Co blokuje ekologiczną energię
Argumenty ekonomiczne i ekologiczne przemawiają za rozwojem pozyskiwania
odnawialnych źródeł energii. Jednak brakuje wizji rozwoju tej branży w
instytucjach państwowych, a bariery prawne i administracyjne hamują jej rozwój.
– Jesteśmy jedynym krajem, który nie złożył jeszcze wymaganego przez Brukselę
planu realizacji unijnych zobowiązań w dziedzinie rozwoju tego sektora –
alarmują eksperci.
W Warszawie zakończyła się wczoraj XIII Międzynarodowa Konferencja Energetyczna
EUROPOWER 2010, podczas której dyskutowano o problemach, szansach i
możliwościach rozwoju branży energetycznej w Polsce i Europie. Prelegenci
zgodnie podkreślali, że niekonwencjonalne źródła energii to sektor z
przyszłością i ogromnymi możliwościami. Jego rozwój wymusza również przyjęte
przez Unię Europejską zobowiązanie osiągnięcia do 2020 r. udziału energii
odnawialnej na poziomie 20 procent. Polska zadeklarowała, że ten poziom wyniesie
15 proc., ale i do tego jeszcze nam bardzo daleko.
Oprócz błyskawicznie rozwijających się (ale uciążliwych dla mieszkańców)
elektrowni wiatrowych duże rezerwy pozostają w dziedzinach takich, jak:
geotermia, elektrownie wodne, spalarnie śmieci i biomasy. Kontrowersje budzi
energia atomowa. Jednak aby rozpocząć inwestycje związane z niektórymi rodzajami
energii odnawialnej, konieczna jest inicjatywa państwa. Dotyczy to nie tylko
elektrowni jądrowych, ale także wodnych. Ostatnia wymieniona grupa łączy się ze
sporym nakładem prac związanych z budową tam, zbiorników retencyjnych, dodatkowo
konieczne jest wysiedlenie mieszkańców z zalewanych terenów itd. Wszystko wymaga
współdziałania organów administracyjnych i przedsiębiorców prywatnych, ale może
procentować dużymi zyskami.
Tymczasem współpraca sektora prywatnego ze sferą usług publicznych kuleje.
Podnoszono problem braku odpowiednich regulacji w zakresie prawa energetycznego
i przepisów o zagospodarowaniu przestrzennym. Zasady te są często niedostosowane
do specyfiki branży energii niekonwencjonalnej. – Prawo jest niespójne i często
się zmienia. Urzędnicy mają przy tym niską świadomość problemów naszej branży.
Te dwa czynniki razem wzięte sprawiają, że przez ostrożność stawiają wymagania
większe niż wymagają tego w rzeczywistości przepisy – tłumaczy w rozmowie z
"Naszym Dziennikiem" Maciej Gołębiewski, prezes firmy Bio Alians zajmującej się
budową elektrowni biogazowych.
– Jeśli do przyłączenia się do sieci energetycznej trzeba samemu wybudować 200
km linii przesyłowej, to w taką produkcję prądu nikt nie zainwestuje – mówił na
konferencji Michał Kozłowski, ekspert w dziedzinie prawa energetycznego z
Kancelarii Krawczyk i Wspólnicy. To jedna z wielu barier, na jakie trafiają
przedsiębiorcy planujący budowę nowych elektrowni różnego rodzaju.
– Procedury związane z inwestycjami są przeraźliwie długie. Czasem jeden
dokument przechodzi między dwoma komórkami tego samego urzędu, mieszczącymi się
w tym samym budynku, i trwa to dwa tygodnie – relacjonuje Gołębiewski. Przepisy
są skomplikowane, a urzędnicy nie zawsze życzliwi. – Przeprowadzenie wymaganej
przez prawo oceny oddziaływania na środowisko angażuje dużo różnych podmiotów.
Każdy z nich chce się wykazać, udowodnić, że jest potrzebny, stąd nadgorliwe
narzucanie wymagań. Bywa, że nie są dotrzymywanie nawet terminy urzędowe. Nic na
to nie możemy poradzić – komentuje polski przedsiębiorca.
Inwestycje w niekonwencjonalne źródła energii wymagają planowania w perspektywie
nawet kilkudziesięciu lat. Brak stabilności i jasności, jeśli chodzi o prawo i
politykę państwa, powoduje, że Polska nie jest atrakcyjnym miejscem do
inwestycji. – W mojej praktyce spotykam się z osobami, które podejmują decyzje
dotyczące inwestycji, i mają do wyboru Polskę i np. Turcję czy Włochy. Staram
się je przekonywać do naszego kraju – mówił Przemysław Zaleski, wiceprezes
spółki ENEA Operator i wiceprzewodniczący Społecznej Rady ds. Narodowego
Programu Redukcji Emisji. – Problemem jest zbytnia szczegółowość i zmienność
prawa – wskazuje na główną bolączkę branży.
Producenci energii ekologicznej otrzymują subwencję w postaci tzw. zielonego
certyfikatu. – Polski system certyfikatów jest dobry, ale jego wadą jest
nieprzewidywalność. Za kilka lat zasady mogą się zupełnie zmienić. A takie duże
korporacje międzynarodowe, jak np. moja, analizują opłacalność inwestycji 40-50
lat naprzód – wyjaśnia Zaleski.
Piotr Falkowski
