Cenzor znów wyjął nożyczki

Z dr. hab. Bogusławem Paziem z Zakładu Historii Filozofii Nowożytnej
Instytutu Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia Marek Zygmunt

Opracowany pod Pana kierownictwem tom interdyscyplinarny pt. "Prawda
historyczna a prawda polityczna w badaniach naukowych. Przykład ludobójstwa na
Kresach Południowo-Wschodnich II RP w latach 1939-1946" miał się ukazać pod
koniec czerwca br. nakładem Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu Wrocławskiego.
Dlaczego do dziś nie został opublikowany?

– Sam sobie zadaję to pytanie i nie potrafię na nie odpowiedzieć. W połowie
czerwca próbowałem uzyskać wyjaśnienia w tej kwestii od prezesa Wydawnictwa
Naukowego Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Marka Górnego, ale ten, mimo
wcześniej umówionego spotkania, odwołał je na dzień przed terminem, nie podając
żadnego powodu. Nie zaproponował też alternatywnej daty naszej rozmowy. Umowa
między dziekanem Wydziału Nauk Społecznych a prezesem Wydawnictwa Naukowego
Uniwersytetu Wrocławskiego na wydanie tej publikacji została podpisana w marcu
br. Wcześniej wszystko zostało zaakceptowane. Były też dwie pozytywne recenzje:
dyrektora Instytutu Historii Uniwersytetu Rzeszowskiego prof. Włodzimierza
Bonusiaka i prof. Zdzisława Juliana Winnickiego z Instytutu Studiów
Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Nie ma też żadnych problemów ze
sfinansowaniem tomu, ponieważ uzyskałem dotacje od rektora Uniwersytetu
Wrocławskiego prof. Marka Bojarskiego, dziekana Wydziału Nauk Społecznych prof.
Jerzego Juchnowskiego, dyrektora Instytutu Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego
prof. Leona Miodońskiego oraz od władz Starostwa Powiatowego w Wołowie.

Trudno o bardziej komfortową sytuację dla wydawnictwa. Skąd więc biorą się
opory przed dokończeniem prac redakcyjnych?

– Trudno tu doszukiwać się jakichkolwiek powodów redakcyjnych. Sądzę, że dzieje
się tak dlatego, ponieważ praca uderza aż w pięć głównych elementów obecnych we
współczesnym myśleniu o historii Polski. Po pierwsze, zawiera radykalną krytykę
nurtu postmodernizmu w historiografii, który neguje pojęcie prawdy jako takiej.
Reprezentują go przede wszystkim współcześni postmarksiści. Trzeba przy tym
pamiętać, jak ogromnych spustoszeń w naszej humanistyce dokonał marksizm,
spychając ją często na zupełny margines światowej nauki. W szczególności dotyczy
to etosu samego naukowca, którego naczelną zasadą działania powinno być
bezinteresowne poszukiwane obiektywnej, tj. zastanej przez nas i od nas
niezależnej, prawdy. Trudno o taki etos u postmodernistów, którzy jak Jerzy
Topolski – po 1987 roku "nawrócony" radykalny postmodernista, a wcześniej
ortodoksyjny marksista-komunista – wprost postulowali zastąpienie kategorii
prawdy polityczną poprawnością. Po drugie, ekspertyzy prawne, jakie w tomie
zamieściło trzech prokuratorów pionu śledczego IPN, zajmujących się zbrodniami
dokonywanymi przez ukraińskich nazistów z SS-Galizien i OUN-UPA, nie
pozostawiają najmniejszych wątpliwości. To było niepodlegające przedawnieniu
ludobójstwo. Taka diagnoza pociąga bardzo konkretne konsekwencje
prawnomiędzynarodowe, które są bardzo niekorzystne dla obozu "pomarańczowych"
elit, reprezentowanych i finansowanych przez Wiktora Juszczenkę i Julię
Tymoszenko. Po trzecie, książka zawiera materiał faktograficzny przedstawiający
bestialstwo wspomnianych ukraińskich nazistów. Budzi on po prostu grozę. Po
czwarte, w tomie zamieścili swoje prace autorzy z kilku krajów: Stanów
Zjednoczonych, Kanady, Holandii, Niemiec, Ukrainy (trzech autorów) i Rosji oraz
– oczywiście – Polski. Co ciekawe, pomimo różnic, jakie występują w podejściu do
różnych spraw u tych autorów, istnieje praktycznie całkowita zgoda w obrazie
ludobójstwa dokonanego na Polakach i innych nacjach na terenie dawnych Kresów.
Stąd tak ogromną rolę odgrywa tu sprawa wizerunku. Zarówno żyjący na Ukrainie,
jak i działający w Polsce pogrobowcy Stepana Bandery nie mogą nie liczyć się z
tym, że umiędzynarodowienie badań nad działalnością banderowskich ludobójców
prowadzi do zupełnie innego obrazu ukraińskiego nacjonalizmu niż ten przez nich
kreowany.

Jakie niesie to w praktyce konsekwencje?
– Trudniej będzie im w przyszłości budować na terenie Polski kolejne pomniki ku
czci ludobójców z OUN-UPA i wyciągać od naszego państwa pieniądze na swoją
działalność, jak to się dzieje obecnie. Wreszcie piąty element, być może
najważniejsza ze wszystkich przyczyna problemów, jakie towarzyszą wydaniu
omawianego tomu. Jest to wskazanie na całkowite fiasko w polityce wschodniej
opartej na tak zwanej doktrynie Jerzego Giedroycia. Jej dzisiejszym skutkiem
jest otwarcie antypolska polityka rządu i parlamentu państwa litewskiego, ale
także np. odwoływanie się przez działaczy białoruskich z Frontu Narodowego do
tradycji nazistowskich formacji kolaboracyjnych. Zjawiska gloryfikacji
ludobójców Polaków przez struktury państwa ukraińskiego (m.in. dekrety
Juszczenki) chyba nie trzeba przypominać. W tomie można znaleźć analizy, które
wykazują, że obecny stan rzeczy w postaci agresywnej antypolskiej polityki
naszych wschodnich sąsiadów był po prostu nieunikniony. Nie można się było
spodziewać innych efektów, biorąc w polityce wschodniej Polski za wzór
Giedroycia. On to jako pracownik polskiej ambasady w Bukareszcie osobiście
wręczył w 1940 roku polski paszport Dmytro Doncowowi – czołowemu ideologowi
ukraińskiego integralnego nacjonalizmu, miłośnikowi Adolfa Hitlera i tłumaczowi
jego "Mein Kampf". W swej postawie Giedroyc pozostał konsekwentny, do końca
życia aktywnie wspierając polakożercze środowiska ukraińskich i litewskich
nacjonalistów.

Pozytywnie ocenione przez recenzentów teksty spotkały się w wydawnictwie z
chłodnym – żeby nie powiedzieć: wrogim – przyjęciem…

– Przykro mi o tym mówić, ale rzeczywiście takie fakty miały miejsce. Tej miary
niekwestionowani specjaliści jak prof. Czesław Partacz z Koszalina, dr Lucyna
Kulińska (AGH) czy prof. Ewa Thompson z USA mogli przeczytać pochodzące od
redaktora Wydawnictwa Uniwersytetu Wrocławskiego nie tylko inwektywy pod swoim
adresem, ale i żałosne, a niekiedy po prostu głupie komentarze, obnażające
ignorancję ich autora. Prezes Marek Górny w rozmowie ze mną na początku czerwca
w pełni się zgodził, że miały one skandaliczną formę, która – jak powiedział –
"jest niedopuszczalna w wydawnictwie naukowym". W czasie tej rozmowy
kilkakrotnie obiecał mi, ale także rektorowi UWr i dziekanowi Wydziału Nauk
Społecznych, że autorzy ci zostaną natychmiast przeproszeni przez wydawnictwo.
Niestety, do dzisiaj nie tylko tak się nie stało, ale z posiadanych przeze mnie
informacji wynika, że redakcja wycofuje się z tych przeprosin. Myślę, że
wydawnictwo postępuje tak celowo, aby po raz kolejny upokorzyć autorów tomu i
zmusić ich do rezygnacji z dalszej współpracy przy jego wydawaniu.

Rektor Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Marek Bojarski wyrażał wcześniej
poparcie dla wydania tego tomu, także w formie pomocy finansowej. W obliczu
problemów na Pana prośbę ponownie doszło ostatnio do spotkania. Jak zareagował
rektor?

– Pan rektor z życzliwością wysłuchał moich argumentów i zapowiedział, że zwróci
się do prezesa wydawnictwa z prośbą o pilne wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. Na
drugi dzień otrzymałem telefon z jego sekretariatu z informacją, że prezes
wydawnictwa prześle jak najszybciej stosowne wyjaśnienia dziekanowi Wydziału
Nauk Społecznych. Problem w tym, że mamy obecnie okres wakacji i dziekan oraz
wielu innych pracowników wydziału są na urlopach. Myślę, że wydawnictwo celowo
tak długo zwlekało z wyjaśnieniami, aby nikt z moich władz w porę, tj. przed
wakacjami, nie mógł skutecznie zareagować. Na potwierdzenie tej tezy mam inny
dowód: dyrektor mojego instytutu prof. Leon Miodoński kilka tygodni temu wysłał
w trybie pilnym pismo, w którym domagał się od prezesa Górnego wyjaśnień
dotyczących zaistniałego stanu rzeczy i do dzisiaj nie otrzymał żadnej
odpowiedzi.

Rzecznik prasowy uniwersytetu twierdzi, że władze uczelni są zainteresowane
wydaniem tej publikacji, pod warunkiem że będzie ona na najwyższym poziomie
naukowym. Z kolei z informacji krążących po uniwersytecie wynika, że w piśmie
prezesa wydawnictwa do dziekana prof. Jerzego Juchnowskiego jest zawarta
sugestia anulowania zawartej umowy.

– Myślę, że wydawnictwo stosuje realizowaną z premedytacją obstrukcję. Proszę
zwrócić uwagę, że tytułu opracowywanego przeze mnie tomu nawet nie ma w
oficjalnym spisie zapowiedzi wydawniczych na stronie Wydawnictwa Naukowego
Uniwersytetu Wrocławskiego, choć – jak już wcześniej wspomniałem – umowa o jego
wydaniu została zawarta na początku marca br., wydawnictwo zaś zna całą
zawartość tomu już od grudnia ubiegłego roku. Natomiast przedstawiciele mediów i
organizacji kresowych mówią mi, że dzwoniąc do wydawnictwa, dowiadywali się, że
jego pracownikom nic nie wiadomo o przygotowywanym przeze mnie tomie.

Postępowanie Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu Wrocławskiego sprzyja tym,
którzy dążą do zamazywania okrutnej prawdy o ludobójstwie na Kresach?

– Trudno tu mówić o jakimś zamazywaniu prawdy, bo mamy do czynienia wprost z
działaniem na rzecz jej przemilczenia. Konkretnie: przemilczenia ogromu
banderowskiego ludobójstwa na Kresach w latach 1939-1946. Trzeba mieć na uwadze,
że prawda ta dla wielu wpływowych gremiów w naszym kraju jest bardzo niewygodna.
Proszę sobie wyobrazić, że funkcjonują w Polsce wpływowe instytucje i
środowiska, które dążą np. do tego, aby nasze państwo wypłacało emerytury
kombatanckie ludobójcom z OUN-UPA. To jest kolejny praktyczny etap stosowania
"grubej kreski" już nie w bieżącej polityce, ale w polityce historycznej.

Uniwersytet Wrocławski nosił przez wiele lat imię Bolesława Bieruta. Jakie
bariery utrudniają dziś rozwój badań naukowych?

– Z siermiężnego upiora Bieruta nie pozostało nic. Teraz na uniwersytetach
straszy zupełnie inny upiór. Pisał o nim Zbigniew Herbert w znanym skądinąd
wierszu "Potwór Pana Cogito", iż "pozbawiony jest wymiarów/ trudno go opisać/
wymyka się definicjom". To oczywiście potwór politycznej poprawności: "jest on
jak ogromna depresja/ rozciągnięta nad krajem/ nie da się przebić/ piórem/
argumentem/ włócznią". Z tym irracjonalnym, a przez to trudnym do zdefiniowania
potworem przegrywają wszelki racjonalizm i nauka. Wszyscy jakoś doświadczamy
jego obecności ("jest na pewno […] zatruwa studnie/ niszczy budowle umysłu").
Przykładem może być właśnie mój tom. Okazuje się, że pozytywne opinie napisane
przez wybitnych profesorów, posiadających ogromny dorobek naukowy, nie mają dla
wydawnictwa żadnego znaczenia. Niemający naukowego dorobku ani stopni naukowych,
ale politycznie poprawny redaktor wydawniczy twierdzi bowiem, że np. umieszczony
w tomie fragment wydanej w Harvard University Press książki uznanego
holenderskiego historyka Karela C. Berkhoffa "nie spełnia naukowych standardów".
Cóż, warto tu przypomnieć, że jeszcze do niedawna przez pół wieku owych
standardów "naukowości" nie była w stanie spełnić żadna z prac o Katyniu czy
pakcie Ribbentrop – Mołotow. Myślę, że jakikolwiek dodatkowy komentarz jest tu
zbyteczny.
 

Dziękuję za rozmowę.

drukuj