Ci, którzy bili, powinni wylecieć ze służby
Z Janem Filipem Staniłką, ekspertem Instytutu Sobieskiego w
Warszawie, rozmawia Anna Ambroziak.
Jak Pan ocenia piątkowe wydarzenia w Warszawie?
– Negatywnie. Chciałbym podkreślić, że to nie były jedyne zamieszki. Były jakieś
znieważania i bitki, które wszczynali niemieccy neokomuniści wobec Bogu ducha
winnych członków grup rekonstrukcyjnych. Były bijatyki w bocznych uliczkach, a
także osoby w kamizelkach policyjnych kopiące po głowach przechodniów. Byli
wreszcie kibole na placu Konstytucji walczący w policją. Niestety, flirty z
kibolami grożą tym, że traci się nad nimi kontrolę.
Uczestnicy Marszu Niepodległości skarżą się, że policja nie reagowała na
zaczepki ze strony tych, którzy próbowali blokować marsz…
– Była to praktyczna manifestacja atmosfery politycznej, jaka panuje w naszym
kraju. Mamy taką polaryzację umysłów i emocji z tym związanych, że przenosi się
ona na praktykę życia publicznego, w tym utrzymywanie porządku publicznego. A co
do policji, to z reguły musi ona być pragmatyczna i postępować według reguł
psychologii tłumu. Policja funkcjonuje w ten sposób, że na jedno przymyka oko,
na co innego zaś – nie. Policja działa tak z definicji – ma swoich informatorów,
reguły swojej pracy operacyjnej – jednym podaruje karę, innym zaś nie. Jeśli
natomiast zasada ta jest niesymetrycznie stosowana pod względem politycznym,
jeśli ingeruje w to, jak rozgrywa się jakieś wydarzenie w sferze publicznej, to
mamy de facto do czynienia z czynnym wpływem policji na przebieg życia
publicznego. Przypuszczam, że służby państwowe przymykają oko na to, co
aktualnej władzy jest dziś bardziej na rękę. W tym kontekście warto przypomnieć,
że o warszawskich służbach porządkowych co najmniej od półtora roku nie możemy
powiedzieć za wiele dobrego. Dotyczy to oczywiście zachowań policji i służb
miejskich przed Pałacem Prezydenckim po tzw. sprawie krzyża.
Władze powinny zgodzić się na przyjazd niemieckich bojówek?
– Oczywiście, że nie. W tym wypadku jest to sprawa zasadnicza. Bojówkarzy
lewicowych nie powinno się wpuszczać do Polski na tej samej zasadzie, na jakiej
ogranicza się poruszanie się chuliganów stadionowych. Po drugie – należało tak
wytyczyć trasę obu demonstracji – mówię tu o Marszu Niepodległości i wiecu
"Kolorowych", by się wzajemnie nie stykały. Trzeba było maksymalnie utrudnić
udział elementom skrajnym i prowokacyjnym. Nie tylko polskim i niemieckim
neokomunistom, ale też krewkim pseudokibicom.
Prezydent Bronisław Komorowski zapowiada zmianę prawa w tej kwestii –
miałoby być tak, by dwie sprzeczne ze sobą ideowo manifestacje nie mogły być
organizowane tego samego dnia. Czy nie obawia się Pan, że będzie to zmierzać ku
temu, że władze stolicy będą sprzyjać organizowaniu manifestacji grup
lewicowych?
– Już kiedyś pretekstem do zmiany ustawy była tzw. parada równości. Zakazał jej
Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy, jednak Trybunał Konstytucyjny uznał
literę ustawy za niekonstytucyjną. I teraz mamy uboczny efekt tego orzeczenia.
Wszystkie formacje mają równe prawo do organizowania manifestacji w tym samym
miejscu i czasie. Jednak sposób stosowania tej zasady jest w praktyce
absurdalny. Nie wiem, czy manifestacją można nazwać blokowanie jednej przez
drugą. "Kolorowi" mieli dwie inicjatywy: swój marsz i blokadę. Stąd np. zakaz
zasłaniania twarzy i blokowania innych manifestacji jest zasadny. Żadne inne
kryteria nie powinny w ogóle wchodzić w grę.
Premier Donald Tusk ocenił, że piątkowe zdarzenia były bolesne i miały
negatywny wymiar w sensie symbolicznym, ale ich skutek nie był tak
dramatyczny…
– Wypowiedź premiera była typowa. Pojawia się tu w tradycyjnej dla siebie roli –
kiedy dzieje się coś trudnego, nie widać go, a potem występuje w roli instancji
zdrowego rozsądku. Szef rządu odniósł się do szkód materialnych, które
oszacowano na 72 tys. zł – to niewiele. W tym momencie dla premiera najłatwiej
było uplasować się w tzw. złotym środku i podkreślić niewielkie w sumie straty
majątkowe i szacunek do zasady wyrażania swoich poglądów.
Prawo i Sprawiedliwość domaga się zwołania nadzwyczajnego posiedzenia
sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych w sprawie zamieszek w
stolicy. Komisja powinna wyjaśnić przede wszystkim postawę policji. Poseł
Andrzej Jaworski wystosował interpelację do premiera w sprawie prowokacji i
brutalnej reakcji policji wobec przechodniów i manifestujących 11 listopada w
Warszawie.
– To, co można zobaczyć na różnych filmach w sieci, kiedy ludzie w policyjnych
kamizelkach brutalnie kopią po głowie przechodnia, bo nie mogą dogonić grupy
skinów, wymaga natychmiastowej reakcji. Mam minimalne zaufanie do uczciwości
wewnętrznych procedur policyjnych w tym przypadku. A przecież ludzie, którzy
dopuścili się tych czynów, powinni natychmiast wylecieć ze służby, tracąc
wszystkie nabyte uprawnienia. Dlatego działanie polityczne jest całkowicie
uzasadnione. Boję się jednak tego, że znowu może się okazać, iż to autor filmu
jest winien, a nie ten, kto bije.
Dziękuję za rozmowę.
