowywał się do wylotu do Stanów Zjednoczonych i dlatego nie poleciał do
Smoleńska.
Szef BOR, cedując te obowiązki na swojego zastępcę, ponosi
odpowiedzialność za całą operację?
– Jak najbardziej. Nie wyobrażam sobie, że jako główny szef nie przejrzał
chociażby dokumentacji osoby ochranianej przed wylotem. Jeżeliby tego nie
zrobił, świadczyłoby to o tym, że nie nadaje się na swoje stanowisko.
Raport Jerzego Millera zdjął jednak całkowicie odpowiedzialność z
Biura.
– Tu, proszę pana, wszystko jest pomieszane, dokładnie wszystko. Na miejscu
ministra nie wypowiadałbym się ani za, ani przeciw, ale czekałbym na
rozstrzygnięcie prokuratury, ponieważ ona ma wgląd we wszystkie akta, w całą
dokumentację. Minister Miller był sędzią we własnej sprawie, był stroną, więc
jako strona może bronić lub oskarżać swoich ludzi. Osobiście zrezygnowałbym z
zarządzania jakąkolwiek komisją, która dotyczyłaby moich podwładnych. Zresztą
poproszono mnie, bym był jednym z biegłych, którzy w tej chwili badają tę sprawę
razem z prokuraturą. Nie mogłem zrobić tego, bo byłem zbyt blisko moich kolegów,
którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, chodzi o płk. Florczaka, z którym
razem studiowałem na jednym wydziale. "Florek" ochronił prezydenta
Kwaśniewskiego przed słynnymi jajami w Paryżu; z tego, co wiem, nawet nie dostał
zwrotu pieniędzy za zniszczony garnitur. Wtedy od razu szef BOR został
zdymisjonowany, choć ewidentnie zawiniło MSZ, przestawiając bez konsultacji z
nami samochody w kolumnie prezydenckiej. Podobnie, moim zdaniem, było w Gruzji.
MSZ niejednokrotnie mieszało nam plany, choć nie powiedziałbym, że było to
celowe działanie. Po prostu MSZ myśli, że jest jedyną instytucją na ziemi, która
może nie konsultować decyzji z innymi. Florczakowi dałbym zawsze śmiało wolną
rękę w robieniu czegokolwiek, bo wszystkiego zawsze dopilnował, wszystko było
dopięte na ostatni guzik. Jego można było wysyłać w ciemno na każdą operację.
Ale w Smoleńsku ta zasada się nie sprawdziła…
– Nie wiem, czy rzeczywiście załatwiał tam wszystko jak należy, czy może byli
bezradni wobec strony rosyjskiej. Tego nie wiem, nie rozumiem. Ale nie wierzę,
że płk Florczak coś źle przygotował. Może w ostatniej chwili coś się zdarzyło,
że Rosjanie postanowili nie wpuszczać naszych na płytę? Florczak jednak zawsze
twardo stąpał po ziemi i robił to, co do niego należało. Nie sądzę więc, by nie
konsultował tego z przełożonymi. Powiem tak: z coraz większą uwagą przyglądam
się pracom zespołu parlamentarnego badającego katastrofę smoleńską. Po
prezentacji badań prof. Wiesława Biniendy widzę dopiero, jak powinno się
poważnie podejść do problemu. Badania komisji Millera wypadają przy nich
zupełnie niepoważnie. Zdałem sobie sprawę, jak naprawdę powinno być prowadzone
postępowanie czy jak powinna działać komisja, która miała wyjaśniać wszystkie
tragiczne szczegóły katastrofy. Raport Millera nic nie wyjaśnia. Ciekaw jestem,
jak naprawdę powinien wyglądać skład takiej komisji, jacy ludzie – z jakim
wykształceniem i doświadczeniem – powinni tam być, a jacy byli. Dziwi mnie poza
tym i zastanawia, dlaczego rząd nie chciał współpracować ze stroną NATO-wską w
wyjaśnianiu śmierci generałów NATO-wskich. Mam wrażenie, że nie chciał po prostu
wyjaśnić przyczyn tej katastrofy. Serce mnie boli, jak na to patrzę. Na
Siewiernym straciłem ośmiu kolegów i dwóch przyjaciół. Zginęło tam również
kilkoro moich znajomych, z którymi współpracowałem. Nie znałem osobiście
generalicji, ale miałem z nimi styczność. Gdy rozpoczęła się nagonka na gen.
Andrzeja Błasika, przestałem oglądać pewne stacje telewizyjne. Przypomniały mi
się czasy komuny.
Co ma Pan na myśli?
– Miałem 15 lat, gdy wprowadzono stan wojenny. Drukowałem antykomunistyczne
ulotki, które następnie rozrzucałem. Miałem później problemy w szkole, dostałem
wyrok w zawieszeniu za drukowanie prasy podziemnej. Dziś widzę, jak 80 proc.
środków masowego przekazu zaczyna podążać w kierunku propagandy sukcesu, który
oglądałem za komuny, a z czym walczyłem. To nie jest tak, że to, co dzieje się
obecnie w moim kraju, mnie złości, to powoli zaczyna mnie przerażać. Historia
kołem się toczy. Być może obudzimy się znowu pod obcym panowaniem, wśród ludzi,
dla których polskość jest nienormalnością. Widzę coraz mniej dziennikarzy,
którzy coś próbują wyjaśniać, kontrolować to, co robi rząd, Sejm czy prezydent.
A przecież to są niesłychanie istotne dla Polski sprawy. Jestem patriotą, dziś
jednak w Polsce patriotów nazywa się faszystami. Jeśli tak, to ma pan przed sobą
faszystę, bo dla mnie biało-czerwona flaga nie służy do nurzania jej w
fekaliach. Jeśli ktoś sprowadza bojówkarzy z Niemiec do Polski, żeby bić
Polaków, jeżeli policja zaczyna bić ludzi na ulicy tylko za to, że przystępują
do patriotycznego obozu – to są to symptomy tego, że w naszym kraju źle się
dzieje.
Mam tylko nadzieję, że w kwestii smoleńskiej prokuratura jest bezstronna i
doprowadzi do końca swoje czynności. Wszyscy w Polsce mamy prawo do tego, by
sądzić, że coś w tej sprawie, mówiąc kolokwialnie, nie gra. Nie chce się nam
zwrócić szczątków naszego samolotu, nie możemy być nawet pewni, kogo
pochowaliśmy. To jakaś paranoja. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że lwia
część dziennikarzy milczy na ten temat. Nie walczy o prawdę. Dobrze, że oprócz
takich gazet, jak "Nasz Dziennik", jest jeszcze internet, w którym można znaleźć
ważne informacje. Co by nie mówić, problem nie leży tylko w Biurze Ochrony
Rządu. Wydaje mi się, że znacznie wcześniej były jakieś problemy w
przygotowaniach rządowych do tej wizyty.
To znaczy?
– Chociażby uniemożliwienie wyjazdu do Rosji ludzi zainteresowanych
przygotowaniem wizyty z Kancelarii Prezydenta, by mogli dokonać pewnych ustaleń.
Oni nie byli obecni na przygotowaniach. Przygotowywał je wyłącznie pan minister
Tomasz Arabski, takie przynajmniej były informacje. Do tej pory zawsze było tak,
że przynajmniej jedna osoba zainteresowana znajdowała się w oficjalnej
delegacji. Myślę tu o kimś z MSZ, z protokołu dyplomatycznego, z BOR, z
Kancelarii Prezydenta bądź Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Sejmu czy Senatu.
Oczywiście – tak sądzę – najważniejsze jest tu MSZ i protokół dyplomatyczny, ale
nie można nie brać pod uwagę kogoś, kto zgłasza chęć wyjazdu.
Nie wierzę Rosjanom. Za komuny mój ojciec był internowany, przyjeżdżałem do
niego do więzienia w Białołęce. Byłem wściekły na zomowców, w jaki sposób
byliśmy przez nich traktowani, za to, jak kłamano i co robili z naszym krajem
Sowieci, okupując go – nie bójmy się nazywać pewnych rzeczy po imieniu. Odtąd
nie wierzę Rosjanom, tym bardziej że pan Putin był wysokim funkcjonariuszem KGB
w Niemczech Wschodnich. To Rosja powinna pokazywać nam, Polakom, swoją otwartość
– my, Polacy, po ponadczterdziestoletniej okupacji sowieckiej mamy prawo być
nieufni. Wie pan, co pomyślałem, gdy zobaczyłem szczątki tupolewa? Nie mogłem
patrzeć, jak Donald Tusk ściskał się z Putinem, to było wtedy fałszywe i
zaplanowane; na miejscu Tuska nie zgodziłbym się na taki gest. Później jednak
mówiłem sobie: nie dajmy się zwariować, podejdźmy do tego spokojnie, przecież to
mogła być zwykła katastrofa. Wiem, że ta wypowiedź może szokować, ale myślę, że
wtedy wielu ludzi miało podobne refleksje. Teraz mówienie o tym jest
"niepolityczne". Ale ja tak wtedy to czułem.
Co od tej pory się zmieniło?
– Odkrywane są nowe fakty, wcześniej nieznane. Jeżeli polski rząd nie chce
nas, Polaków, poinformować, że na początku śledztwo toczyło się według innych
procedur, później zostało zmienione na inne, to znaczy, że ktoś po prostu
kłamie. Być może chodzi o to, żeby zrobić z nas głupców. Nie jest to jednak w
porządku wobec społeczeństwa i taka władza powinna odejść. Mówiąc wprost – nie
chce mi się wierzyć, by samolot zderzył się z ptakiem, brzozą czy czymkolwiek i
rozpadł się na milion mikrokawałków. Wolę więc być dziś nazywany głupcem, niż
później wyjść na niego. Ale jestem dobrej myśli, dlatego że zawsze jakimiś
sposobami prawda wychodzi na jaw. Wcześniej czy później dostaniemy w końcu nasz
wrak, chyba że Rosjanie go przetopią. Na podstawie tego, co obserwuję, po
Rosjanach spodziewam się jednak wszystkiego. Ci na wysokich stanowiskach nie są
ludźmi, którzy są nam, Polakom, w jakiś sposób przychylni. Nie mylmy ich jednak
ze zwykłymi obywatelami. W sprawie katastrofy smoleńskiej za dużo jest
niewiadomych, kłamliwych i dezorientujących informacji. Może właśnie o to
chodzi, żebyśmy uwierzyli w coś, co nie jest prawdą. Cieszę się, że na czele
zespołu parlamentarnego badającego tę katastrofę stoi pan Antoni Macierewicz. Za
to, co zrobił do tej pory, i za wytrwałość należą mu się podziękowania.
Dziękuję za rozmowę.
