Bracia Ratzingerowie – jedno serce i jedna dusza

Z Michaelem Hesemannem, niemieckim historykiem i publicystą, rozmawia
Bogusław Rąpała

Książka "Mój brat. Papież", której jest Pan autorem, jest niezwykła.
Powstawała podczas bardzo osobistej rozmowy z ks. prałatem Georgiem Ratzingerem.
Jak wyglądała praca nad nią?

– Georga Ratzingera – brata naszego Ojca Świętego poznałem w grudniu 2010
roku. To wtedy zapytałem go, czy zgodziłby się udzielić mi wywiadu zawierającego
jego wspomnienia z dzieciństwa, młodości oraz drogi życiowej jego brata. Wywiad
miał posłużyć jako materiał do niewielkiej książki. Z początku zwlekał, mówił,
że musi najpierw przebyć operację kolana, lecz gdy już się z tym uporał, ku
mojej wielkiej radości zgodził się. Umówiliśmy się na drugi tydzień maja 2011
r., ponieważ wcześniej chciałem udać się do Rzymu na uroczystości beatyfikacyjne
Jana Pawła II, którego wielokrotnie miałem zaszczyt spotykać i którego darzę
wielką czcią. Potem wyruszyłem do Ratyzbony, gdzie przez tydzień, po dwie
godziny dziennie, spotykałem się z ks. prałatem Ratzingerem, by zadawać mu
pytania. Następnie, mając dziesięciogodzinne nagranie naszych rozmów,
przystąpiłem do kolejnego etapu pracy nad książką. Wspólna znajoma, mieszkająca
od urodzenia w tym samym mieście co ksiądz prałat, transkrybowała wywiad,
uzupełniając wypowiedzi sławnego kapelmistrza katedralnego [Georg Ratzinger
przez 30 lat prowadził światowej sławy chór chłopięcy Regensburger Domspatzen –
red.]. W połowie czerwca znowu przyjechałem do Ratyzbony i przez dwie godziny
dziennie czytałem prałatowi zapis naszej rozmowy, ponieważ on sam na skutek
choroby siatkówki oka w 90 procentach utracił wzrok. Ksiądz Georg Ratzinger
uzupełniał i poprawiał tekst aż do momentu, gdy otrzymaliśmy satysfakcjonującą
nas obydwóch wersję. Jako że wybierał się do Rzymu na obchody diamentowego
jubileuszu święceń kapłańskich, które przyjął razem ze swoim bratem Josephem 29
czerwca 1951 r. w katedrze we Fryzyndze, przekazałem mu dwa wydruki, jeden dla
Ojca Świętego, a drugi dla jego sekretarza ks. prałata dr. Georga Gänsweina.
Naszym wspólnym życzeniem było to, aby przed drukiem manuskrypt sprawdził
właśnie ks. Gänswein. I gdy ten po gruntownej lekturze i całej serii niewielkich
poprawek udzielił placetu – było to również częścią naszej umowy – przekazałem
książkę do wydawnictwa.

Rozmawiał Pan z ks. Georgiem Ra- tzingerem w dialekcie bawarskim?

– Pytania zadawałem w standardowym języku niemieckim, a prałat odpowiadał po
bawarsku. Z racji tego, że sam pochodzę z Nadrenii, nie potrafię posługiwać się
tym dialektem. Ale Georg Ratzinger mówił bardzo piękną bawarszczyzną, więc ze
zrozumieniem nie miałem żadnych problemów. Tym bardziej że mieszkałem jakiś czas
w tym regionie Niemiec.

Miała być niewielka książka, a powstało grube, liczące 271 stron
dzieło. Czego głównie dotyczyła rozmowa z bratem Ojca Świętego?

– Najwięcej miejsca zajmują wspomnienia dotyczące dzieciństwa i młodości
Benedykta XVI, a więc okresu przed wspólnymi święceniami kapłańskimi. W końcu
był to czas, kiedy bracia byli bardzo blisko siebie, o czym w sposób
najautentyczniejszy mógł opowiedzieć jako jedyny żyjący świadek właśnie Georg
Ratzinger. Ten czas miał też decydujący wpływ na dzisiejszego Papieża. Co zatem
skłoniło go do tego, aby tak jak jego o trzy lata starszy brat zostać księdzem?
W jaki sposób przejawiało się jego powołanie? Na czym polegały stawiane mu
wytyczne, które sprawiły, że poszedł taką, a nie inną drogą? I co ta przeszłość
mówi nam o człowieku Josephie Ratzingerze, dzisiejszym Papieżu?

Zacznijmy od tego, jak dziś, z perspektywy lat, ks. Georg Ratzinger
opisuje swojego młodszego brata.

– Georg Ratzinger mówi o swoim bracie jako o człowieku przywiązanym do swojej
ojczyzny i rodziny, który także dzisiaj, pomimo swojej niezwykłej teologicznej i
kościelnej drogi, pozostał zwykłym, serdecznym człowiekiem. Oczywiście wszyscy
jego bliscy – rodzice, rodzeństwo oraz nauczyciele od początku czuli, że ten
chłopiec jest kimś wyjątkowym, że jest małym geniuszem i "wiele w życiu
osiągnie". Jedynym, który najwidoczniej nigdy tego nie chciał dostrzec, był sam
Joseph Ratzinger – z jednej strony gnany przez niepohamowaną ciekawość i
niedający się zaspokoić głód wiedzy, a z drugiej – patrząc od strony materialnej
i biorąc pod uwagę stopnie kariery – zawsze był zadowolony z tego, co w danym
momencie oferowało mu życie: czy była to posada wikarego w Monachium –
Bogenhausen, czy też profesura nadzwyczajna we Fryzyndze, posady profesorskie w
Bonn, Mźnster, Tybindze i Regensburgu, nominacja na arcybiskupa Monachium i
Fryzyngii, wezwanie do Rzymu, wybór na Papieża – zawsze to inni musieli na niego
naciskać, niemalże zmuszać, żeby przyjął dany "awans". On sam nie miał żadnych
aspiracji co do kariery. Dwie wypowiedzi Georga Ratzingera charakteryzują go
bardzo trafnie: "Był przekonany, że posiada szczególnie talent nauczania
teologii oraz łaskę rozumienia wiary i życia zgodnego z nią, i z tego powodu
jest dobrym nauczycielem. Dlatego nim właśnie chciał być, nikim więcej i nikim
mniej, tak właśnie odczytywał swoje przeznaczenie. Nigdy przy tym nie myślał o
jakichkolwiek zaszczytach, które go raczej krępowały". I jeszcze jeden cytat:
"Zresztą zawsze w swoim życiu najpierw stawiał sobie pytanie, czego chce Bóg, a
następnie całym sercem podążał za Jego wolą tam, gdzie go poprowadziła".

Ta religijna dojrzałość miała swój początek w domu rodzinnym – jak
wiemy, Ratzingerowie byli bardzo religijni. Czego dowiadujemy się o dzieciństwie
Benedykta XVI?

– Georg Ratzinger niezwykle plastycznie opisuje otoczenie, w którym wzrastał
jego brat Joseph, wiejskie warunki życia, pobożność rodziców i to, że głęboka
wiara miała decydujący wpływ na całe życie Ratzingerów. Dzięki wierze rodzina
była odporna na trendy wynikające z ducha czasu, a przede wszystkim na
nazistowską propagandę! To niesamowite, jaką proroczą wręcz przewidywalnością
wykazywał się ich ojciec. Ten prosty żandarm od samego początku miał
nieprzychylne nastawienie do nazistów, przejrzał ich, przeciwstawił się im i
wolał złamaną karierę i przeniesienie na wiejską placówkę niż dopasowanie się i
poddanie wywieranej presji. Kiedy Hitler doszedł do władzy, ojciec od razu
wiedział, że wybuchnie wojna, dlatego podjął konieczne działania mające uchronić
rodzinę: kupił dom w przysiółku na peryferiach Traunstein, gdzie można było
samemu się wyżywić i być bezpiecznym przed nalotami. Również wstąpienie braci do
archidiecezjalnej szkoły seminaryjnej dla chłopców oznaczało stanowczą,
wewnętrzną odmowę wobec nazistowskiego reżimu i wyraźne "tak!" powiedziane
Chrystusowi, gdyż Georg i Joseph dobrze wiedzieli, że, idąc tą drogą, będą
musieli odtąd znosić kpiny, szyderstwa i szykany ze strony wielu swoich
rówieśników. Książka ukazuje, że Joseph Ratzinger zawsze był wyjątkowym
chłopcem, delikatnym i kruchym, wrażliwym i nadzwyczaj inteligentnym – był
prawdziwym, małym geniuszem. Nic dziwnego, że któregoś dnia miał się stać
Mozartem teologii!

Benedykt XVI miał także siostrę Marię. Częste zmiany zamieszkania
oraz głęboka religijność musiały wytworzyć szczególne więzi między trojgiem
rodzeństwa. Jakie one były?

– Bardzo serdeczne – trzeba przyznać, że była to naprawdę zdrowa rodzina. Jej
tajemnicę stanowiła – jak już powiedziałem – głęboka wiara. W Ameryce jest takie
powiedzenie: "A family which prays together, stays together" – rodzina, która
się razem modli, przetrwa wszystko. W Bawarii było dokładnie tak jak w Polsce;
modlitwa pomagała im przetrwać wszystkie ewentualne kryzysy rodzinne poprzez
zawierzenie ich Bogu. Ta głęboka więź między rodzeństwem pozostała na całe
życie. Była tak intensywna, że Maria, która właściwie chciała zostać
nauczycielką, lecz pracowała jako sekretarka w biurze adwokackim, nigdy nie
założyła rodziny, i gdy jej brat Joseph został wezwany do Bonn, postanowiła mu
towarzyszyć. Zajmowała się jego domem i jako gospodyni pozostała przy nim do
swojej śmierci w 1991 roku. Była najstarsza z rodzeństwa – różnica wieku między
nią a Josephem wynosiła sześć lat. Jednak w czasach młodości szczególna bliskość
wytworzyła się między chłopcami, którzy byli "jednym sercem i jedną duszą".

Czy ich drogi do kapłaństwa również były tak podobne?

– Obaj bracia byli ministrantami i od wczesnych lat młodości czuli silną więź
z Kościołem. Kiedy Joseph był czteroletnim chłopcem, miasteczko Tittmoning,
gdzie wówczas mieszkali, odwiedził arcybiskup Monachium ks. kard. Michael von
Faulhaber. Jego majestatyczny wygląd zrobił na nim tak ogromne wrażenie, że
obwieścił swojej rodzinie: "Kiedy będę duży, też zostanę kardynałem". To
oczywiście była dziecinna deklaracja; trochę później Joseph zobaczył malarza
przy pracy i chciał zostać malarzem. Ale za to Georg Ratzinger dosyć wcześnie
odkrył swoją miłość do muzyki – szczególnie do muzyki kościelnej. Już w wieku
dziesięciu lat grał tak dobrze na fisharmonii, że proboszcz poprosił go, aby
swoją grą uświetniał Msze św. dla młodzieży szkolnej. Im więcej Georg miał do
czynienia z Kościołem jako ministrant i organista, tym bardziej był przekonany,
że jego miejsce jest przy ołtarzu i że chce zostać księdzem – tak wstąpił do
szkoły seminaryjnej. Trzy lata później jego śladami podążył młodszy brat Joseph.
W jego przypadku decydującą rolę odegrały dwie rzeczy: przykład starszego brata
oraz osobiste powołanie, które jednak nie przyszło "za jednym zamachem", ale
rozwijało się stopniowo.

Potem przyszła wojna, po której bracia rozpoczęli studia w seminarium
duchownym. Jak ks. Georg Ratzinger wspomina ten okres?

– W szkole seminaryjnej Georg uczył się trzy roczniki wyżej niż jego brat.
Jednak z powodu wojny, w czasie której Georg został zmuszony do służby w
Wehrmachcie, ta różnica wieku uległa niejako anulowaniu, ponieważ w 1945 r.
niemal równocześnie powrócili do zniszczonej ojczyzny. Joseph nigdy nie był
żołnierzem, ale wraz z całą szkołą musiał służyć najpierw w obronie
przeciwlotniczej, a potem pracować społecznie w Austrii. A kiedy wreszcie w
ostatnich tygodniach wojny ściągnięto go do Wehrmachtu, po prostu zdezerterował
i tylko cudem uniknął konsekwencji. Opis spotkania braci w domu rodzinnym,
zjednoczenie rodziny po zawierusze wojennej jest jednym z najbardziej
poruszających fragmentów tej książki. Kiedy zimą 1945/1946 do seminarium
duchownego we Fryzyndze przyjęto pierwszy po wojnie rocznik kandydatów do
kapłaństwa, byli wśród nich dwaj bracia, którzy od tej pory studiowali już
razem. Wtedy też uwidoczniły się ich różne talenty. Podczas gdy Georg Ratzinger
zgłębiał tylko lektury obowiązkowe, a wiele czasu poświęcał na ćwiczenia
muzyczne, jego brat Joseph pochłaniał każdą książkę, która wydawała mu się warta
przeczytania. Jego głód wiedzy nie dawał się wręcz zaspokoić. "Chłonął wszystko
jak sucha gąbka" – czytamy w książce.

Czy to prawda, że w związku z ich zainteresowaniami w seminarium
nadano im – całkiem sympatycznie brzmiące – przezwiska: "Buch-Ratz" (Joseph) i "Orgel-Ratz"
(Georg)?

– Tak, to prawda – wołano tak na nich właśnie z powodu ich pasji. Wprost
zdumiewające jest to, że mieli właściwie całkiem zwykły dom rodzinny, ojciec –
żandarm, matka – zawodowa kucharka, wydała dwóch synów, którzy – każdy na swój
sposób – byli genialni. Tak więc nawet jeśli dzisiaj Georg Ratzinger postrzegany
jest przez pryzmat bycia "bratem Papieża", to nie wolno zapominać, że dawniej
bywało inaczej; we wczesnych latach 70. minionego wieku Joseph Ratzinger – znany
raczej tylko w fachowych kręgach teologicznych, przedstawiał się jako "brat
sławnego kapelmistrza". Były to czasy, kiedy Georg Ratzinger wraz ze swoim
chórem Regensburger Domspatzen przemierzył pół świata – występował w m.in. w
Stanach Zjednoczonych i Japonii. Z dwóch braci to on był wówczas tym "bardziej
prominentnym". Dwaj tak genialni bracia i do tego jeszcze kapłani – to było coś
wyjątkowego w tamtym czasie, a przy tym nikt jeszcze nawet nie przypuszczał, że
jeden z nich kiedyś zostanie Papieżem.

A kiedy to nastąpiło, w zdumienie wielu katolików wprawiła podawana w
mediach informacja, że wybór Josepha Ratzingera na Papieża wywołał przygnębienie
u jego starszego brata. Dlaczego?

– Ponieważ znowu ich wspólne, piękne plany zostały zniweczone. Jak już
mówiłem, Ratzingerowie są ludźmi przywiązanymi do ojczyzny i rodziny. Kiedy
Joseph Ratzinger obejmował profesurę w Ratyzbonie, myślał, że już osiągnął swój
cel. Mieszkał znów w tym samym mieście co brat, spędzali razem dużo czasu, jako
profesor dogmatyki miał wspaniałe, całkowicie go pochłaniające obowiązki, jego
siostra nadal była przy nim, i dlatego zdecydowali przenieść grób swoich
rodziców z Traunstein do Ratyzbony. Tutaj chcieli żyć, czuć się jak w domu oraz
umrzeć. Nawet swój pierwszy dom Joseph Ratzinger wybudował w Pentling, na
przedmieściach Ratyzbony. Ale potem wszystko potoczyło się inaczej, niż
zaplanowali. Papież Paweł VI, który z zachwytem przeczytał "Wprowadzenie do
chrześcijaństwa" Josepha Ratzingera, powołał Bawarczyka na nowego arcybiskupa
Monachium i Fryzyngii. Ale dobrze, tej sytuacji można było jeszcze jakoś
podołać, Monachium jest oddalone od Ratyzbony tylko o półtorej godziny drogi.
Jednak potem z wizytą do Niemiec przybył Jan Paweł II, a w Monachium – jako
gospodarz – przyjmował go Joseph kardynał Ratzinger. Papież cenił jego książki,
zawiązała się między nimi przyjaźń – i wielki Polak ściągnął go do Rzymu. Dwa
razy ks. kard. Ratzinger miał gotową wymówkę, za trzecim razem musiał ustąpić.
"Monachium jest ważne, ale Rzym jest ważniejszy" – przekonywał go Jan Paweł II.
Tam kardynał wiernie wykonywał swoje obowiązki, a kiedy tylko miał możliwość,
przyjeżdżał do Bawarii, żeby być razem z bratem, szczególnie po śmierci siostry
Marii. Wprost nie mógł się doczekać kwietnia 2002 r., kiedy kończył 75 lat, i
miał nadzieję, że Papież zwolni go z pełnionej funkcji. Jednak Jan Paweł II
wciąż prosił go, aby jeszcze pozostał. Potem Papież zmarł. Pogrążeni w żałobie
bracia sądzili, że teraz nareszcie nadejdzie długo wyczekiwany wspólny wieczór
ich życia. Joseph Ratzinger planował spędzać więcej czasu w domu w Ratyzbonie,
zająć się pisaniem książek i podróżować wspólnie z bratem. Aż tu nagle – żeby
użyć jego słów – "spadła na niego gilotyna konklawe" i Joseph Ratzinger został
wybrany na Papieża. Georgowi Ratzingerowi świat nagle się zawalił. Potrzebował
trochę czasu, żeby się dopasować i pogodzić z sytuacją, że musi zapomnieć o
wspólnie spędzanej starości, a dostęp do brata będzie jeszcze trudniejszy niż
dotychczas.

Jak udało im się odnaleźć w nowej sytuacji? Jak dziś wyglądają
relacje braci?

– Obaj szukali jak najlepszego rozwiązania. Bracia rozmawiają ze sobą przez
telefon niemal codziennie, zawsze wieczorem, kiedy Papież ma czas wolny i może
odpocząć od swoich urzędowych obowiązków. Wówczas dzwoni do Georga Ratzingera na
telefon, który służy jego bratu tylko do rozmów z nim. Tuż po wyborze na Papieża
Benedykt XVI godzinami próbował się połączyć ze swoim bratem, jednak Georg nie
podnosił słuchawki, ponieważ myślał, że to dziennikarze, którzy wówczas go
oblegali. Oprócz regularnych kontaktów telefonicznych Georg Ratzinger kilka razy
w roku jedzie do Rzymu i każdorazowo przebywa tam około 10 dni – raz w święta
Bożego Narodzenia, raz wiosną, następnie podczas papieskich wakacji w Castel
Gandolfo, a czwarty raz najczęściej jesienią. Georg Ratzinger zapewnia, że jako
człowiek Benedykt XVI nie zmienił się ani trochę: nadal jest dobrotliwym,
przyjaznym i skromnym człowiekiem, jakim był zawsze, prostodusznym i serdecznym.
Georg Ratzinger niezmiennie zwraca się do niego "Joseph": wszystkie inne formy
brzmiałyby w jego ustach nienaturalnie. Kiedy są tylko w swoim towarzystwie,
rozmawiają oczywiście po bawarsku. W Rzymie Georg Ratzinger koncelebruje Mszę
Świętą poranną w prywatnej kaplicy papieskiej. A że jest prawie całkiem
niewidomy, Papież czyta mu na głos modlitwy brewiarzowe, podczas gdy on chętnie
wieczorami gra mu na organach Nachtlied (kołysankę) lub jakąś kolędę w okresie
Bożego Narodzenia.

Czy życie codzienne Georga Ratzingera uległo dużym zmianom po wyborze
jego brata na Papieża?

– Bardziej "zewnętrznie niż wewnętrznie" – odpowiedział mi na to pytanie
prałat Ratzinger. Jest teraz rozchwytywany, oczekuje się, że będzie udzielał
wywiadów, ludzie mają nadzieję, że dzięki niemu będą mogli zbliżyć się do
Papieża i tak dalej. To wniosło do jego życia pewien niepokój, którego on teraz,
na starość, chciałby się wyzbyć. Wyznał mi, że wywiad, którego mi udzielił, jest
jego ostatnim dużym wywiadem. Nie chce ciągle odpowiadać na te same pytania, na
które odpowiedzi każdy znajdzie w tej książce.

W czasie pracy miał Pan okazję dobrze poznać prałata Georga
Ratzingera. Jakim jest człowiekiem? Czym, oprócz uzdolnień, różni się od swojego
młodszego brata?

– Szczerze? Rzadko zdarza mi się spotykać tak dobrych, wspaniałych ludzi. Dla
mnie jako autora te trzy miesiące współpracy należały do najpiękniejszych w
życiu. Przyznaję to otwarcie: trochę mi smutno, że już minęły. W osobie Georga
Ratzingera mogłem spotkać człowieka, którego pokora i skromność, ale przede
wszystkim serdeczność nieustannie wywoływały u mnie wzruszenie. To, co odróżnia
go od brata, to wewnętrzna prostota, wręcz dziecięca niewinność, pomimo że jest
świetnie wykształconym obywatelem świata. Jest człowiekiem całkowicie kierującym
się sercem. Ojciec Święty ma w sobie również tę pokorę i skromność, ale nie da
się ukryć, że pomimo głębokiej duchowości jest przede wszystkim intelektualistą,
intelektualnym geniuszem. Dlatego spotkanie z każdym z nich na swój sposób
bardzo ubogaca.Co w książce prałat Georg Ratzinger mówi o przyjaźni jego
brata z bł. Janem Pawłem II? Czy postać Papieża Polaka pojawia się tylko w
kontekście kontaktów z nim ówczesnego kardynała Josepha Ratzingera?

– Georg Ratzinger niejednokrotnie sam miał okazję spotykać wielkiego, a teraz
także bł. Jana Pawła II, i w naszej książce bardzo trafnie go charakteryzuje.
Pisze, że już podczas pierwszego spotkania wywarł na nim wielkie wrażenie: "Biła
od niego z jednej strony imponująca godność, inna jednak niż w przypadku
kardynała Faulhabera, który wytwarzał pewien rodzaj dystansu. W przypadku Jana
Pawła II ta godność była jednocześnie zachętą do bliskości, łączyła w sobie
dobro i uprzejmość. To połączenie czyniło go niezwykle sympatycznym". Natomiast
o stosunku swojego brata do wielkiego Polaka napisał: "Bardzo cenił Jana Pawła
II zarówno za jego dobroć i człowieczeństwo, niemalże ojcowskość, jak również
erudycję". Jak wynika z jego słów, połączyła ich głęboka przyjaźń, ale również
duży wzajemny szacunek, poważanie.

W odróżnieniu od Jana Pawła II Benedykt XVI nie żartuje tak często
podczas publicznych spotkań z wiernymi. Może prałat Georg Ratzinger opowiadał
jakieś anegdoty z życia swojego i brata?

– Georg Ratzinger jest wyśmienitym gawędziarzem, toteż niezwykle przyjemnie
się go słucha.

Oczywiście książka jest pełna anegdot i bardzo chętnie zdradzę jedną z nich.
Prałat ma bardzo rezolutną gosposię, panią Heindl, która mieszka prawie za
rogiem, i często, kiedy prałat ma gości, u siebie w domu przygotowuje dla nich
posiłki i zanosi je na plebanię. Tak samo zamierzała zrobić, kiedy 13 września
2006 roku do Regensburga ze swoją ostatnią wizytą przybył Benedykt XVI i w jego
programie znalazł się prywatny obiad u brata Georga. Jednak tego dnia ulica, na
której mieszka ks. Georg Ratzinger i gdzie miał pojawić się Papież, została
zamknięta przez policję. I kiedy pani Heindl ze swoim olbrzymim garnkiem
podeszła do barierek, policja za nic nie chciała jej przepuścić. Na to dobra
kobieta zareagowała dość gniewnie i energicznie oświadczyła policjantom: "W
garnku nie ma żadnej bomby, ale obiad dla Ojca Świętego! I jak mnie nie
przepuścicie, to nie dostanie nic do jedzenia!". Policjanci byli bardzo
zakłopotani, ale nie wiedzieli, czy mają jej uwierzyć. Nie odstępowali jej więc
ani o krok, weszli na plebanię, aż do kuchni, gdzie przekonali się, że jest tak,
jak mówiła, tzn. rzeczywiście w domu Georga Ratzingera czuje się prawie jak u
siebie i ma przygotować obiad dla Papieża. Potem było im oczywiście niesamowicie
wstyd. Świetne, prawda?

Bracia zwykli też spędzać wspólnie urlopy. Co robią w wolnym czasie?

– Także o tym opowiada Georg Ratzinger bardzo obszernie. Dawniej, kiedy byli
młodsi, robili długie spacery, zwiedzali itd. W książce można znaleźć zdjęcia z
tych wspólnych urlopów. Oczywiście dzisiaj wygląda to całkiem inaczej. Trochę
sobie gawędzą, oglądają telewizję. Zresztą bracia Ratzingerowie mają swój
ulubiony film "Komisarza Rexa". Zna pan ten serial?

Obawiam się, że niezbyt dobrze…

– Opowiada o komisarzu i jego owczarku. Obaj bracia bardzo lubią zwierzęta,
chociaż bardziej lubią koty niż psy. Na dodatek właściciel psa Rexa, Helmut
Brossmann, jest chrześniakiem Georga Ratzingera. Przez długi czas był on
menedżerem chóru Regensburger Domspatzen. Tym samym telewizyjny pies jest
praktycznie członkiem rodziny!

Wspominał Pan o zdjęciach. Dużo znajdziemy ich w książce?

– Oczywiście, a wśród nich te jeszcze dotąd nigdzie niepublikowane. Przy tym
muszę dodać, że Georg Ratzinger nie posiada ich już dużo; zbyt wielu
dziennikarzy "wypożyczyło" je sobie i nie zwróciło, czego często bardzo słabo
widzący prałat Ratzinger już nie zauważył. Tak więc przemierzałem archiwa, żeby
dotrzeć do materiału zdjęciowego szczególnie z okresu młodości i dzieciństwa
naszego Papieża. Także Watykan udostępnił mi bardziej aktualne zdjęcia braci.
Niektóre z nich to absolutne rarytasy – miedzy innymi zdjęcie z pierwszego
spotkania Georga Ratzingera z Papieżem Janem Pawłem II w towarzystwie brata. Ale
również niezwykle naturalne zdjęcie z urlopu, na którym widzimy braci w czasie
przejażdżki bryczką po Pradze. Albo zdjęcie zrobione w chwili, kiedy Benedykt
XVI odwiedza w szpitalu swojego brata, który znalazł się tam po przebytym
zawale; doskonale widać na nim zażyłość braci, kiedy wyjątkowo obaj ubrani są na
biało – Georg miał bowiem na sobie białą, szpitalną piżamę. Jednak największe
wrażenie zrobiło na mnie jedno z pierwszych zdjęć trójki rodzeństwa, zrobione w
1932 r. w pracowni fotograficznej w Tittmoning; Joseph miał wówczas pięć lat.
Przyszły Papież trzyma na nim piłkę, spogląda dość krytycznie z ukosa w niebo –
i promieniuje zadziwiającą jak na swój wiek godnością i duchową siłą, tak że od
razu widzi się, iż stoi przed nami przyszły geniusz!

Co Pana szczególnie zaskoczyło w czasie pracy nad książką?

– To, jak prostolinijnie i wręcz niewiarygodnie przebiegała droga Josepha
Ratzingera – od syna żandarma do głowy Kościoła katolickiego, jak poszczególne
etapy następowały po sobie, i że zawsze to zewnętrzne czynniki praktycznie
prowadziły Josepha Ratzingera do celu. Dostrzegam w tym działanie Bożej
Opatrzności. Niesamowita jest sama symbolika miejsca narodzin Papieża –
miejscowość Marktl nad rzeką Inn. Marktl położone jest – jak to określiła jedna
z gazet – dosłownie "miedzy niebem a piekłem", mianowicie w połowie drogi
pomiędzy bawarskim sanktuarium maryjnym Altötting i Braunau nad Innem, gdzie na
świat przyszedł Adolf Hitler. Jeśli Bóg przemawia do nas poprzez znaki w
historii, to być może również poprzez ten: Marktl znajduje się 30 km od Braunau
i – co ciekawe – ta sama odległość dzieli Wadowice, miejsce narodzin Jana Pawła
II, i Auschwitz. Także w pobliżu Wadowic (w odległości 20 km) mamy sanktuarium
maryjne – Kalwarię Zebrzydowską z cudownym obrazem Matki Bożej. Tak więc obaj
Papieże urodzili się w bezpośredniej bliskości miejsc, które, jak żadne inne,
symbolizują narastanie i nieludzkie okrucieństwo narodowego socjalizmu. I
podobnie obydwa miejsca ich narodzin znajdują się pod opieką Matki Najświętszej,
która zawsze zwycięża zło. Jestem zatem całkowicie przekonany, że to nie
przypadek, iż po wielkim Papieżu Polaku na tronie Piotrowym zasiadł ten skromny
i pokorny Niemiec i że przyjaźń pomiędzy nimi jest wspaniałym świadectwem dla
zjednoczonej Europy, służącym uleczeniu ran przeszłości i nowej ewangelizacji
tego, jeszcze nie tak dawno zniewolonego przez bezbożne moce, kontynentu. I być
może rzeczywiście należy interpretować to jako znak z nieba, że kiedy Benedykt
XVI odwiedzał Auschwitz, na niebie ukazała się piękna tęcza.

Uważa Pan, że Benedykt XVI jest odpowiedzią Boga na dzisiejsze czasy?

– Wierzę, że Bóg kieruje losem Kościoła i za każdym razem zsyła nam Papieża,
którego w danym czasie potrzebujemy: duchowego giganta Jana Pawła II dla
zwycięstwa nad komunizmem i skromnego myśliciela Benedykta XVI, który kładzie
duchowe fundamenty pod rechrystianizację Europy. Jedno jest pewne: coś
doprowadziło go do tego urzędu, nawet jeśli sam tego nie chciał. Podczas mojego
wywiadu z Georgiem Ratzingerem ciągle musiałem myśleć o tym miejscu w Ewangelii
św. Jana, kiedy Jezus zapowiedział św. Piotrowi, przyszłemu Papieżowi, to, co go
czeka: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i
chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a
inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz" (J 21, 18). Oczywiście odnosiło
się to do czekającej go męczeńskiej śmierci i ukrzyżowania na watykańskim
wzgórzu, jednak ten wers wspaniale pasuje do życia Josepha Ratzingera. Bo oto
rzeczywiście można powiedzieć: Tu es Petrus!

Dziękuję za rozmowę.

drukuj