Buty to nie samochód

Z Kazimierzem Klepaczewskim, prezydentem Polskiej Izby Branży Skórzanej w Radomiu, rozmawia Krzysztof Losz

Producenci butów od dawna krytykują nasze prawo konsumenckie, twierdząc, że przynosi ono więcej szkód niż pożytku, że jest niespójne, a wiele przepisów jest bezsensownych, zwłaszcza dotyczących reklamacji. Dlaczego?

– Nasze najpoważniejsze zarzuty od początku dotyczyły terminu gwarancji, jakimi objęte są buty. Konsument może reklamować obuwie w dwa lata od momentu zakupu. To stawia kupującego w uprzywilejowanej pozycji, więc nic dziwnego, że organizacje, stowarzyszenia konsumenckie bardzo mocno zaangażowały się kilka lat temu w popieranie tych przepisów. Ale dwuletnia gwarancja na buty mija się ze zdrowym rozsądkiem i w tej materii powinno dojść do zmiany przepisów. Chciałbym zwrócić uwagę na jeden aspekt tej sprawy: dwuletnia gwarancja dotyczy także takich produktów, jak telewizory, lodówki, pralki, a nawet samochody, choć tam najczęściej producenci z własnej inicjatywy, dla celów marketingowych wydłużają ją nawet do trzech lat. Ale przecież buty to nie lodówki czy samochody! Nikt nie może oczekiwać, że będą one tak trwałe jak urządzenia elektryczne czy pojazdy mechaniczne. Dlatego wrzucanie wszystkich wyrobów do jednego worka z napisem „reklamacje” jest bezsensowne.


Jednak, gdy ustawa konsumencka była uchwalana, to w jej uzasadnieniu zapisano, że Polska w ten sposób wprowadza prawodawstwo unijne, do czego byliśmy zobowiązani w momencie akcesji do UE. Może więc problem ma charakter ogólnoeuropejski, a nie krajowy?


– To właśnie jeden z bzdurnych mitów, który sprytnie rozpowszechniono, jakoby to Unia wymusiła na nas zaostrzenie aż do tego stopnia ustawy o prawach konsumenta. Z Brukseli rzeczywiście co roku wychodzą setki bzdurnych przepisów, ale akurat w tym przypadku to nie UE jest winna, lecz nadgorliwość naszych urzędników. Bruksela wcale nie nakazywała nam wprowadzenia dwuletniej gwarancji na buty i inne tym podobne produkty. To już była inicjatywa naszych władz i nie można za to zwalać winy wyłącznie na unijne przepisy. Zresztą na podobną nadgorliwość naszych urzędników i parlamentarzystów narzekają przedsiębiorcy z innych branż.


Czyli w innych krajach nie ma dwuletniej gwarancji na buty?


– Właśnie to chciałem powiedzieć. Rozmawialiśmy ze swoimi kolegami z Niemiec, Włoch, Hiszpanii czy Francji. To kraje, gdzie prawa konsumentów są z pewnością bardziej przestrzegane niż u nas, tam i ruchy konsumenckie są bardziej skuteczne, mają dłuższą tradycję działania, dysponują większymi funduszami. Ale w tych państwach nikomu nie przychodzi do głowy, żeby buty traktować jako taki sam towar jak samochód. Gdy nasi zachodni partnerzy dowiadywali się o tym, jakie u nas panują normy prawne, byli zaskoczeni. Myśleli nawet, że sobie żartujemy albo że jesteśmy przeczuleni, że źle interpretujemy przepisy lub jesteśmy zbyt negatywnie nastawieni do Unii Europejskiej. Gdy poznali prawdziwą sytuację, nie kryli zdumienia, a wielu to wręcz rozśmieszyło. Nam jednak nie jest do śmiechu.


Jakie skutki, Pana zdaniem, spowodowało prawo konsumenckie dla branży obuwniczej?


– Spowodowało to wiele niepotrzebnych konfliktów, zwłaszcza między kupującymi a handlowcami, bo to sprzedawcy i właściciele sklepów muszą z konsumentami załatwiać sprawy reklamacji. I mamy często i takie sytuacje, że ktoś intensywnie użytkował buty przez półtora roku, co oczywiście spowodowało ich zniszczenie. Klient uzbrojony w prawo o dwuletniej gwarancji idzie jednak do sklepu i żąda wymiany butów. Gdy sklep odmawia, do akcji wkraczają rzecznicy praw konsumenta, którzy urzędują w każdym powiecie, a coraz częściej sprawa opiera się o sądy. Większości tych przypadków by nie było, gdyby nie nasze nazbyt restrykcyjne prawo.

Inny przykład. Wiemy, jak użytkuje buty sportowe nasza młodzież. Chodzą w nich na okrągło, wiele osób nawet zimą nie zdejmuje ulubionych butów, zwłaszcza teraz, gdy zimy są łagodne. Po kilku miesiącach tak intensywnego użytkowania buty naprawdę nadają się tylko do wyrzucenia, a nie do reklamacji. Ale rodzice i z takimi przypadkami przychodzą do sklepów. W ten sposób można by raz zapłacić za buty, a potem co pół roku lub rok żądać wydania nowych. Z logiką nie ma to nic wspólnego.


Z drugiej jednak strony, osoby kupujące obuwie narzekają na złą jakość butów i twierdzą, że prawo nawet za słabo chroni ich interesy, że stoją na straconej pozycji wobec producenta…


– My mamy zupełnie inne odczucia. Czasy, gdy to producent dominował na rynku, gdy on dyktował warunki, już bezpowrotnie minęły. Teraz nie da się sprzedać byle czego, bo konkurencja szybko wyeliminuje słabą firmę z rynku, ale nie można też doprowadzić do dysproporcji w drugą stronę. Nie można traktować producentów jako potencjalnych podejrzanych o dokonanie „przestępstwa wyprodukowania bubla”. Prawa powinny być jednakowe. Wielu klientów, gdy nie udaje im się załatwić polubownie reklamacji, idą ze skargą do gazet, radia, telewizji. Czytałem wiele artykułów na ten temat i z reguły tym złym był sprzedawca lub producent, a klient stawał się jedynym pokrzywdzonym. Tymczasem prawdziwa sytuacja jest często bardziej skomplikowana.


Ktoś czytający te słowa może Panu zarzucić obronę własnego środowiska, przedsiębiorstw obuwniczych przed konsumentami…


– Z branżą skórzaną jestem związany od ponad 40 lat, nie tylko z racji wykształcenia i pracy w zakładach przemysłowych. Jestem również od wielu lat rzeczoznawcą i biegłym sądowym. Znam więc wiele spraw od podszewki i mogę się pokusić o generalne wnioski, które, niestety, nie są najlepsze.


Jako rzeczoznawca badał Pan zapewne wiele reklamacji, ocenia ich zasadność. Czy rzeczywiście klienci nie mają podstaw do składania skarg na kupione buty?


– Tego nie powiedziałem. Są różne przypadki, także takie, gdy składający reklamację klient nie ma racji. Spotykałem się już i z takimi zarzutami, że komuś przemokły skórzane buty. A jak się miała zachować skóra, jeśli ktoś np. przez długi czas był na deszczu, chodził po kałużach w półbutach? Skóra jest naturalnym materiałem, który „oddycha”, przepuszcza powietrze, ale i wodę. Oczywiście, są pewne normy przepuszczania wody, które producent butów musi zachować, ale but skórzany to nie obuwie gumowe, które nie powinno przepuszczać wody.

Poza tym wiele osób nie potrafi dobrze obchodzić się z butami, nie poddaje ich pielęgnacji i dlatego się szybko niszczą, a nie z winy producenta. Mieliśmy już i takie przypadki, że ktoś składał reklamację, bo po osuszeniu buty zrobiły się mniejsze. Kurczenie się skóry to naturalny proces, jeśli ktoś suszy buty przy kaloryferze, kominku, gdzie jest wysoka temperatura. Owszem, buty wtedy błyskawicznie wysychają, ale często nie nadają się już do użytku. Obuwie powinno się bowiem postawić w przewiewnym miejscu, żeby wyschło w sposób naturalny, a nie przyspieszony. Wtedy na pewno nic się butom nie stanie.

Inny często spotykany problem to niewłaściwa pielęgnacja. Na rynku jest wiele past i innych środków do czyszczenia butów, konserwacji skóry, ale nie wszystkie są dobre. Wiele osób kupuje np. pasty w płynie. Są one wygodne w użytku, szybko pokrywają skórę, nadają też butom połysk bez konieczności polerowania. Ale bardzo często pasta w płynie może doprowadzić do zniszczenia skóry. Zdarzają się też skargi konsumentów, że „buty brudzą stopy”. A po zbadaniu obuwia okazuje się, że jest to skutek uboczny stosowania takich past. Zawierają one dużo wody, dopóki skóra może, to wodę wchłania, ale potem, niestety, jest jej nadmiar, który skóra „oddaje”.


Przyznam szczerze, że przeglądając różne materiały, artykuły na temat jakości obuwia, natknąłem się i na takie stwierdzenia, że klienci, a zwłaszcza kobiety, padają ofiarą pogoni za modą. Czyżby modne obuwie z natury miało być wadliwe?


– Nie chodzi o sposób jego wykonania, bo jest on dobry, zgodny z projektem i sztuką obuwniczą, jakości butów nic nie można zarzucić. Ale moda rzeczywiście może sprawiać kłopoty. Klienci, a zwłaszcza klientki, bo buty damskie mam tu przede wszystkim na myśli, powinni pamiętać o jednej zasadzie: nie zawsze to, co jest modne, jest praktyczne. I znowu najlepiej posłużyć się przykładem. Kilka lat temu bardzo modne stały się buty ze szpiczastymi przodami. One rzeczywiście prezentują się bardzo okazale, ale podczas codziennego użytku mogą sprawiać kłopoty. Takim czubkiem jest łatwo zawadzić o nierówność w chodniku, może się on zniszczyć w wielu innych okolicznościach. Niestety, nawet najlepiej wykonany but nie jest odporny na każdy rodzaj mechanicznego uszkodzenia, a nie można mieć pretensji to producenta, że wypuszcza na rynek modne buty, bo przecież musi on myśleć o potrzebach klientek i jeśli chcą one mieć na nogach takie obuwie, to muszą taki towar znaleźć u niego albo pójdą do konkurencji. Zresztą bardzo często ta moda jest nam narzucana z Zachodu, ale – jak już mówiłem – tam inaczej podchodzi się do kwestii jakości butów i terminów gwarancji.


Zapewne reklamacji byłoby mniej, gdyśmy byli bogatszym społeczeństwem, dla którego zapłacenie 200 czy 300 zł na buty to nie jest duży wydatek…


– Na pewno tak. W krajach zachodnich ludzie kupują o wiele więcej rocznie par butów niż Polacy, co powoduje, iż mniej eksploatują obuwie. U nas jeszcze często jest tak, że jak ktoś kupi na wiosnę jedną parę półbutów, to chodzi w nich codziennie aż do zimy i buty wtedy szybko są znoszone. Ale, niestety, polscy producenci butów nie mają wpływu na dochody naszych obywateli. To już zupełnie inny problem, niezależny o nas.


A może produkujemy za drogo?


– Zyskowność w naszej branży jest naprawdę niska. Są pewne koszty, których nie da się ominąć, jak zakup skóry czy innych materiałów potrzebnych do produkcji, zapłacenie pensji pracownikom, które muszą być coraz wyższe, bo inaczej ludzie będą uciekać do innych zawodów albo wyjeżdżać za granicę. Wielu zresztą już to zrobiło. I te koszty decydują o cenie obuwia. W dodatku rynek jest zalewany tanim obuwiem z Azji, głównie z Chin i Wietnamu, bo tam nie tylko są niższe koszty pracy, ale też producent nie musi spełniać wielu wymagań prawnych czy ekologicznych, które nakładane są na nasze zakłady i również kosztują. Cena takich butów jest oczywiście niska, choć nie zawsze, bo na Dalekim Wschodzie buty szyją także znane światowe koncerny i sprzedają je u nas po bardzo wysokich cenach. Gorzej jest często z jakością.


Dużo jest przypadków reklamowania obuwia pochodzącego z importu?


– Tak, bo import opanował grubo ponad połowę naszego rynku, więc choćby z racji tej ilości można oczekiwać wielu reklamacji. Moje zarzuty odnośnie do jakości azjatyckich butów nie są bezpodstawne, o czym może świadczyć fakt, iż są sklepy, które odmawiają przyjmowania obuwia z Azji, właśnie ze względu na dużą liczbę reklamacji, jakie mieli w przeszłości. Wolą więc teraz dmuchać na zimne.


Zdarzają się jednak, niestety, także przykłady błędów popełnianych przez krajowych producentów.


– Ależ oczywiście. W swojej wieloletniej praktyce rzeczoznawcy i biegłego spotykam się z takimi przypadkami, gdy obuwie było wykonane wadliwie, przez co szybko się niszczyło: po kilku założeniach puszczały szwy, pękała skóra, chociaż nie powinna, odklejały się podeszwy. Wtedy klientowi jak najbardziej należy uznać reklamację. Te problemy wynikają często ze źle pojętej oszczędności, gdy producent kupuje półfabrykaty gorszej jakości, a wtedy nie ma szans na wyprodukowanie obuwia dobrej jakości. Jednak rynek najlepiej weryfikuje producentów. Gdy ktoś kupi złe buty, to na przyszłość na pewno będzie unikał nabywania obuwia od takiego producenta. Partacze zaś szybko wypadają z rynku, bo ciągnie się za nimi zła opinia. Zdecydowana większość polskich firm produkuje jednak wyroby najwyższej jakości. Ale powtarzam jeszcze raz: buty to nie pralka, telewizor czy samochód i nie mogą być równie trwałe. Dlatego od dawna apelujemy do władz o zmianę przepisów reklamacyjnych, ale na razie bezskutecznie.


Rozmawiamy o butach, bo jest to najczęściej kupowany produkt skórzany. Ale towarów wykonywanych ze skóry mamy na rynku wiele. Jakie są jeszcze często reklamowane?


– Wiele skarg dotyczy mebli z tapicerką ze skóry. Są one drogie i klient ma prawo oczekiwać produktu najwyższej jakości. Tymczasem okazuje się, że piękna kanapa lub fotel są niepraktyczne: gdy ktoś na nich usiądzie, ma zaraz mokrą koszulę lub spodnie. Dzieje się tak, gdy skóra nie przepuszcza powietrza. Podobnie jest zresztą w przypadku tapicerki samochodowej. Musiała ona zostać źle wyprodukowana, bo dobra skóra ma zupełnie inne właściwości.


Czyli wina leży po stronie garbarni…


– Skóra meblowa jest z reguły importowana, nasze garbarnie jej nie produkują. A na Zachodzie obok rzetelnych producentów trafiają się też nieuczciwi. Może być i tak, że producent mebli ze źle pojętej oszczędności kupuje tańszą, ale gorszą skórę. A z takiej dobrych mebli obitych skórą się nie zrobi.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj