Brakuje analizy, co działo się przed katastrofą
Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem społecznym,
wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, rozmawia
Jacek Dytkowski
Obserwujemy już rozpoczęcie kampanii medialnej, która ma wmówić
Polakom, że głosujący na kandydata PiS w wyborach prezydenckich będą kierowali
się emocjami, a nie racjonalnym myśleniem…
– Media będą się
starały przekonywać do wielu innych rzeczy. W polskiej polityce brakuje mi
przede wszystkim oceny i analizy tego, co się działo przed katastrofą
prezydenckiego samolotu. Nie ma wniosków dotyczących stanu państwa, który mógł
do takiej tragedii doprowadzić, albo tych wszystkich nieprawidłowości, jakie
przedtem istniały. Nie znaleźliśmy przecież takiej analizy w mainstreamowych
mediach. Tego rodzaju opinie o wykorzystywaniu żałoby albo komentarze do
oświadczenia prezesa Jarosława Kaczyńskiego, w którym ogłosił swój start w
wyborach, są zatem raczej wyrazem przerażenia tym, że władza może się wymknąć z
rąk. I tak to należy odczytywać.
Platforma Obywatelska i sprzyjające jej media obawiają się wzrostu
poparcia dla kandydata PiS?
– Myślę, że są bardzo zaniepokojone,
ponieważ tendencja sondażowa jest dosyć wyraźna. Nastąpiło odwrócenie nastrojów
w dość szerokich warstwach społecznych, tych, których w zasadzie na co dzień nie
widać. Na pewien czas ujawniły się one na Krakowskim Przedmieściu i przed
Pałacem Prezydenckim. Teraz trzeba więc to jakoś okiełznać, wbić ludziom do
głowy różne slogany i nową wersję tych, którymi szermowano przez ostatnie trzy
lata. W całej kampanii, która była prowadzona przed katastrofą, używano metod
dosyć skutecznych, jeżeli chodzi o Polskę. Grano na typowej dla Polaków
nieufności do władzy i skłonności do drwin. Teraz specjaliści od wojny
psychologicznej muszą wymyślić coś innego. Nagle okazuje się, że człowiekiem,
który sieje niepokój i zachowuje się niegodnie w sferze publicznej, jest poeta
Jarosław Rymkiewicz, a jedynym politykiem z rządu PO, który wykrztusił z siebie
słowo „przepraszam”, był Bogdan Zdrojewski, minister kultury i dziedzictwa
narodowego. Natomiast Stefan Niesiołowski, wicemarszałek Sejmu, szybko wrócił do
łask. Nie mamy żadnych decyzji wskazujących na to, że ta katastrofa doprowadziła
do jakiejś głębszej refleksji oraz prób zmian swojego postępowania. Używa się
języka pojednania tylko po to, aby diagnozy ukazującej, co się działo przedtem,
nie sformułować. Przystąpiono do pacyfikacji nastrojów i pisania różnych
ostrzegawczych tekstów. Każdy sam może sobie wyrobić zdanie na ten temat.
Dzisiaj na szczęście wszystko można znaleźć w sieci internetowej. Wystarczy na
przykład wpisać hasło „człowiek o mentalności klawisza”, by dowiedzieć się, kto
o kim tak kiedyś powiedział. Po 1989 r. niszczono część materiałów
zamieszczonych w mediach i żeby do nich dotrzeć, trzeba było pójść do
biblioteki. Dziś natomiast wszystko jest dostępne. Liczy się tylko na słabą
pamięć Polaków, na to, że to, co wcześniej pisano i mówiono, zatrze się w ich
świadomości.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to była tylko krytyka, być może trochę za
ostra…
– Nie. To była dosyć świadoma, świadomie uprawiana polityka
mająca zgodę naczelnych władz rządzącej partii używającej tzw. PR, czyli
propagandy, jako głównego instrumentu sprawowania władzy. Są teksty zwolenników
tego ugrupowania, które to opisują. Istnieją artykuły publicystyczne i można je
przeczytać. Natomiast teraz natychmiast przystąpiono do fałszowania niedawnej
przeszłości, dlatego że jest ona rzeczywiście kompromitująca dla wielu polityków
i dziennikarzy.
Dziękuję za rozmowę.
