Cimoszewicz wychodzi z kniei
Wieczny kandydat lewicy na prezydenta Włodzimierz Cimoszewicz poparł w
wyborach prezydenckich marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego. Była
to decyzja przewidywana od dawna, choć nie wiemy jeszcze, jaką cenę
Platforma Obywatelska za nią zapłaci, a konkretnie – co obiecała
Cimoszewiczowi za wyjście z lasu i uściśnięcie dłoni Komorowskiemu w
świetle kamer.
Cena musiała być jednak atrakcyjna, skoro były
premier złożył deklarację lojalności jeszcze przed pierwszą turą
głosowania. Może Cimoszewicz obejmie jakiś państwowy urząd, a może
będzie patronował zawiązaniu koalicji Platformy z tą częścią SLD, która
jest przeciwna Grzegorzowi Napieralskiemu?
Politycy różnych opcji,
poza PO, powątpiewają jednak w znaczenie w wyborach prezydenckich
deklaracji Cimoszewicza i nie spodziewają się, aby w jakiś istotny
sposób wpłynęło to na notowania Bronisława Komorowskiego. Z elektoratu
byłego premiera zostało już niewiele, poza żubrami oczywiście, i nie ma
on już takiego znaczenia dla ludzi lewicy jak wcześniej. Może się więc
okazać, że polowanie z nagonką urządzone przez Komorowskiego na
Cimoszewicza było niepotrzebną stratą energii, bo choć trofeum zostało
zdobyte, to będzie ono nic niewarte.
Włodzimierz Cimoszewicz jednak
musi odczuwać mocną niechęć do Jarosława Kaczyńskiego, skro on –
„człowiek z puszczy”, „przyjaciel żubra”, oddał swoją skórę myśliwemu
Komorowskiemu. Ale cóż, gdy na horyzoncie pojawia się znowu prezydent z
nazwiskiem Kaczyński, to trzeba rzucić hasło „wszystkie ręce na pokład” i
wspomóc Komorowskiego. Z notowaniami marszałka musi być jednak źle,
skoro szuka poparcia gdzie się tylko da… Gorzej, jeśli o tym dowiedzą
się żubry i w geście protestu wyniosą się na Białoruś, obawiając się
wciągnięcia do kampanii Komorowskiego.
Krzysztof Losz
