Chrześcijaństwo to przyszłość Europy
Z Bernardem Antonym, francuskim politykiem i publicystą katolickim,
byłym deputowanym do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Krzysztof Losz
Czy można jeszcze mówić, że Europa jest kontynentem chrześcijańskim?
– Europa jest do tej pory naznaczona przez korzenie chrześcijańskie, ale niestety od tego ducha odeszła, w wielu krajach już go nie ma. W Europie zaznacza się pustynia chrześcijańska. Ale trzeba też pamiętać, że jest wiele różnic między poszczególnymi krajami. Jeśli chodzi o Polskę, to cały czas widzimy ją jako kraj katolicki. Jest ogromna różnica między Polską a Francją, którą możemy uznać w dużej mierze za kraj zdechrystianizowany. Ale jestem daleki od bardzo pesymistycznych nastrojów. We Francji, ale także coraz częściej w Hiszpanii, jesteśmy konfrontowani z wielkim wyzwaniem islamu, który wślizguje się do naszej chrześcijańskiej cywilizacji. Jest to zjawisko we Francji nazywane końskim lekarstwem, które może w sumie nas uratować. Ale z perspektywy zwykłego człowieka nie wygląda to najlepiej. Jestem bardzo zaniepokojony o mój kraj, ale także o całą Europę.
Czy islam jest rzeczywiście tak poważnym zagrożeniem dla Europy? W Polsce, gdzie nie ma imigrantów z krajów muzułmańskich, tego problemu nie odczuwa się praktycznie wcale…
– Podam jeden bardzo wymowny przykład. We Francji powstaje rocznie 50 meczetów. W północnej Marsylii czy w mieście Roubaix, gdzie kiedyś mieszkało wielu Polaków, są całe strefy, które – jak Kosowo – zamieszkują niemal wyłącznie muzułmanie. Tragiczne jest, że Unia Europejska, forsując politykę regionalną, tworzenie euroregionów, ryzykuje powstanie w przyszłości regionów muzułmańskich na Starym Kontynencie.
Z drugiej jednak strony nie brakuje opinii, że coraz ostrzejszy konflikt między Europejczykami a imigrantami z krajów muzułmańskich może przyczynić się do odrodzenia chrześcijaństwa. Podziela Pan ten pogląd?
– Tak, jak najbardziej. Wielu Francuzów i mieszkańców innych krajów europejskich przechodzi na islam. Ale jednocześnie inni zaczynają na nowo odkrywać swoje chrześcijaństwo, zaczynają być świadomymi chrześcijanami. Praktycznie co tydzień w czasie moich różnych spotkań poznaję ludzi, którzy może już niekoniecznie odnaleźli swoją chrześcijańską wiarę, ale którzy znajdują potwierdzenie swojej przynależności do cywilizacji chrześcijańskiej. A wtedy, przy pomocy księży, mogą wejść na drogę prowadzącą do Chrystusa.
Kościół katolicki w Europie Zachodniej pogrąża się od kilkudziesięciu lat w coraz głębszym kryzysie: maleje liczba powołań, wiernych uczestniczących we Mszy Świętej. Kościół jest usuwany z publicznej przestrzeni. A może jednak widać jakieś symptomy świadczące o tym, że ten kryzys powoli udaje się przezwyciężać?
– Widać takie symptomy, jest dużo elementów optymistycznych. Podam przykłady ze swojego życia. Wiele lat temu byłem działaczem młodzieży katolickiej. Była to niewielka grupa, którą ostro zwalczali komuniści i księża sympatyzujący z komunistami. Nawet jeden z moich kuzynów, który był księdzem, także komunizował. Za grupę komunizujących katolików uważaliśmy np. polski PAX. Z tym, że o ile w Polsce nie był to bardzo masowy ruch, niewielu księży popierało komunistyczne władze, to we Francji wielu katolickich duchownych i świeckich sprzyjało ideom marksistowskim. Z tymi komunizującymi katolikami wchodziliśmy w ostry konflikt. Dlatego w maju 1968 roku „trybunał ludowy”, któremu – co znamienne – przewodniczył jeden z franciszkanów, „skazał” mnie na karę śmierci. Dzisiaj jednak wiele się zmieniło. Niedawno byłem gościem konferencji, nad którą patronat sprawował biskup Tulonu.
Równocześnie obserwujemy we Francji odradzanie się bractw i zakonów regularnych. Dotyczy to choćby benedyktynów. 30 lat temu jeden z moich przyjaciół, zakonnik, mieszkał w klasztorze św. Tomasza w Barrou z niewielką grupą współbraci. Dzisiaj jest wiele klasztorów, które powstały wokół tej grupy. Ciekawostką może być fakt, że właśnie tutaj przyjechał na swoje ostatnie rekolekcje przed konklawe kardynał Joseph Ratzinger, obecny Papież Benedykt XVI.
Kiedyś byłem też znienawidzony przez „postępowych” zakonników z klasztoru w Tuluzie. A teraz jestem tam zapraszany na konferencje, dyskusje, debaty o chrześcijaństwie, Kościele, cywilizacji. Więc postęp naprawdę jest ogromny.
Zachodnia Europa została zarażona wirusem marksizmu, lewicowości. Czy ta fascynacja już mija, czy jeszcze niestety nie?
– Marksizm-leninizm jest wirusem, który niestety mutuje i wciąż żyje. Tym niemniej z pewnością ta ideologia nie wzbudza już takiego zainteresowania i zaufania u ludzi jak wcześniej. Mamy przecież wielu naukowców z kręgów lewicy, którzy z czasem zmienili swoje nastawienie, zaczęli pisać i głosić prawdę o komunizmie. Ogromne znacznie miało w zachodniej Europie wydanie „Czarnej księgi komunizmu”, która pokazała krwawy bilans rządów komunistów na świecie. Nie tak dawno we wszystkich kioskach w Paryżu pokazała się reklama historycznego czasopisma poświęconego omówieniu archiwów opisujących tragedię komunizmu. Widzimy więc, że akcja przeciwko ideologii komunistycznej, z początku mało widoczna, zaczyna jednak przynosić efekty. Należałem do jednych z pierwszych osób, które organizowały komitety przeciwko organizacji igrzysk olimpijskich w Moskwie, wzywaliśmy też do powołania międzynarodowego trybunału do osądzenia komunistycznych zbrodni. Nie chodziło nam oczywiście o trybunał na kształt Norymbergi, ale o wielki sąd historyczny. I ta idea zaczyna powoli dojrzewać.
Jednak dawni marksiści, zwłaszcza w Europie Zachodniej, porzucając oficjalnie dawną ideologię, stanęli w pierwszym rzędzie propagatorów politycznej poprawności, „postępu”, stają na czele środowisk walczących o interesy lobby homoseksualnego, o eutanazję, zabijanie dzieci poczętych…
– Ideologia politycznej poprawności, domagająca się jedności myślenia w wielu kwestiach, zajęła miejsce pozostawione przez komunizm. Pod ideologię marksistowską podstawiono choćby antyrasizm. Jestem bardzo szczęśliwy, że po mnie żydowski filozof Alain Finkelkraut miał odwagę powiedzieć w Izraelu, iż antyrasizm jest komunizmem XXI wieku. Dlatego że dzisiaj rasistą nie nazywa się osoby, która czuje nienawiść do kogoś o innym kolorze skóry, ale tego, kto głosi idee patriotyczne, narodowe, kto podkreśla swoją religijność, moralność. Nawet kwestie etyki seksualnej podciąga się pod rasizm! A przecież katolik nie może być rasistą, ja sam zresztą mam krewnych pochodzących z Wietnamu. Antyrasizm jest tak naprawdę ideologią nihilistyczną, ponieważ stał się ideologią nienawiści do prawdziwego, zgodnego z naturą życia.
Krytycy Unii Europejskiej twierdzą, że UE to sposób na wprowadzenie socjalizmu w całej Europie. Polska należy do UE od kilku lat, Francja jest w niej od początku, dłużej więc obserwuje Pan funkcjonowanie Unii. Czy te obawy są uzasadnione?
– Absolutnie tak. Byłem przez 15 lat, czyli przez trzy kadencje, deputowanym do Parlamentu Europejskiego. Mogę śmiało powiedzieć, że znajdowałem się w wielkim centrum, gdzie podjęto próbę zniszczenia naturalnego porządku rzeczy, zwalczenia wszystkiego, co kochali Europejczycy. Nie jestem anty-Europejczykiem. Europa jest naszą wspólną wartością. Jestem francuskim patriotą, ale dobrze też czuję się w Polsce. Uważam jednak, że Europa powinna pozostać kontynentem ojczyzn, które będą zgodnie ze sobą współpracowały. Niestety, to, co nam próbuje się zafundować, to Unia Europejska, która jest potworem, hybrydą. Mieszanką Związku Sowieckiego z tym, co Stany Zjednoczone mają najgorszego.
Na szczycie w Lizbonie przywódcy państw unijnych przyjęli tekst traktatu reformującego, który tak naprawdę jest konstytucją UE. Jeśli zostanie on ratyfikowany przez wszystkie państwa, to rozpocznie się nieodwracalny proces budowania jednego unijnego państwa?
– Tak naprawdę to zdecydowana większość społeczeństw krajów unijnych jest przeciwna tej konstytucji. Wynika to z faktu, że ludzie trafnie odbierają to, co się dzieje w UE, jako proces przymusowego narzucania nam integracji. Nie chodzi nawet o samą konstytucję, są w niej niektóre zapisy, które pewnie byłyby do przyjęcia przez wszystkie kraje. Ale ten traktat jest tak obszerny, tak rozbudowany, że staje się niebezpieczny. Już wkrótce europejskie narody zaczną być rządzone przez anonimowe grupy, siły. Bo nikt nie wie, kto tak naprawdę rządzi Europą.
Być może jest to unijna biurokracja…
– Biurokracja rzeczywiście się rozrasta. Gdy zaczynałem pracę w Parlamencie Europejskim, unijne instytucje zatrudniały 15 tysięcy urzędników. Teraz jest ich 50 tysięcy. A do tego dochodzą przecież jeszcze różne komitety i instytucje ściśle współpracujące z tymi instytucjami. Niestety, rozrost biurokracji przypomina namnażanie się komórek rakowych.
Bruksela chce, aby traktat ratyfikowały parlamenty krajowe, a nie społeczeństwa w drodze referendum. Unia boi się, że ludzie odrzuciliby ten dokument?
– Oczywiście, że technokraci i ideologowie Unii Europejskiej obawiają się takiego obrotu sprawy. Oni się nie boją tego, jak traktat przyjmą parlamenty krajów członkowskich. Oni się obawiają reakcji społeczeństw. Dlatego bardzo boją się referendów. Polska, jak kilka jeszcze innych państw, może odegrać ogromną rolę w odrzuceniu traktatu, mam bowiem nadzieję, że jednak nie wejdzie on w życie. Polska przecież już nieraz ratowała Europę. Wszyscy powinniśmy dziękować za króla Jana III Sobieskiego, który obronił Europę przed islamem. Francja wtedy nie odegrała takiej roli, jaką powinna. Polska potem odegrała ogromną rolę w obaleniu komunizmu. Dlatego mam nadzieję, że Polska znowu uratuje cywilizację chrześcijańską, że uratuje nas przed nowym totalitaryzmem.
Europa może się obyć bez konstytucji?
– Ależ tak, zamiast wprowadzać konstytucję, trzeba rozbić tę Europę, jaką budują nam ideolodzy i biurokraci. Można sobie wyobrazić współpracę między krajami bez ingerencji Komisji Europejskiej.
Pewne procesy trudno jednak powstrzymać. UE ma już przecież nawet wspólną walutę, Polska też jest namawiana do przyjęcia euro…
– Mam nadzieję, że nie zgodzicie się na to. Po powrocie do Francji będę miał audycje w radiu, gdzie będę wspominał swój pobyt w waszym kraju. I jest jedna rzecz, którą ze sobą zabiorę, to polskie banknoty. Są to bardzo piękne banknoty, z wizerunkami królów, ładnie wykonane. One mają wartość nie tylko pieniężną, ale i kulturową, narodową. We Francji już niektórzy zapomnieli, jak wyglądały franki, operujemy tylko brzydkimi euro, które odwołują się podobno do jakichś wspólnych wartości, ale i tak nie wiadomo, co banknoty euro przedstawiają.
Ale podobno euro opłaca się wprowadzić, bo przynosi ogromne korzyści ekonomiczne…
– To była reforma wprowadzona ponad głowami obywateli i wbrew ich interesom. Przecież wprowadzenie euro we Francji spowodowało ogromny wzrost cen towarów i usług, sięgający około 20 procent. Podobnie było w innych krajach.
Jeśli nie UE, to co może spajać europejskie kraje?
– Przecież możliwości współpracy jest wiele. Podam przykład południa Europy. Kraje leżące nad Morzem Śródziemnym już od dawna współpracują. Partnerami są Francja, Hiszpania, Włochy, Grecja, które stoją w obliczu poważnego zagrożenia ze strony muzułmanów. Podejrzewam, że tak samo Polska, Litwa, Łotwa czy inne kraje bałtyckie mają podobne problemy polityczne i gospodarcze, które mogą wspólnie rozwiązywać. Unia nie jest im w tym do niczego potrzebna.
Sięgnijmy do przeszłości. Przecież w dawnych wiekach twórcy, kupcy, ludzie różnych profesji swobodnie wędrowali po Europie, nikt tego nie regulował, biurokracja niczego im nie narzucała, jak to się dzieje teraz. Musimy zerwać z Europą biurokratyczną. Europa musi się na nowo stać kontynentem przyjaznym dla ludzi.
Jakie są szanse, aby ten proces uruchomić? W Europie wydaje się niepodważalna dominacja nurtu liberalnej lewicy. Nie widać choćby szans na to, aby np. Francja zaczęła dążyć do budowy nowej Europy…
– Trzeba po prostu zacząć o to walczyć. Kiedyś wydawało się przecież, że nikt i nic nie jest w stanie zniszczyć Związku Sowieckiego. Ale jednak stało się inaczej. Nie można się poddawać, trzeba walczyć. Dobrym sposobem byłoby aktywizowanie środowisk patriotycznych, katolickich w poszczególnych krajach, trzeba się spotykać i razem działać.
Czy jednak przyjęcie traktatu unijnego nie spowoduje, że rozbicie UE w tym kształcie, jaki nam proponują politycy, stanie się niemożliwe?
– Myślę, że gdyby była chęć kilku narodów, żeby nie podpisywać tego traktatu, bylibyśmy na dobrej drodze, aby zbudować całkiem inną Europę. Wbrew temu, co nam się wmawia, odrzucenie traktatu nie spowoduje żadnej tragedii, poza swoistą tragedią, jaka dotknie unijnych biurokratów, którzy są bardzo dobrze opłacani i maję pensje zupełnie niewyobrażalne dla polskich rolników, robotników czy nauczycieli. Jeśli ten traktat zostanie jednak przyjęty, to jakiemukolwiek krajowi trudno będzie tę Unię opuścić, tak jak Chorwacji ciężko było opuścić federację Jugosławii, czy też republikom dawnego Związku Sowieckiego opuścić granice imperium. Lepiej byłoby nie stwarzać sobie takich problemów.
Środowisko, z którego się Pan wywodzi, było we Francji i wielu innych krajach określane mianem skrajnego, ksenofobicznego, niechętnego emigrantom. Czy to się zmieniło, czy jesteście już inaczej oceniani?
– Niestety, dialektyka stosowana przez różne wpływowe środowiska powoduje, że jesteśmy nazywani ekstremistami. Ale my w niczym nie jesteśmy ekstremistami. Nie bronimy ani rasizmu, ani faszyzmu, ani żadnej ksenofobii. My po prostu bronimy tylko tego, co chcielibyśmy zostawić dla naszych dzieci i wnuków. Mamy po prostu społeczeństwo coraz bardziej zdechrystianizowane, zdehumanizowane. Niedawno byłem ze swoją tłumaczką w Libanie. Ten kraj odwiedzałem już 25 razy, byłem tam zawsze w trakcie kolejnych wojen domowych, widziałem wszystkie tragedie. I gdy jestem pytany, dlaczego walczę o zmiany we Francji, to odpowiadam, że po to, aby mój kraj uniknął tego, co spotkało Liban. Kraj, który jest naprawdę wspaniały, płaci ogromną cenę za hołdowanie fałszywie pojętemu chrześcijańskiemu miłosierdziu.
Dlaczego?
– Gdy Liban otworzył szeroko granice, aby przyjąć palestyńskich uchodźców z Izraela, czyn ten oceniano na całym świecie jako godny. Ale z punktu widzenia polityki, przyszłości Libanu, był to bardzo niedobry krok, bo spowodował wojnę. W Libanie możemy zobaczyć, jak fałszywa jest dialektyka, ideologia krajów zachodnich. Czujemy braterstwo do wszystkich ludzi na świecie, ale prawda jest też taka, że z jednej strony mamy świat chrześcijański, a z drugiej islamski czy związany z innymi cywilizacjami. Nie można na to zamykać oczu. Ale jest też i inna dialektyka, o której mówił Papież Jan Paweł II: cywilizacja życia i cywilizacja śmierci.
Europa bardziej przypomina kontynent opanowany przez kulturę śmierci…
– Właśnie, dlatego trzeba dążyć do tego, aby powołać „wielką międzynarodówkę kultury życia”. To jest zadanie dla katolików na całym naszym kontynencie.
Ale obrońcy UE twierdzą, że gdy już Unia powstanie, to na naszym kontynencie nie będzie powodów do wszczynania wojen, nie będzie rasizmu, ksenofobii, będziemy gospodarczą potęgą na skalę światową…
– Te argumenty są bardzo przestarzałe. Czy samo istnienie superpaństwa o ogromnej liczbie ludności ma oznaczać automatycznie dobrobyt dla wszystkich? Przecież są narody, które bardzo dobrze funkcjonują, a nie należą do żadnego wielkiego bloku politycznego. W Europie jest to choćby Norwegia czy Szwajcaria. Po wojnie to nie proces tworzenia wspólnej Europy przyniósł nam pokój. To była równowaga terroru między Wschodem a Zachodem. Ta Europa, która istnieje dzisiaj, która jest w dobie procesu libanizacji, w imię lewicowej, kosmopolitycznej wizji świata, jest w trakcie serwowania nam konfliktów etnicznych i religijnych, tak jak w Libanie. We Francji nie ma jednego dnia, żebyśmy nie mieli przypadków agresji, zamieszek, gwałtów ze strony społeczności imigrantów. Proszę zobaczyć, do czego doprowadziła ideologia antyrasizmu: do życia w strefach bezprawia. Chciałbym, aby Francja znowu została krajem prawa. Takie bezpieczeństwo, wolność, które widzę w Krakowie czy Warszawie, są niemożliwe w wielu miastach francuskich. Nie życzę Polsce takiej „wolności”, jaką mamy we Francji.
Jak Pan ocenia plany rozszerzenia Unii? Czy jest w niej miejsce dla Turcji?
– Nie, jestem temu przeciwny. Turcja nie może być częścią chrześcijańskiej Europy. W Parlamencie Europejskim zajmowałem się sprawą ludobójstwa tureckiego w Armenii w latach I wojny światowej. Oczywiście, były ludobójstwa popełniane przez komunistów, jak choćby wymordowanie polskich oficerów w Katyniu, ludobójstwo w Kambodży. Ale mordowanie chrześcijan w Turcji, Ormian, Greków, Asyrochaldejczyków było niespotykanym wcześniej ludobójstwem, za które Turcja nie wykazuje żadnej skruchy. Ta Turcja to prawie w całości kraj muzułmański, gdzie brakuje wolności dla chrześcijan, to kraj skonfliktowany z sąsiadami. Natomiast Europa to kontynent, który powinien być spajany przez jednego ducha cywilizacyjnego, jednolitość kultury, spójny system wartości. Chciałbym znowu przypomnieć bitwę pod Wiedniem i pod Lepanto, które uchroniły nas od bycia teraz narodami muzułmańskimi.
Dziękuję za rozmowę.
